Wielki skok, czyli 4000 kilometrów w 48 godzin.

Jak przejechać Chiny na rowerze z zachodu na wschód w 30 dni? Nie mamy pojęcia. Z tego względu musieliśmy znaleźć jakiś alternatywny środek transportu, którym będziemy mogli teleportować się kilka tysięcy kilometrów dalej, przy okazji omijając dziesiątki pięknych miejsc. Samolotem może i szybko, ale co to za frajda? Mając do wyboru autobus i pociąg, wybór padł oczywiście na ten drugi. 48 godzin pociągiem przecież jeszcze nie jechaliśmy.

Kupno biletów.

Bilety na pociąg z Kaszgaru do Xi’an (z przesiadką w Lanzhou) zarezerwowaliśmy prawie z miesięcznym wyprzedzeniem za pośrednictwem agencji Travel China Guide. Nie mieliśmy pojęcia czy jest to tak naprawdę konieczne, czy bilety będziemy mogli kupić bez problemu po przyjeździe do Kaszgaru, jednak kierowani ostrożnością, postanowiliśmy nie ryzykować przymusowym, przedłużonym pobytem w Kaszgarze. Odbierając dzień przed odjazdem bilety w kasie, okazało się, że dostępne są wciąż miejsca na przejazd na naszej trasie, w tej samej klasie (podobno nie zawsze jest tak kolorowo i najlepiej kupować bilety z kilkudniowym wyprzedzeniem, szczególnie w okresach świątecznych).

Po odbiór biletów wybraliśmy się dzień przed planowym odjazdem pociągu. Po przejściu kilku kontroli osobistych znaleźliśmy się przed budynkiem dworca. Pan ochroniarz widząc, że nie mamy biletów odesłał nas do kas znajdujących się w innym budynku. W okienku wszystko poszło szybko i bezproblemowo. Po okazaniu numerów rezerwacji i paszportów, znaleźliśmy się w posiadaniu 4 biletów: 2x Kaszgar-Lanzhou, 2x Lanzhou-Xi’an.

• Odbioru zarezerwowanych uprzednio biletów można dokonać w dowolnej kasie biletowej na terenie Chin, jednak jeżeli dla przykładu jedziemy z Lanzhou do Xi’an, a odbieramy bilety w Kaszgarze musimy dokonać drobnej opłaty (5Y – opłata stała).

No to czekamy. My i nasze ruskie tasie. Moja w stylowe wzory, Piotrek wozi się jak dziad ;)

No to czekamy. My i nasze ruskie tasie. Moja w stylowe wzory, Piotrek wozi się jak dziad ;)

Dobrze, że przynajmniej najważniejsze informacje są zrozumiałe ;p Numer pociągu i godzina.

Dobrze, że przynajmniej najważniejsze informacje są zrozumiałe ;p Numer pociągu i godzina.

Miękkie spanie czy twarde siedzenie?

Pociąg kursujący na danej trasie na przydzielony numer oraz poprzedzającą go literę, która jest związana z komfortem podróży, a co za tym idzie – z ceną biletu. Do wyboru mamy:

• G (ga-osu) – najszybsze i najwygodniejsze pociągi;
• C (chengji) – kursujący z prędkością 350 km/h pociąg na trasie Pekin – Tianjin;
• D (dongche) – kursujące z prędkością 250 km/h komfortowe pociągi dziennie i nocne;
• T (tekuai) – spotykane na trasach między największymi miastami, szybkie i wygodne;
• K (kuaisi) – tańszy od powyższych, zatrzymuje się na wielu stacjach, musi przepuszczać wszystkie szybsze pociągi;
• L – pociągi uruchamiane sezonowo
• Na niektórych trasach kursują również pociągi bez literek, oznaczone wyłącznie cyframi.
Pociągi o najniższym standardzie, bez klimatyzacji czy otwieranych okien. Najwolniejsze, przepuszczają wszystkie inne pociągi.

Oprócz odpowiedniego pociągu, powinniśmy również wybrać klasę:

soft sleeper – miękka leżanka w czteroosobowym zamykanym przedziale;
hard sleeper – mniej miękka leżanka w sześcioosobowej sekcji (3 łóżka po jednej i 3 po drugiej stronie), otwartej na przejście;
soft seat – odpowiednik naszej pierwszej klasy z miejscami siedzącymi;
hard seat – odpowiednik drugiej klasy z miejscami siedzącymi.

