Welcome to Iran. Tabriz i skalne miasto Kandovan.

pano

Ostatnie dramy wydane, chusta, tunika i skarpetki (tak dla bezpieczeństw jakby ktoś chciał się przyczepić) ubrane, apteczka i gazy bojowe głęboko schowane, możemy ruszać na armeńsko – irańskie przejście graniczne Meghri – Agarak.

Armeńska strona zażyczyła sobie prześwietlenia sakw, profilaktycznie. Irańscy celnicy mieli bardzo dużo czasu, więc wklepywanie naszych danych do komputera trwało wieki. Nikt nie zadawał dziwnych pytań, nikt nie przyczepił się do mojego stroju. Odprawa poszła bezproblemowo. Wymieniliśmy trochę waluty po zaskakująco dobrym – jak na granicę – kursie (34500 riali = 1 dolar).

Obraliśmy kurs na Tabriz, wybierając dłuższą, jednak mniej górzystą drogę. Od samego początku wzbudzaliśmy na drodze niemałą sensację wśród irańskich kierowców, którzy bardzo entuzjastycznie reagowali na nasz widok, trąbiąc, machając, wykrzykując pozdrowienia. Co jakiś czas ktoś się zatrzymywał, by zamienić choć słowo, chwilę na nas popatrzeć, uścisnąć Piotrkowi dłoń. Takie powitanie może być tylko i wyłącznie początkiem czegoś dobrego.

Zielone ogórki w irańskim wydaniu.

Zielone ogórki w irańskim wydaniu.

Zakaz skakania autem "na główkę" ;)

Zakaz skakania autem „na główkę” ;)

IMGP3017


Na pierwszy nocleg zatrzymaliśmy się w owocowym sadzie, uprzednio pytając o pozwolenie przyjemnego Irańczyka. Zgodził się, a nawet zaproponował, że możemy spać w niewielkim domku stojącym na jego terenie. Nic nie zapowiadało załamania pogody, więc grzecznie podziękowaliśmy i zdecydowaliśmy się spać w naszym prywatnym M1.

Rano nie wiadomo gdzie zapodział się doskonały humor dnia poprzedniego. Również pogoda przez noc uległa diametralnej zmianie. Zrobiło się zimno, szaro i deszczowo, a co wyższe szczyty pokryła warstwa śniegu. Gdyby nie fakt, że dopiero co rozpoczęliśmy naszą przygodę z Iranem, chętnie zawinęłabym się w śpiwór z kubkiem ciepłej herbaty. Pierwsze 10 kilometrów ciągnęło się niemiłosiernie, czułam jak się jak po całym dniu pedałowania. Piotrek widząc moją niemrawą minę, chętnie przystał na pomysł małego oszustwa. Nie musieliśmy długo czekać. Paka niebieskiego pickupa, okazała się być wystarczająco obszerna, żeby pomieścić nie tylko rowery, ale również nas. Wszystko działo się tak szybko, że nie pomyśleliśmy o tym żeby ubrać dodatkową warstwę. Jeden z panów siedzących w szoferce widocznie widząc w jej tylnej szybce jak walczę z sakwą, widocznie przejrzał moje intencje, gdyż zatrzymał na moment samochód by podać mi marynarkę. Pożegnaliśmy się z panami jakieś 20 kilometrów dalej, na wylotówce z Gargar – Hadishahr. Po chwili zatrzymał się samochód, z którego wysiadł sympatyczny człowiek, tylko po to by podarować nam garść orzechów oraz ucałować Piotrka po bratersku. Pocałunki między mężczyznami to w Iranie nic dziwnego. W policzek, czasem dwa, czasem trzy. Na powitanie, na pożegnanie. Nic nadzwyczajnego nie ma również w widoku przechadzających się pod rękę lub za rękę chłopaków. Bez żadnych podtekstów. Z dziewczyną na miasto za rękę nie wyjdziesz, za to z kolegą jak najbardziej. Relacje damsko – męskie oraz przepisy obyczajowe obowiązujące w Iranie są dla przybysza z Europy czasem nieźle pokręcone.

Podczas małej przerwy podjechał do nas ciężarówką młody Irańczyk. Jedynym słowem, który znał po angielsku było „OK”. Nasza znajomość perskiego ograniczała się do kilku zwrotów, więc bardzo szybko musieliśmy przejść na migowy. Taher chciał nas zaprosić na obiad, a gdy udało nam się wytłumaczyć, że mamy pełne brzuszki, pojechał po całości i zaczął nalegać, żebyśmy pojechali z nim do Tabrizu, do jego domu. Nie żeby nam się nie chciało tego dnia więcej pedałować, po prostu był tak sympatyczny, że nie mieliśmy serca, żeby odmówić. Po drodze zajechaliśmy do przydrożnej restauracji, gdzie mieliśmy okazję zapoznać się z irańską wersją kebaba oraz dooghiem (doogh – gazowy napój na bazie jogurtu o smaku mięty, irański odpowiednik ajrana).

Na pierwszym planie jeszcze jesień, na drugim już zima.

Na pierwszym planie jeszcze jesień, na drugim już zima.

Z Taherem.

Z Taherem.

IMGP3030

Doogh oraz chleb, swoją strukturą przypominający folię bąbelkową.

Doogh oraz chleb, swoją strukturą przypominający folię bąbelkową.

