Hua Shan. Magiczne naj- i chińskie „nie”.

Hua Shan

Jak tu pisać tekst, kiedy metr ode mnie na łóżku przeraźliwie chrapie jakiś facet. Na szczęście nie na moim łóżku, na łóżku obok, co nie zmienia faktu chrapania. Nie potrząsnę nim przecież i nie powiem „ej stary obróć się na bok, bo chrapiesz”. Po pierwsze nic nie zrozumie – jest Chińczykiem, po drugie leży na boku. Piotrek śpi u góry i nie musi pisać, więc ma dwa punkty przewagi nade mną. To o czym to miało być? Najniebezpieczniejszy szlak górski na świecie?

Wszystkie słowa z przedrostkiem naj- mają magię przyciągania. Piotrek zobaczył zdjęcia wiodącej nad przepaściami ścieżki i już wiedział, że to zabawa wprost szyta pod niego. Mi natomiast nogi trzęsły się na samą myśl, wędrówki po wąskiej deseczce, połatanej gwoździami.

Prognozy na najbliższe dwa tygodnie wskazywały, że raczej nie mamy szans na ładną pogodę, jednak z naszą miesięczną wizą, nie mogliśmy sobie pozwolić na leżenie brzuchem do góry i czekanie na bardziej korzystną aurę. Xi’an opuszczaliśmy w towarzystwie mżawki, która z czasem zamieniła się w regularny deszcz.

Tak jak autostrady i główne drogi, są w Chinach zazwyczaj dobrej jakości, tak z tymi bocznymi to już różnie bywa. Nasza, w dużej mierze połatana, w trakcie łatania lub na niektórych odcinkach bardziej nadająca się do całkowitej wymiany, pod wpływem padającego od kilku dni deszczu, całkowicie się rozlazła. Także po kilku gorszych fragmentach, wyglądaliśmy jakbyśmy postanowili spróbować błotnych kąpieli, zapominając uprzednio ściągnąć ubrania.

Nie wiedzieliśmy gdzie będziemy nocować, także postanowiliśmy uzupełnić zapas brakującego paliwa, gdyby ewentualnie zaszła potrzeba gotowania. I tutaj pojawiły się schody. Nikt nie chciał nam sprzedać benzyny. Jeden gość na granicy powiedział nam, żebyśmy się przygotowali na wszystkie „bu” i „mei you” („nie” i „nie mam”), gdyż Chińczycy nie są raczej z natury pomocnym narodem i powoli zaczynaliśmy rozumieć co miał na myśli. Wyglądało na to, że według zasad nie mogą sprzedawać paliwa „na wynos”, a zasady nie są w Chinach po to, żeby je łamać. W końcu na jednej ze stacji, Piotrek przy użyciu pantomimy próbował wytłumaczyć paniom, że nasz pojemnik na benzynę jest bakiem, który podczepiony pod rower, czyni go motorowerem. Panie w końcu dały się przekonać, a ze stacji odjechaliśmy z wydawanym przez Piotrka dźwiękami „brrrrummm brrrummm brrrummm”. Jak się później okazało, w żadnej innej prowincji nie mieliśmy tego typu problemów.

W momencie, gdy przyszedł czas na myślenie o znalezieniu jakiegoś schronienia na noc, regularny deszcz zmienił się w ulewę, więc ostatnie na co mieliśmy ochotę to rozbijanie namiotu. Gdy na horyzoncie pojawił się krzyż, przypomnieliśmy sobie dobre, stare przysłowie „jak trwoga, to do Boga”. Już rozmowa z chińskim księdzem była atrakcją sama w sobie. Człowiek ze skośnymi oczami, przypominający biznesmana, średnio wpisywał się w stworzony w naszych głowach wizerunek typowego kaznodziei. Co nie zmienia faktu, że okazał się bardzo przyjemnym i pomocnym człowiekiem, który uratował nam tego wieczoru skórę przed zmoknięciem i udostępnił jeden z pokoi.