W przypadku opcji hard sleeper, w każdym sześcioosobowym przedziale mamy 2 trzypiętrowe łóżka, które również różnią się ceną:

dolna leżanka – najlepsza i najdroższa opcja, nie musimy nie wspinać po drabinkach, mamy wystarczająco miejsca aby usiąść;
środkowa leżanka – trochę tańsza niż sąsiadka z piętra niżej, gdy chcemy posiedzieć trzeba szukać miejsca w korytarzu lub korzystać z gościnności osoby okupującej dolną leżankę;
górna leżanka – najtańsza i najbardziej klaustrofobiczna opcja, nie ma mowy o siadaniu, a każdorazowa wycieczka do toalety wymaga sprytu i ostrożności, by nie nadepnąć któregoś z niżej śpiących pasażerów.

My osobiście na obu trasach, jechaliśmy pociągami z oznaczeniem K. Na dłuższy odcinek Kaszgar-Lanzhou (40 godzin) wybraliśmy hard sleeper’a, natomiast krótszy ( 8 godzin z Lanzhou do Xi’an, w ciągu dnia) przesiedzieliśmy na twardych siedzeniach, które wcale nie były takie twarde 😉

Jak nadać rowery i nie zwariować.

To, że mamy bilety na pociąg nie oznacza, że nasze rowery również. Je również trzeba nadać. To, że mamy bilet na określony pociąg, nie oznacza również, że rowery będą jechać w tym samym. Aby nadać rowery należy udać się do specjalnego budynku na terenie dworca. Niekoniecznie w dniu odjazdu naszego pociągu. Można to zrobić równie dobrze dzień wcześniej. Podajemy stację docelową, na którą chcemy by dotarły rowery. To gdzie się przesiadamy nikogo nie interesuje. W momencie gdy nasze rowery dotrą do celu, jeżeli nie chcemy by obciążono nas dodatkową opłatą za przechowalnię, powinniśmy je odebrać w przeciągu 3 dni (znajomi odebrali po 2 tygodniach i też nic nie płacili ;)). Może się również zdarzyć, że to my będziemy na nie czekać. Wtedy nie pozostaje nic innego, jak mieć nadzieję.

Dzień przed odjazdem udało nam się znaleźć budynek nadania bagażu oraz zorientować w cenach i możliwości wykupu ubezpieczenia. Bez znajomości chińskiego, nie było to ani proste, ani szybkie. Wyczytaliśmy w sieci, że do pociągu możemy zabrać po jednej dużej torbie, więc zaopatrzyliśmy się na bazarze w dwie ruskie tasie, w które napakowaliśmy ile się da, a resztę postanowiliśmy nadać. Gdy okazało się, że każdy rower liczony jest jako 25 kilogramów (w tej wadze zmieściłyby się dwa nasze rowery… no prawie), a za dodatkowe 18 kilo bagażu będziemy musieli sporo zapłacić, postanowiliśmy przechytrzyć system. Zostawiliśmy po dwie duże sakwy na rowerach i przytroczyliśmy je dodatkowo taśmą. Waga każdego z nich nie przekraczała 25 kilogramów. W momencie, gdy chcieliśmy tak nadać nasze rumaki, stało się coś nieoczekiwanego. Pracownik zajmujący się odbiorem bagażu, dostał furii i zaczął na nas wrzeszczeć. Dobrze, że przynamniej go nie rozumieliśmy, bo mogłoby dojść do jakiegoś skandalu międzynarodowego 😉 Piotrek też trochę na niego pokrzyczał, ale finalnie musieliśmy nadać rowery i bagaż osobno. Jak się później okazało ilości wnoszonego do pociągu bagażu nikt nie kontrolował, więc równie dobrze moglibyśmy wziąć wszystko ze sobą. Wykupiliśmy również ubezpieczenie rowerów, które na coś się przydało. Od pani w okienku dostaliśmy kwitek, z którym po przyjeździe do Xi’an, mieliśmy się udać po odbiór bagażu.

To akurat ciężko było narysować, więc trzeba było się wspomagać translatorem.

To akurat ciężko było narysować, więc trzeba było się wspomagać translatorem.

Jeszcze tylko małe prześwietlenie i będzie można nadać bagaż.

