Panie, tu jest Karakalpakstan.

UzbekistanNukus-ChivaPANO

Budzimy się na miękkim dywanie w salonie naszego gospodarza Biekpolata. To jeden z tych poranków, gdy czuję, że odpoczynek nie przyniósł ze sobą żadnej regeneracji. Wizja kolejnego dnia zmagań z wiatrem nie napawa optymizmem. Jak miło by było przeleżeć cały dzień na tym uroczym dywanie, w tym ciepłym pokoju, u tej miłej rodziny. A jakby tak zapytać, czy nie mieliby nic przeciwko… Nie. Nie chcemy nadużywać gościnności. I tak czujemy w kościach, że zaserwowana poprzedniego wieczoru dwudaniowa kolacja była czymś niecodziennym. Jemy śniadanie w towarzystwie Biekopolata. Rozmawiamy, pijemy czaj, jeszcze więcej czaju. Nigdy przedtem, ani potem herbata z mlekiem nie smakowała tak dobrze. Pakujemy rowery, pamiątkowe zdjęcie, lepioszka – prosto z pieca – na drogę, czas jechać.

Biekpolat (z lewej) z rodziną.

Biekpolat (z lewej) z rodziną.

Droga do Kungrad ciągnie się w nieskończoność. Pada deszcz, wieje wiatr, siły brak. Co kilka kilometrów robimy małe przerwy. Poprawiamy sobie nastrój słodyczami i ciepłą herbatą. Atakowani silnymi podmuchami czasami z ledwością możemy utrzymać się na rowerach. W pewnym momencie dostrzegamy posterunek policji, a raczej, coś co pełni jego funkcję. Jadąc tą drogą dwa dni wcześniej nikt nie sprawdzał naszych paszportów. Nie miał kto. Tym razem przed barakowozem stoi kilku mundurowych, zatrzymując nieliczne auta jadące tą drogą, do kontroli. Tego nam jeszcze brakowało. Czujemy, że będziemy musieli się ostro tłumaczyć z braku rejestracji hotelowej za minioną… ups minione noce. „Ja będę mówił, Ty się nie odzywaj” – poważnie oznajmia Piotrek. Machnięcie lizaka. Podjeżdżamy.

Milicjant: Paszporty do kontroli. Registracja.
Piotrek: A Wy kto? Można zobaczyć dokumenty?

Nie wiem kto jest bardziej zszokowany pytaniem, ja czy milicjant. Ja stoję cicho, tak jak mi przykazano, ten natomiast po podniesieniu z ziemi własnej szczęki, wyjmuje legitymację.

M: Jak to kto? Milicja.

Piotrka twarz rozpromienia się w radosnym uśmiechu.

P: A to nie ma problemu. Na granicy mówili, żeby paszport to tylko milicji pokazywać.

Funkcjonariusz rozbawiony sytuacją zaczyna wpisywać nasze dane do jakiejś księgi, w międzyczasie wypytując o szczegóły naszej podróży. Piotrek bez żadnego skrępowania informuje, że sypiamy w namiocie. Orientujemy się, że kontrola miała raczej charakter rutynowy i bardziej od sprawdzania naszych kwitków z hotelu, milicjanci musieli dokonać odpowiednich adnotacji w związku z naszym poruszaniem się po tej konkretnej drodze. Jak się później okazało podobne posterunki znajdują się w punktach granicznych, rozdzielających sąsiadujące prowincje.

W końcu w ciężkich bólach dojeżdżamy do Kungrad, gdzie od razu udajemy się nie gdzie indziej jak na bazar. To tam najlepiej robić zakupy. W sklepach wybór towarów jest raczej ograniczony, na próżno szukać owoców, warzyw, nabiału, mięsa czy świeżego chleba. Za to na bazarze, wszystkiego jest pod dostatkiem. Do wyboru do koloru. A jak cena nie pasuje to i potargować się można. Jeszcze niedawno raczej rzadko kupowane przez nas suszone owoce, zazwyczaj zastępowane tańszymi słodyczami, teraz na stałe zagościły w naszych sakwach, jako dodatki do owsianki oraz energetyczne przekąski. Daktyle, orzeszki ziemne w posypce sezamowej, rodzynki, morele, czy figi sprzedawane są w naprawdę rozsądnych – nawet jak na budżet sakwiarza – cenach.

Zapasy uzupełnione. Trochę więcej tego dnia mamy problemów ze znalezieniem benzyny. Większość samochodów jeździ na gazie, z wiadomej przyczyny – jest znacznie tańszy. „Panie, tu jest Karakalpakstan” – słyszy Piotrek w odpowiedzi na pytanie o benzynę na jednej ze stacji. W końcu dostajemy namiary na jednego gościa, który sprzedaje paliwo zaraz obok czajchany, usytuowanej przy głównej drodze. Okazuje się niestety, że ten nie chce sprzedać 1 litra. Piotrek oferuje mu dwukrotnie wyższą kwotę, za której równowartość moglibyśmy tak naprawdę w knajpie obok zjeść dwa lagmany (gęsta zupa z nudlami) i problem rozwiązuje się bardzo szybko. Zaczynamy kalkulować, że jedzenie „na mieście”, może opłacać się bardziej niż pichcenie na własną rękę. Biorąc pod uwagę fakt, że czajchany w porach posiłków są zapełnione, oznacza to, że jeżeli przeciętnego uzbeckiego Kowalskiego stać na to, żeby się w nich stołować, to prawdopodobnie nas również.

