Kazachstan. My kontra step.

IMGP9292

Pod osłoną nocy pojawiliśmy się w Kazachstanie. Nie wiedzieliśmy nawet dokładnie, która jest godzina. W Aktau mieliśmy zatrzymać się u Aigerim, jednak jedyne co posiadaliśmy to jej numer telefonu. Postanowiliśmy poczekać, aż wstanie słońca. Fakt, że jesteśmy zmęczeni i zmarznięci, to jeszcze nie powód, by kogoś niepokoić po nocy. Trzeba było tylko znaleźć jakieś miejsce, żeby przekoczować te parę godzin. Stacja benzynowa, jakaś altanka. Wystarczy, żeby schronić się od wiatru. Starszy pan z obsługi nie był zadowolony z naszego pomysłu na biwak. Klienci się zjadą, będą chcieli usiąść, zapalić. Po krótkim namyśle, zgadził się. Pod jednym warunkiem: siedzicie, nie leżycie. Nikt nie mówił, że spać nie można, więc zawinęliśmy się szybciutko w śpiwory, oparliśmy się o siebie i przymknęliśmy zmęczone powieki.

O żadnym wschodzie słońca nie było mowy, gdy nastał dzień wciąż było szaro i przygnębiająco, jednak znacznie jaśniej. Próby dodzwonienia się do Aigerim okazały się bezskuteczne. Polska karta SIM odmówiła wykonania tego typu połączenia. W jednym z hoteli udało nam się wyprosić u pani recepcjonistki możliwość użycia jej telefonu. W labiryncie mikroregionów (nie ma nazw ulic) Aktau udało nam się w końcu znaleźć ten odpowiedni. Mimo porannej drzemki, nie mówiąc już o ilościach snu, jakie zaaplikowaliśmy sobie podczas rejsu, w mieszkaniu Aigerim padliśmy jak zabici.

W związku z tym, że na granicy dostaliśmy dwie pieczątki na karcie meldunkowej (czy jakkolwiek to się tam nazywa), uniknęliśmy wizyty w biurze OVIR-u, w celu dopełnienia obowiązkowej rejestracji. Podczas naszego pobytu w Aktau, próbowaliśmy bezskutecznie znaleźć kartki pocztowe, buszowaliśmy na pobliskim bazarze w poszukiwaniu nowych smaków oraz jeżdżąc rowerami po promenadzie, żałowaliśmy, że jest zbyt zimno na morskie kąpiele. Okazało się, że nie możemy nigdzie wymienić manatów, które zostały nam po wizycie w Azerbejdżanie (nauka na przyszłość, wydać wszystkie pieniądze!), a mobilny internet… no cóż, czasem lepiej nie mieć dostępu do sieci, niż denerwować się przez pół godziny, czekając aż załaduje się jedna strona.

Bazar w Aktau.

Bazar w Aktau.

IMGP9050

IMGP9052

Na dzielni (mikroregionie) u naszej gospodyni w Aktau.

Na dzielni (mikroregionie) u naszej gospodyni w Aktau.

Wieje? Nigdzie się nie ruszamy. Odpoczywamy.

Wieje? Nigdzie się nie ruszamy. Odpoczywamy.

Aktau

Promenada w Aktau.

IMGP9092

Wieczny Płomień Pamięci Ofiar II Wojny Światowej w Aktau.

Wieczny Płomień Pamięci Ofiar II Wojny Światowej w Aktau.

Po trzech dniach lenistwa przyszło nieuniknione. Trzeba było wyruszyć na spotkanie z kazachskim stepem. Wiedzieliśmy, że drogi mogą być fatalne, a miejsc, w których można zaopatrzyć się w wodę i jedzenie będzie niewiele, więc postanowiliśmy zrobić porządne zapasy. Nie wyjechaliśmy jeszcze dobrze z Aktau, w którym drogi były całkiem porządne, a już przyszło zmierzyć się z rzeczywistością. Czasem lepiej było jechać niewyasfaltowanym poboczem, niż jezdnią pełną dziur. A jak znalazła się biegnąca równolegle nowa droga, nie oddana jeszcze do użytku, to już w ogóle był szał. Tak pisze o tych dziurach, ale jak się okaże później to nie one będą naszym największym zmartwieniem. Póki świeci słońce i wiatr wieje w plecy, nie ma tak naprawdę, na co narzekać. Kilka lat temu w niektórych miejscach w ogóle nie było asfaltu! My to już jedziemy w komfortowych warunkach 😉

