Autostop w Iranie? No problem mister.

Iran10tysi

Po przejechaniu kolejnych pustynnych kilometrów zaczynamy powoli podawać w wątpliwość sens pedałowania za wszelką cenę. Dni lecą, a my zamiast poznawać ludzi, zwiedzać ciekawe miejsca gapimy się na piasek i kamienie. Fajnie by było powiedzieć na koniec „przejechaliśmy to wszystko na rowerze”, ale z drugiej strony, jeżeli w tym momencie nie sprawia nam to do końca frajdy, to po co się męczyć?


Autostop rowerowy.

Za miejscowością Bad postanowiliśmy wjechać na autostradę prowadzącą do Isfahanu i spróbować szczęścia w stopowaniu. Jako, że ruch był niewielki, a większość samochodów stanowiły osobówki, cysterny lub obładowane tiry, założyliśmy że jeżeli w przeciągu dwóch godzin nam się nie poszczęści, to wrócimy na podrzędną drogę i będziemy pedałować. Oczywiście, że się udało, a naszym bohaterem został nie kto inny jak kierowca niebieskiego pick-upa.

W Iranie nie istnieje coś takiego jak autostop… Wielu kierowców widząc dwójkę turystów stojących przy drodze, na dodatek z rowerami, zatrzymuje się głównie z ciekawości lub z myślą, że coś się stało i potrzebujemy pomocy. Większość Irańczyków nie podróżuje, gdyż podróż jest przez nich kojarzona ze swego rodzaju luksusem, na których ich nie stać, natomiast jazda na rowerze dla przyjemności nie jest jeszcze czymś bardzo popularnym, szczególnie wśród kobiet. Turyści są coraz częstszym zjawiskiem i w dużych miastach już nikogo nie dziwią, jednak pojawiając się w mniejszym mieście lub na wsi, w dodatku na rowerze, można wywołać niemałą sensację.

Tak więc zazwyczaj kierowca zatrzymuje się i ze specyficznym ruchem ręki (coś w stylu wkręcania poziomo żarówki) zadaje pytanie, którego znaczenia nie znając farsi, musisz się oczywiście domyślić. I weź teraz wytłumacz człowiekowi, który nie zna pojęcia autostopu, że chcesz mu załadować rowery na pakę i ma Cię zawieźć, tam gdzie się udajesz. Czasami sprawa jest prostsza niż by się wydawało i nim zdążysz powiedzieć gdzie chcesz jechać i czy da radę za darmo, rowery są już na pace, a szczegóły ustala się później, podczas jazdy. Wiele osób nie rozumie o co nam chodzi, czasem chcą nas podwozić na terminal autobusowy, zamawiać nam taksówkę lub dawać pieniądze.

Tym razem poszło całkiem sprawnie i za sprawą czarodziejskiej różdżki pod postacią niebieskiego pick-upa znaleźliśmy się w centrum Isfahanu, pod terminalem Kaveh, spod którego miała nas odebrać Mariam, znajoma Firuze – naszej gospodyni z Teheranu, która po zapoznaniu się z planowaną przez nas trasą obdzwoniła kilku znajomych, którzy mieszkali w miastach, znajdujących się na naszej drodze.


„W Esfahanie” – prawie jak „w domu”.

Czas w Esfahanie spędziliśmy bardzo rodzinnie. Okazało się bowiem, że najbliższa rodzina Mariam liczy sobie 18 osób. Gdziekolwiek się pojawialiśmy robiło się tłoczno, a z racji tego że wszyscy byli bardzo radośnie usposobieni, również głośno. Jako, że jedyną osobą która znała angielski na poziomie komunikatywnym była szwagierka Miriam, trochę musieliśmy się wszyscy nagimnastykować, co nieraz skutkowało salwami śmiechu. Było oglądanie rodzinnych albumów, tradycyjne przygrywki i tańce, palenie sziszy, zawody Iran kontra Polska w robieniu kółeczek z dymu oraz leniwe piątkowe popołudniowe (w Iranie piątek jest odpowiednikiem naszej niedzieli) przed telewizorem.