Zajechaliśmy do Tabrizu. Jadąc jakimiś dziwnymi zakamarkami na peryferie miasta, uświadomiłam sobie że tak naprawdę nie wiemy gdzie jedziemy i facet który siedzi za kierownicą jest zupełnie obcym człowiekiem. A co tam, dobrze patrzy mu z oczu. Więcej wiary w człowieka. Szybko odsunęłam czarne myśli w kąt. Zajechaliśmy do domu, w którym poznaliśmy rodzinę Tahera. Wzięliśmy prysznic, napiliśmy się herbatki, wymieniając z domownikami przyjazne spojrzenia. Mama Tehera podarowała mi materiał na czador. Ciężko było wytłumaczyć, że nie mamy miejsca w sakwach, a tego typu strój raczej mi się nie przyda. Trzy tygodnie później zrobiłam z materiału pożytek ofiarując go gospodyni w jednym z domów, do którego zaproszono nas na obiad.

W pewnym momencie zaczęło się wielkie poruszenie, Teher dał nam do zrozumienia że musimy się zbierać. Jak to? Gdzie? Dopiero co zrobiło się ciemno, a oni w takim momencie wyrzucają nas na bruk? Czyżbyśmy przecenili gościnność sympatycznego Irańczyka? Chwilę później jadąc z żoną i dziećmi Tehera w kierunku centrum poskładaliśmy wszystko w całość. Dom w którym byliśmy początkowo należał do rodziców Tehera, a aktualnie jedziemy do jego mieszkania.

Na drogach panuje chaos, kompletny brak jakikolwiek reguł. Migacze, znaki drogowe czy zasady pierwszeństwa to zbędne detale, nie zaprzątające głowy irańskich kierowców, którzy porozumiewają się ze sobą za pomocą klaksonów. Wspomniany chaos jest jednak tylko pozorny, jeżeli przyjrzeć się chwilę dłużej lub włączyć do ruchu, człowiek widzi jak niesamowicie płynnie to wszystko funkcjonuje.
Wieczór upłynął nam w przyjaznej atmosferze, wśród entuzjastycznych wygibasów młodszej pociechy naszych gospodarzy. Zasypialiśmy na miękkim dywanie, przykryci ciepłymi kocami. Tak wygodnie nie spało nam się już dawno. Po śniadaniu, dzieciaki dostały drugie śniadanie do szkoły, my wyprawkę na drogę, a Teher zawiózł nas ponownie do domu rodziców, u których zostały nasze wszystkie rzeczy, a stamtąd wyruszyliśmy w kierunku skalnego miasta Kandovan.

Taher z rodziną.

Taher z rodziną.

Młodsza pociecha Tahera.

Młodsza pociecha Tahera.

Śniadanie w rodzinnym gronie. Tradycyjnie na dywanie, zamiast przy stole.

Śniadanie w rodzinnym gronie. Tradycyjnie na dywanie, zamiast przy stole.

Kandovan to Kapadocja w miniaturze, jednak w przeciwieństwie do niej w dalszym ciągu jest zamieszkana. Fantazyjne formacje skalne, które setki lat temu człowiek przystosował do zamieszkania, swój wygląd zawdzięczają długotrwałej erozji skał wulkanicznych, powstałych w wyniku erupcji wulkanu Sahand.

IMGP3066

Wielbłądzie siodła.

Wielbłądzie siodła.

IMGP3076

IMGP3080

Mieszamy masełko.

Mieszamy masełko.

IMGP3091

IMGP3071

IMGP3073


W początkowych planach naszym kolejnym celem miało być słone Jezioro Urmia, jednak od poprzedniego dnia rozważaliśmy również możliwość udania się bezpośrednio do Teheranu. Bardzo bezpośrednio – autobusem z Tebrizu. Stwierdziliśmy, że ponad 600-kilometrowa trasa, której przejechanie zajęłoby nam ponad tydzień, niekoniecznie jest tego warta. Iran jest ogromny, nie damy rady wszystkiego przejechać na rowerze – stwierdziliśmy. Kolejnym faktem przemawiającym za chwilową zmianą środka transportu była niska cena biletów. O które trzeba było się najpierw trochę potargować.

Zaraz po wjeździe na teren terminala autobusowego dopadł nas facet sprzedający bilet. Rzucił nam cenę 1000000 riali, my jednak nie do końca jeszcze zorientowani ile tak naprawdę powinien kosztować nas ten przejazd (wiedzieliśmy tylko, że niewiele ), postanowiliśmy trochę rozeznać się w temacie. Sprzedawca wyglądał na widocznie oburzonego, że nie chcemy przyjąć jego doskonałej oferty. Okazało się, że nie istnieje coś takiego jak kasa biletowa z ustalonym cennikiem, a bilet można kupić w okienku jednego z przewoźników albo bezpośrednio na płycie dworca, od jednego z koników. Popytaliśmy trochę i ustaliliśmy, że cena biletu powinna wahać się w granicach 350000-400000 riali/os. plus koszt przewozu roweru, który wytargowaliśmy do 100000 riali/za sztukę. Sprzedawcy nie do końca mieli pewność, czy nasze rowery zmieszczą się do luku bagażowego i w tym był największy problem… Ich rolą było wyłącznie sprzedawanie biletów, a nie przejmowanie się tym co będzie dalej. Udało się w końcu po nerwowych pertraktacjach ustalić z pracownikiem jednej z agencji przewozowych, że zapłacimy dopiero w momencie, gdy nasze rowery znajdą się w bagażniku. Zamówiliśmy bilety na godzinę 22-gą, pół godziny wcześniej stawiliśmy się na odpowiednim stanowisku, rowery się zmieściły, wybiła godzina odjazdu, a my nadal stoimy, autobus prawie pusty i nie zanosi się na to, że szybko odjedziemy. Paaanie to nie Europa, pojedziemy dopiero, jak zapełni się cały.