Mijaliśmy kolejne fragmenty budowanej drogi, co chwilę zatrzymywani przez robotników na krótkie pogawędki. Nie mogli uwierzyć, że jedziemy rowerami do Uzbekistanu. Tak jakby ten znajdował się na drugim końcu świata, a nie 600 kilometrów dalej. Tym bardziej zszokowanym woleliśmy nawet nie wspominać, gdzie planujemy zakończyć naszą podróż. Dla jednej grupki, byliśmy nawet prekursorami przemierzania świata na rowerze. Nigdy do tej pory nie słyszeli, żeby ktoś kiedyś robił coś podobnego. Oboje wiedzieliśmy, że rzeczywistość ma się do tego nijak, ale fajnie było przez chwilę poczuć, że jest się przez kogoś postrzeganym, jako wielki podróżnik-odkrywca.

Drugi dzień na stepie obfitował również w pozytywną energię, fundowaną przez promienie słońca. Niestety drugi ważny czynnik – wiatr, zaczął nam dmuchać prosto w twarz. Poruszaliśmy się w ślimaczym tempie, szukając co lepszych fragmentów jezdni lub pobocza. Przez całe 60 kilometrów, które udało nam się pokonać tego dnia, jeszcze można powiedzieć, że coś się działo. Tu budują drogę, tam wydobywają ropę, nawet kilka małych wiosek się znalazło. Niby nic, ale zawsze co kilka kilometrów było na czym zawiesić, zmęczone monotonnym krajobrazem oko. Na chwilę skupić się na czymś innym, niż walka z wiatrem.

Kazachski step

Trek 930

IMGP9118

IMGP9130

Spiwór Robert's

Śniadanko.

IMGP9159

Trek 930

IMGP9190

Manta MM336 WiFi

Manta MM336

Kazachstancmentarz

Kolejnego dnia po wygrzebaniu się ze śpiworów, stwierdziliśmy, że krajobraz wygląda podobnie, jak poprzedniego dnia, gdy kładliśmy się spać. Przygnębiająca przestrzeń, w kolorach szarości. Nawet słońce tego dnia nie miało ochoty, by wstać. Do tego znów wiatr w twarz. Nie ma, że boli trzeba jechać dalej. Nie wiadomo skąd na stepie, który miał być przecież płaski, pojawiły się podjazdy, które przynosiły nam pewnego rodzaju ulgę. Na chwilę można było odpocząć od mocnych podmuchów. Zaczęło padać, a pędzące tiry, bezlitośnie zalewały nas litrami wody i błota. Nie było szans na żadną przerwę. Nie było gdzie. Pobocze zamieniło się w jedną wielką, błotnistą masę. O jakimkolwiek daszku można było pomarzyć. Lepiej jechać, wtedy przynajmniej człowiek nie marznie. Po 30 kilometrach dojechaliśmy do małej miejscowości Szetpe, gdzie gorąca herbata z mlekiem i cieplutkie samsy, w przydrożnym barze były jak zbawienie. Na odchodne zapytaliśmy o wodę. Nie było żadnego problemu do czasu, gdy w momencie, gdy uzupełnialiśmy zapasy z kranika znajdującego się na środku restauracji, z zaplecza przyszła ona i zaczął się wrzask. „Woooodaaa?! Za to się płaci?!” Dobra kobieto zapłacimy, tylko spokojnie powiedz ile. Pierwszy raz przyszło nam płacić za kranówkę. Na szczęście, gdy stara wyszła, młoda sympatyczna kobietka za ladą, pokazała nam na kalkulatorze dwukrotnie niższą kwotę, palcem przyłożonym do ust, sugerując, żebyśmy nie pisnęli ani słowa.

MSR Hubba Hubba HP

Podczas silnego wiatru nawet taka mała górka z kamieni czyni cuda.

Manta MM336

IMGP9200

Upsss..

Upsss..