Leżąc beztrosko na dywanie i oglądając mecz z rodziną, którą poznaliśmy dzień wcześniej zrodziło się we mnie dziwne uczucie, że oszukujemy samych siebie, pozwalając sobie wczuć się w rodzinną atmosferę. Wszystko super, prawie jak z obrazka, tylko chyba rodziny nam się pomyliły. Z drugiej strony trzeba docenić Irańczyków za to, że goszcząc w ich domach, człowiek nie czuje się jak intruz, ktoś obcy. Jest ważnym gościem, przyjacielem, członkiem rodziny.

W Iranie więzi rodzinne są bardzo silne.

W Iranie więzi rodzinne są bardzo silne.

Jest króliczek, znalazła się irańska Alicja.

Jest króliczek, znalazła się irańska Alicja.

IMGP3909

Meczet Imama.

Meczet Imama.

W Esfahanie prawdę mówiąc nie zwiedziliśmy zbyt wiele. Pierwsze dwa dni wypełnione były bardziej spotkaniami w rodzinnym gronie niż oglądaniem miasta. Trzeciego dnia zanim ruszyliśmy w dalszą drogę, udaliśmy się do centrum z zamiarem nadrobienia zaległości, co ostatecznie zakończyło się fiaskiem. Okazało się, że wstęp do wszystkich interesujących miejsc jest płatny. Dla cudzoziemców prawie zawsze 150000 riali, dla Irańczyków kwota 7-krotnie niższa. Na znak protestu nie weszliśmy nigdzie, czego później trochę żałowaliśmy, ale co tam, przynajmniej powłóczyliśmy się spokojnie po bazarze, spróbowaliśmy Biryani i zobaczyliśmy panoramę miasta z dachu centrum handlowego.

Na Grand Bazaar oprócz chińszczyzny można znaleźć również całe mnóstwo tradycyjnych zakładów rzemieślniczych. w której powstają ręcznie robione obrusy, dywany, naczynia czy też obrazy.

Na Grand Bazaar oprócz chińszczyzny można znaleźć również całe mnóstwo tradycyjnych zakładów rzemieślniczych. w której powstają ręcznie robione obrusy, dywany, naczynia czy też obrazy.

IMGP3842

A pan siedzi i maluje te obrusy :) Dobra pamiątka z Isfahanu.

A pan siedzi i maluje te obrusy :) Dobra pamiątka z Isfahanu.

IMGP3993

IMGP3952

Mniej popularne zakątki bazaru. W przeszłości budynek karawenseraji.

Mniej popularne zakątki bazaru. W przeszłości budynek karawenseraji.

Skarby różniste.

Skarby różniste.

IMGP3863

Faludeh, czyli lody w isfahańskim wydaniu.  Noodle z mączki kukurydzianej, zmieszane z syropem zrobionym z cukru i wody różanej, polane kwaskiem cytrynowym.

Faludeh, czyli lody w isfahańskim wydaniu. Noodle z mączki kukurydzianej, zmieszane z syropem zrobionym z cukru i wody różanej, polane kwaskiem cytrynowym.

Isfahańskie biriani (biryani) znane jest w całym Iranie. Może i nie prezentuje się apetycznie, ale smakuje całkiem nieźle.

Isfahańskie biriani (biryani) znane jest w całym Iranie. Może i nie prezentuje się apetycznie, ale smakuje całkiem nieźle.

Naqsh-e Jahan - plac Imama.

Naqsh-e Jahan – plac Imama.

IMGP3836

Most Khaju. Niestety w czasie naszego pobytu koryto rzeki było suche.

Most Khaju. Niestety w czasie naszego pobytu koryto rzeki było suche.

Mosty to miejsce spotkań. Mosty to również nieoficjalna scena (publiczne śpiewanie czy też granie na instrumentach jest w Iranie zabronione) dla muzyków chcących zaprezentować swoje umiejętności wokalne. W repertuarze przeważają poematy irańskich klasyków.

Mosty to miejsce spotkań. Mosty to również nieoficjalna scena (publiczne śpiewanie czy też granie na instrumentach jest w Iranie zabronione) dla muzyków chcących zaprezentować swoje umiejętności wokalne. W repertuarze przeważają poematy irańskich klasyków.