Jeszcze tylko małe prześwietlenie i będzie można nadać bagaż.

A tak to wszystko wygląda od środka.

A tak to wszystko wygląda od środka.

Niestety akcja z przyklejeniem sakw do rowerów - uczynienie ich jednością - nie wypaliła.

Niestety akcja z przyklejeniem sakw do rowerów – uczynienie ich jednością – nie wypaliła.

No to jazda.

Przed wejściem do dworcowej poczekalni należy okazać bilet oraz paszport. Oczywiście po przejściu kilku kontroli osobistych oraz wielokrotnym skanowaniu bagażu. Im bliżej planowego odjazdu pociągu, tym większe tworzą się kolejki do bramek, prowadzących na peron. Nie można tak po prostu wejść na peron. W odpowiednim dla tego czasie, obsługa otwiera bramki, sprawdza po kolei bilety, by zostały one ponownie sprawdzone przez konduktora, czekającego u wejścia do każdego wagonu. W każdym wagonie znajdują się toalety, umywalki oraz bojler z wrzątkiem (można zalać zupkę lub zrobić kawę czy herbatę). W opcji z przedziałami dodatkowo, w każdym z nich znajdziemy duży termos, żeby co chwilę nie trzeba było biegać po wodę. Każda leżanka zaopatrzona jest w poduszkę oraz czystą pościel. Przynajmniej dla tych, którzy wsiadają nas początkowej stacji. W naszym przedziale jeden pan wysiadał w połowie trasy, a inny dosiadł się na to samo miejsce i musiał spać w tej samej pościeli… W każdym razie łóżka są całkiem wygodne 😉

Jeżeli nie wzięliśmy ze sobą niczego do jedzenia, można coś również kupić w pociągu. Co chwilę po głównym korytarzu oprócz sprzedawców kapci i pasków, chodzą panie w fartuszkach oferujące gotowe posiłki, zupki chińskie, napoje oraz dziwne przekąski. Oczywiście ceny są znacznie wyższe niż w normalnym sklepie czy jadłodalni. Czasami pociąg zatrzymuje się na stacji na dłużej, więc kto odważniejszy może wyskoczyć po coś do jedzenia na peron, gdzie czekają panie z obwoźnymi kuchniami.

Podczas podróży w klasie hard sleeper, mieliśmy w wagonie naszego osobistego konduktora, który w tym przypadku nie był zbyt miły. Do jego zadań należało sprawdzanie biletów, opróżnianie metalowych tacek, pełniących rolę śmietników; zasłanianie zasłon o godzinie 23-ej (o tej porze gaszono również światło) i odsłanianie ich skoro świt (i wtedy zaczynała grać muzyczka, na szczęście spokojna i relaksująca).

Cała podróż obyła się bez żadnych spektakularnych wydarzeń. Byliśmy z ciekawością obserwowani przez towarzyszy naszej podróży, jednak nikt nie był na tyle odważny, by próbować nawiązać bliższą znajomość.

No to jazda!

No to jazda!

A na deser: niespodzianka!

Do Xi’an przyjechaliśmy późnym wieczorem i od razu ruszyliśmy do hostelu. Z informacji uzyskanych w Kaszgarze wynikało, że na rowery będziemy musieli poczekać 2-3 dni, jednak gdy kolejnego dnia udaliśmy się do punktu odbioru bagażu dopytać o dokładną datę, okazało się że nasze rzeczy już dotarły. Zaraz na wstępie Piotrek zorientował się, że w jego rowerze został urwany kabelek od licznika, a że wykupiliśmy ubezpieczenie to trzeba było zgłosić szkodę. Najpierw pracownicy długi dyskutowali macając licznik i kabelek, próbując go jakoś prowizorycznie przytroczyć. Gdy to nie przyniosło żadnych efektów, zaoferowali naprawę. Jeden z panów zniknął z rowerem, by po godzinie wrócić dumny jak paw. Kabelek się trzyma! Co z tego, skoro licznik dalej nie działa. Przy próbie lutowania, stopili przewód. Gdy padła propozycja żebyśmy zostawili rower i wrócili kolejnego dnia, zaczęliśmy mocno protestować. Zapierali się jak mogli, ale w końcu nie mieli innego wyjścia, a my zamiast nowego gniazda mocowania licznika, weszliśmy w posiadanie nowego licznika.