Jak wyjeżdżaliśmy rano, jeszcze nie padało. Niby nic, ale zawsze jakoś lepiej, jak można przynajmniej zapakować się i wyruszyć na sucho, niż zaczynać mokrym na starcie. Tego dnia również ani pogoda, ani droga nas nie rozpieszczały. Ponurość pełną gębą. Do Huayin, u podnóży Hua Shan dojechaliśmy kompletnie mokrzy i umorusani i w takim wydaniu ruszyliśmy prosto do informacji turystycznej, gdzie bez znajomości mandaryńskiego, zdobycie jakichkolwiek, podstawowych informacji okazało się graniczyć z cudem. Byliśmy odsyłani przez chichrające się panie od jednego okienka do drugiego, czując coraz większe poirytowanie. Nie chodziło tutaj o barierę językową, jesteśmy w Chinach, tutaj się mówi po chińsku, lecz o brak chęci pomocy z ich strony, o postawę typu „nie znam angielskiego, nie pomogę”, „to nie należy do moich obowiązków”. W końcu widząc, że drążyć i pytać będziemy do skutku, przysłano jedną panią, którą była w stanie udzielić nam potrzebnych informacji. Niestety tak jak przypuszczaliśmy, kładka widokowa biegnąca nad przepaścią, podczas złej pogody jest niedostępna.

Kolejny problem pojawił się w momencie, gdy przyszło do znalezienia zarezerwowanego przez nas uprzednio hotelu. Podana w sieci lokalizacja okazała się nieprawidłowa, więc nie pozostało nic innego jak pytać miejscowych, pokazując im krzaczki z nazwą hotelu. Każda kolejna osoba wskazywała nam coraz to inny kierunek, a już przebił wszystkich taksówkarz, który stojąc 100 metrów od hotelu (jak się później okazało) pokazywał, że musimy zawrócić do centrum. Na miejscu okazało się, że owszem cena jest prawidłowa, ale „bez dostępu do prysznica”. W naszym pokoju nie ma natrysku, jak chcemy się wykąpać to musimy wziąć odpowiedni pokój. Dwa razy droższy. Podziękowaliśmy i u sąsiada, po małych negocjacjach, udało nam się dostać elegancki pokój z łazienką.

Po sprawdzeniu prognozy, która wskazywała, że padać przestanie w piątek (a mieliśmy środę) postanowiliśmy kolejny dzień spędzić na leniuchowaniu i próbowaniu lokalnych specjałów. I tak jak zupy, noodle i bułeczki z mięsnym nadzieniem smakowały całkiem dobrze, tak polecane nam przez panią w sklepie skwareczki do piwa okazały się zupełnie nietrafione. Słodkie skwarki? Takie rzeczy tylko w Chinach.

W nocy nie padało. Obraliśmy to za dobry znak. Pobudka skoro świt, ruszamy na szlak. Biorąc pod uwagę, że Hua Shan zaliczana jest do pięciu wielkich gór taoizmu i posiada duże znaczenie religijne, oznacza to, że da się na niej zarabiać pieniądze. Bilet wstępu kosztuje 180¥ (ok. 105zł), studencki połowę mniej. Przy kasie nie mieliśmy, więc skrupułów i pokazaliśmy karty „planeta młodych” pełniące w tym wypadku, rolę naszych legitymacji. Pani pooglądała, na nas spojrzała podejrzliwym wzrokiem, ale w końcu sprzedała ulgowe.

Góra ma pięć głównych szczytów. Na najniższy z nich, Szczyt Północny (1613 m n.p.m.), z którego można dostać się na pozostałe szczyty, można wejść o własnych siłach lub wjechać kolejką, pozbywając się przy tym kilku kolejnych banknotów. Jeżeli mamy ich odpowiednio dużo (bilet w dwie strony 280¥, czyli ok. 165zł), możemy również dotrzeć bezpośrednio na Szczyt Zachodni (2028 m n.p.m.), z którego już o krok do najwyższego szczytu, Południowego (2160 m n.p.m.). Śmiemy jednak podejrzewać, że chińscy turyści na zawartość portfela narzekać nie muszą, skoro na pieszym szlaku spotkaliśmy zaledwie kilkanaście osób, natomiast „u góry” tłumy.