Wyjeżdżając z Esfahanu udało nam się jeszcze zapałać na darmowy lunch ku czci imama Husejna. Zatrzymani przy drodze przez sympatycznego adwokata, zostaliśmy obdarowani sporych rozmiarów posiłkiem „na wynos”. Jego właściciel wciskając nam pojemnik do rąk, kilka razy powtórzył imię Husejna, dając do zrozumienia, że w tym przypadku nie należy odmawiać. Oczywiście zarzekał się, że on już jadł. Miejmy nadzieję, że nie dostał od głodnej żony po głowie, po powrocie do domu.


Policyjna kontrola, 10 tysi oraz ciepłe przyjęcie w Shahrezie.

Pierwszy raz na naszym liczniku pojawiły się cztery zera. To znaczy, że 10000 kilometrów za nami. Ale zleciało. Żeby było śmieszniej – dokładnie osiem miesięcy od momentu, gdy wyruszyliśmy w drogę. Pamiątkowe zdjęcia, filmiki, tylko szampana zabrakło.
Iran10tysi

Ni stąd ni zowąd, na pustynnym terenie pomiędzy Esfahanem a Shahrezą z naprzeciwka podjechał do nas policyjny radiowóz. Panowie funkcjonariusze z uśmiechem poprosili o paszporty. Trochę się uśmiali oglądając nasze zdjęcia, jednak gdy przeszli do strony z wizą ich twarze przybrały pochmurne oblicze. Wiedziałam już co się święci. Nie mając znając odpowiednich regulacji, na podstawie stempla wjazdowego oraz okresu trwania wizy, można by sądzić, że nasz pobyt w Iranie lekko się przedłużył. Okienko wjazdowe faktycznie wygasło, ale nasz pobyt był nadal wciąż jak najbardziej legalny. Dla panów jednak najwyraźniej nie. Zaczęło się dzwonienie. My do naszych znajomych znających angielski oraz farsi, oni do przełożonych. W końcu, po mniej więcej 20 minutach nerwowej atmosfery, panowie przeszli przyspieszone szkolenie z zakresu regulacji wizowych, po czym lekko zażenowani zawrócili i pojechali w tym samym kierunku, z którego przybyli.

W Shahrezie trafiliśmy do warmshowersów Alego i Ahmada. Bardzo szybko złapaliśmy dobry kontakt z sympatycznymi braćmi. Chłopaki sprawili, że od pierwszych chwil czuliśmy się w ich domu swobodnie. Od razu uzgodniliśmy, że nie są zwolennikami ta’arofu, co znacznie uprościło nasze relacje. Wieczorne rozmowy na tematy wszelakie były na tyle intrygujące dla obu stron, że nawet się nie zorientowaliśmy a na zegarkach wybiła 4-ta nad ranem. Spojrzałam porozumiewawczo na Piotrka, któremu mój pomysł przedłużenia o jeden dzień pobytu w Shahrezie również przypadł do gustu. Chłopaki również nie ukrywali swojej radości, w końcu jeszcze tyle tematów zostało do obgadania.

Miasto Szahreza słynie przepysznych owoców granatu...

Miasto Szahreza słynie przepysznych owoców granatu…

...oraz przemiłych ludzi :) Tradycyjne korsi, czyli oldschoolowy kaloryfer. W sam raz na zimne wieczory.

…oraz przemiłych ludzi :) Tradycyjne korsi, czyli oldschoolowy kaloryfer. W sam raz na zimne wieczory.

W granatowym sadzie.

W granatowym sadzie.

Rano wpadliśmy na pomysł, że fajnie by było dać irańskim braciom małe pojęcie o polskiej kuchni. Wybór padł na zupę ogórkową oraz pierogi ruskie. Co się naszukaliśmy składników to szkoda gadać. Całe miasto zjeździliśmy w poszukiwaniu odpowiedniego gatunku białego sera, a i tak nie był idealny. Wnioskując po reakcjach stwierdzany, że pierogi ruskie smakowały znacznie bardziej. Zupa z kiszonych ogórków wydawała się być dla nich lekką abstrakcją. Wieczór opłynął na rozmowach i plany wcześniejszego położenia się do snu legły w gruzach. Mało brakowało, a do snu utuliłyby nas pierwsze promienia słońca.

Lepienie pierożków.

Lepienie pierożków.

IMGP4082

IMGP4093