Kilka kilometrów za Szetpe pojawił się piękny, równiuteńki asfalt, a wiatr zaczął nam sprzyjać, więc kolejne kilometry robiliśmy jak szaleni. Stwierdziliśmy, że skoro dobra passa trwa, trzeba jechać ile się da. W momencie, gdy byliśmy już cali przemoczeni, a nogi zaczęły protestować, zorientowaliśmy, że mimo ogromnych przestrzeni nie mamy gdzie rozbić namiotu. Wszędzie błoto po łydkę, a ulewa taka, że zanim byśmy go rozłożyli zamieniłby się w basen. Altanka, pustostan – odbijały się w głowie, jak najpiękniejsze marzenia. Jest, jest! Drzwi zamurowane, ale jest małe okienko, przez które da się wejść. W środku sucho, z sufitu wystają gwoździe, na których można rozwiesić mokre ubrania. Przebieramy się, pijemy gorącą herbatę, jemy kolację. Jest pięknie.

Do rana oczywiście nic nie wyschło, ale przynajmniej nie zmokło jeszcze bardziej. Dzień rozpoczął się boleśnie. Oprotestowałam ubranie przemoczonych rękawiczek, co podczas krótkiego zjazdu w dół zaowocowało przeszywającym palce bólem. Na ręce w dalszej drodze, z braku laku, postanowiłam ubrać ciepłe wełniane skarpety, które gdy zaczęło padać owinęłam dodatkowo plastikowymi workami. Trzeba jakoś radzić.

IMGP9236

IMGP9244

Kazachstan, droga

Tymczasowa suszarnia w naszym pustostanie.

Tymczasowa suszarnia w naszym pustostanie.

Kilometry nicości. Na obiad, żeby nabrać siły, szybka konserwa w deszczu. Postanowiliśmy jechać, dopóki nie znajdziemy jakiegoś optymalnego miejsca na rozbicie namiotu. Pierwsze zabudowania przed wioską Sayotesh. Jest pustostan. Już chcemy skręcać, gdy zatrzymuje się ciężarówka, a pan uprzejmie pyta czy jakoś nam nie pomóc. Na pytanie o opcje noclegowe w okolicy, sugeruje nam przydrożny zajazd, oddalony o kilka kilometrów. Jedziemy.

Przed wejściem wita nas pijany typ, obwieszczając nam bełkotliwie, że dzisiaj mamy 8-go marca. Kapitan rzeczywistość, a może nieśmiała próba złożenia życzeń. Nasze „zdrastwujtie” głucho odbija się ściany. Pani zza lady wita nas znudzoną miną, łaskawie sprzedając herbatę. Czujemy w kościach, że nic dobrego nas tu nie czeka. Złą atmosferę próbuje zabić starsze małżeństwo, z zainteresowaniem wypytując o naszą podróż. W nagrodę za odwagę dostajemy po pajdzie chleba z serem i szynką, a gdy wychodzą pani kładzie przede mną drobne „na herbatę, na pewno się przyda”, wzbudzając we mnie poczucie zażenowania.

Z minuty na minutę odkładamy nasze zapytanie o nocleg na podeście w przedsionku. Jak małe dzieci boimy się podejść do strasznej pani zza lady. Raz kozie śmierć, kto nie ryzykuje… Nie wierzymy własnym uszom, gdy ta zgadza się bez najmniejszego problemu, w dodatku bezpłatnie. Świętujemy przy gorącym barszczu i baraninie z ziemniakami. W momencie, gdy nasze posłania są już gotowe do snu, jak na złość w zajeździe zaczyna się robić coraz głośniej. Mimo naszych obaw, że trafiliśmy przez przypadek, w miejsce nocnych uciech, około 22-ej wrzawa przycicha, a my może odpłynąć w krainę snów, w nocy wybudzani co jakiś czas przez naszego włochatego towarzysza, wygryzającego pchełki i głośno liżącego swoje klejnoty.

IMGP9257

IMGP9262

Typowy widok na wiosce. Błoto, błoto, jeszcze więcej błota. Którędy pojechać, żeby się nie zakopać?

Typowy widok na wiosce. Błoto, błoto, jeszcze więcej błota. Którędy pojechać, żeby się nie zakopać?