Kolejny dzień wita nas słońcem. Wiatr niestety wciąż nie odpuszcza i wieje jak na złość prosto w twarz. Co jakiś czas zatrzymujemy się na krótkie pogawędki z sympatycznymi Uzbekami. Mijamy gromadki wesołych dzieciaków, witających nas zawsze z entuzjazmem. Po biednych chałupach widać, że ludziom raczej się nie przelewa, mimo to na większości mijanych twarzy malują się przyjazne uśmiechy. Ściągam w końcu ciężkie buciory i zakładam sandałki. Dobre znak, robi się ciepło. Miejscowi prognostycy twierdzą, że w Bucharze jest już gorąco. Okazało się, że na lato nie będziemy musieli czekać aż do Buchary, od której dzieli nas prawie 600 kilometrów. Po wyjeździe z Nukus, klimat staje się znacznie bardziej suchy i pustynny, a słońce grzeje mocno do tego stopnia, że musimy się rozebrać do krótkich rękawków. Nie ma to jak w dwa tygodnie przejechać trzy pory roku.

Od Nukus do zjazdu na Mangit falujemy wraz z drogą, raz w górę raz w dół, walcząc niezmiennie z wiatrem, a teraz jeszcze dodatkowo z sypiącym po oczach piachem. Mamy do wyboru dwie równolegle biegnące drogi. Starą – dziurawą jak szwajcarski ser oraz nową z pięknym, równiusieńkim asfaltem. Część kierowców, o dziwo, wybiera tą pierwszą. Docieramy do wspomnianego rozjazdu i porzucamy opcję pustynną na rzecz bardziej urozmaiconej drogi, biegnącej wzdłuż małych, spokojnych wioseczek. Przed mostem na Amu-darii trafiamy na kolejne służby mundurowe. Pilnują mostu. Piotrek nie byłby sobą, gdyby nie wyciągnął aparatu i nie próbował cyknąć kilku zdjęć, co błyskawicznie skutkuje podniesieniem ciśnienia u milicjanta czekającego na drugim brzegu. Zatrzymuje Piotrka i z czerwoną ze złości twarzą, surowym tonem wydaje rozkazy. Po uzbecku. „Ja nie panimaju” – odpowiada Piotrek, doskonale wiedząc, że gliniarzowi chodzi o to, żeby skasować zdjęcia. Ten w odpowiedzi na to daje popis swoich zdolności lingwistycznych, pokrzykując „noł, noł!”, palcem wskazując na małą przednią sakwę, do której chwilę wcześniej Piotrek schował aparat. Pita wyciąga aparat i układa w rękach tak, by milicjant widział wyświetlacz, po czym zaczyna wzruszać ramionami i powtarzać „noł, noł”, dając do zrozumienia, że nie zrobił żadnych zdjęć. Nie włączając aparatu, naciska strzałki w prawo i lewo, symulując, że prezentuje zapis z naszej karty. Nie wiem jakim cudem, ale policjant łyka tę ściemę i pozwala nam jechać dalej.

W Nukus szukając bazaru trafiliśmy przypadkowo na pchli targ.

W Nukus szukając bazaru trafiliśmy przypadkowo na pchli targ.

IMGP9663

IMGP9661

Uzbekistan

Droga Nukus - Chiwa.

Droga Nukus – Chiwa.

Amu-daria.  To tym ujęciem Piotrek naraził się na gniew strażnika mostu.

Amu-daria. To tym ujęciem Piotrek naraził się na gniew strażnika mostu.

Nawet krowy szukają schronienia przed wiatrem.

Nawet krowy szukają schronienia przed wiatrem.

Za Mangit postanawiamy znaleźć nocleg. Niestety ciągnące się nieprzerwanie zabudowania, uniemożliwiają znalezienie skrawka ziemi pod namiot. Wymęczeni wiatrem nie mamy ochoty na nocleg „na gospodarza”. Chcemy tylko zjeść i iść spać. Tym bardziej, że kolejnego dnia w planach mamy wczesną pobudkę. Chcemy jak najszybciej dojechać do Chiwy. Marzy nam się prysznic. W końcu korzystamy z przerywnika pomiędzy wioskami, w postaci pól. Na widoku, blisko drogi, ale nie ma co wybrzydzać. Zapada zmierzch, więc lepsze to niż szukanie w ciemnościach. Rano bez niespodzianek, czyli wietrznie. Chwila nieuwagi i silniejszy podmuch rzuca nasz namiot kilka metrów dalej. Cała zawartość ląduje na ziemi. My natomiast staramy się opanować sytuację i zapobiec dalszej ucieczce. Ruszamy. Stan drogi z czasem staje się jednak tak tragiczny, że nawet wiatr, dmuchający tego dnia w odpowiednim kierunku na niewiele się zdaje. Niebo pociemniało, a nad drogą falami przesypuje się piasek. Nigdy nie widziałam burzy piaskowej, ale zaczyna mi się wydawać, że za chwilę będę miała ku temu okazję. Posterunek policji. Na szczęście, wystarczy jedynie ksero paszportu, z którego funkcjonariusze dokładnie spisują nasze dane. Dopytują dodatkowo o dokładny adres zamieszkania oraz numer telefonu. Tak jakby mieli w planach pewnego dnia zadzwonić lub złożyć nam wizytę. Atmosfera jest raczej luźna. Śmiejemy się, gdyż na plakacie przedstawiającym podobizny poszukiwanych listem gończym, większość opryszków posiada długie brody. Piotrek zgubiłby się w tłumie. W końcu dojeżdżamy do Chiwy, perełki Jedwabnego Szlaku. Jest radość. Nie tylko z racji długo wyczekiwanego prysznica. W myślach powoli przemykają obładowane karawany, a bazary toną w morzu kolorów i zapachów. Czy aby jednak na pewno poczujemy w tym miejscu wiatr historii?

Uzbekistan, Nukus-Chiva