Nie minęło nawet pół godziny naszej wędrówki, gdy zaczął padać drobny deszcz, który wraz z wysokością zamienił się w śnieg. Wiedzieliśmy już, że trasa widokowa będzie zamknięta, jednak postanowiliśmy, że w najgorszym wypadku wrócimy jeszcze raz, kolejnego dnia (bilet wstępu jest dwudniowy). Wejście na górę jest dość specyficzne, bo większość trasy pokonuje się po schodach. Mniej lub bardziej stromych. Po drodze mijamy kapliczki i stragany z przekąski i napojami, w śmiesznie wysokich cenach. Im wyżej, tym widoki coraz lepsze. W tym wypadku chmury nie przeszkadzają, a jedynie dodają klimatu. Niestety w wyższych partiach widoczność czasami ogranicza się do kilku metrów.
z (4)

z (3)

z (5)

z (6)

Gdy docieramy do Szczytu Północnego panuje niezła zawierucha, co jednak nie zniechęca nas do zobaczenia pozostałych szczytów. W międzyczasie pogoda będzie miała lepsze i gorsze momenty. Schody i betonowe ścieżki zamieniły się w ślizgawki, więc trzeba uważać na każdym kroku. Tym bardziej patrzę z „podziwem” na rewię mody w okolicach kolejki dojeżdżającej do Szczytu Zachodniego. Pełen lans. Sukieneczki, bluzeczki, buciki na obcasach. Tego dnia na straganach duże wzięcie mają nieprzemakalne pokrowce na buty i specjalne antypoślizgowe gumki.
Hua Shan

Hua Shan

Hua Shan

z (10)

Hua Shan

Hua Shan

Hua Shan

Hua Shan

Hua Shan

Hua Shan

Hua Shan

Schodzimy tą samą ścieżką. Kolana powoli zaczynają dawać się we znaki. Setki schodów robią swoje. Po dziesięciu godzinach wędrówki docieramy z powrotem do hotelu. Zmęczeni i mimo małego niedosytu, zadowoleni. To był dobry dzień. Pozytywne zmęczenie, piękne widoki.
Hua Shan

Hua Shan

Hua Shan

Hua Shan

Kolejnego dnia, mimo znacznie lepszej pogody, nie decydujemy się ponowne wejście. Widząc jakie warunki panowały dzień wcześniej „u góry”, nie wierzymy, że sytuacja mogła zmienić się na tyle diametralnie, żeby ścieżka była sucha i tym samym otwarta. Zresztą fakt, że na dole mamy fajną pogodę, nie znaczy, że tak samo będzie na szczycie. Niestety jeszcze tego samego dnia, gdy jesteśmy już kilkadziesiąt kilometrów dalej, poznany w hotelu Chińczyk przesyła nam widokowe zdjęcie z kładki. Musielibyście widzieć ten smuteczek na Piotrka buzi.

Garść praktycznych informacji tutaj oraz trochę zdjęć ze wspomnianej kładki widokowej tutaj.

Pisalibyście się na takie coś czy nie bardzo? 😉

  • Pisałbym się! Bo mimo tych wszystkich biletów i klimatu cepelii, wejście na świętą górę jest fajne :). Może po prostu dlatego, że Chińczycy wybierali na to ładne, dramatyczne góry. Mieliście chociaż ogrzewanie w hotelu? Ja z tym kiedyś miewałem problem w Chinach zimą, że jakie by ceny nie były, to mogłem tylko liczyć na koc elektryczny (jak był prąd).