Jedynym urozmaiceniem kolejnego deszczowego dnia był krótki śnieżny epizod. Step, step, step, nuda, nuda, nuda… Gdyby ten czas można przynajmniej urozmaicić jakąś krótką drzemką, przerwą na herbatę lub miłą pogawędkę z miejscowymi. Nic z tych rzeczy. Jedziesz i gapisz się przed siebie, wypatrując na horyzoncie jakiś kształtów, które gdy pojawią się raz na kilkanaście kilometrów, finalnie okazują się na przykład chatą otoczoną kupą złomu. W końcu, na 90-tym kilometrze tego dnia objawiła się czajchana, w dodatku z opcją na nocleg w postaci kilku drewnianych altanek w sąsiedztwie. Lepiej nie mogliśmy trafić. Najpierw napychamy brzuszki, czym tylko się da – zupa, lagman, barania. Po czym przystępujemy do negocjacji w sprawie rozbicia namiotu. Tym razem niezadowolony z życia młody człowiek. Słyszymy krótkie i ostre „niet!”, a po minie widać, że nie sensu prosić lub wdawać się w żadne dyskusje. Może gdyby wiedział, że dzisiaj Piotrek ma urodziny byłby trochę milszy? Hmmm zastanówmy się… chyba ‘niet!’.

Ja rozumiem, że ludziom nie żyje się tu lekko. Step. W lecie upały, w zimie mrozy, nie ma drzew, nie ma wody, gleba słaba, w drogach dziury. Nie zrozumiem do końca, nigdy nie żyłam w takim środowisku i szczerze mówiąc, mam nadzieję, że nie będę musiała, więc tak naprawdę nie wiem nic. W mijanych do tej pory miejscach, nawet jeżeli było biednie, to ludzie starali się żyć dniem codziennym i cieszyć się tym co mają. Byli w pewien sposób pogodzeni ze światem i rzeczywistością, w której przyszło im żyć. W obwodzie mangystauskim, przez który przejeżdżaliśmy, ‘niet!’.

Znak na drodze, informujący, że do najbliższego ‘pola biwakowego’ jedynie 60 kilometrów, rozwiał nasze nadzieje na znalezienie przytulnego miejsca na nocleg. Musieliśmy się zadowolić przystankiem autobusowym. Na co komu one na stepie? Dla nas ekstra, dobra osłona od wiatru i stabilne betonowe podłożone.

W środku nocy obudziły nas głosy, ktoś podjechał na przystanek. Głośna rozmowa, trzask drzwi, auto odjechało. Po chwili jednak usłyszeliśmy sapanie. Piotrek zaczął nerwowo pokrzykiwać, z zapytaniem „kto tam?”, jednak bez żadnej odpowiedzi. W końcu po małej przepychance w poszukiwaniu latarki i gazu udało nam się otworzyć drzwiczki namiotu, przed którymi leżał bardziej od nas przestraszony pies, którego tego dnia widzieliśmy jakieś 10 kilometrów wcześniej siedzącego po środku stepu.

IMGP9274

Jeszcze tylko 60km i... niestety czasami okazuje się, że nie ma nic poza kibelkiem.

Jeszcze tylko 60km i… niestety czasami okazuje się, że nie ma nic poza kibelkiem.

MSR Hubba Hubba HP

My do solenizanta Piotra z darami…

Nadszedł ten dzień, zostało nam 90 kilometrów do Beyneu, ostatniego miasta przed granicą z Uzbekistanem. W moich wyobrażeniach urosło ono do swego rodzaju oazy, w której człowiek znajdzie wszystko, czego tylko dusza zapragnie. Po długim i nudnym dniu udało nam się w końcu dotrzeć do mojej oazy. Nie do końca tak ją sobie wyobrażałam, ale co tam ważne, żeby znaleźć jakieś miłe i tanie miejsce, w którym będzie można w końcu odpocząć. W nocy musieliśmy zakręcić kaloryfer i otworzyć okno, bo było nam za gorąco. Łóżko też coś z leksza uwierało. Kilka dni na stepie i człowiek dziczeje.

  • Juicy360

    W Polsce takie niet podczas wycieczki rowerowej Kraków-Gdynia spotkałem mnie w Łódzkim, gdy niesamowicie lało. Pytałem po domach czy chociaż na chwile można się wysuszyć..

    • Piotr Paździor

      Ci łodzianie :( . Jak wrócimy przejedziemy się tam i sprawdzimy na własnej skórze; )