Uzbekistan. Raj na ziemi?

Uzbek2

Tytuł trochę przewrotny i z góry zapowiadam, że odpowiedzi na pytanie nie udzielę. Spotkania z miejscową ludnością, podczas których wychwalała ona swój kraj, miały utwierdzić nas w przekonaniu, że Uzbekistan jest najpiękniejszym miejscem pod słońcem, ziemia wydaje obfite plony, a ludzie żyją w dostatku, przyjmując zagranicznych gości z pompą. Oczywiście rezultat był odwrotny. W mojej głowie zaczęło rodzić się coraz więcej pytań. Czy ludzie żyjący w tym kraju, mimo ciężkich warunków faktycznie są szczęśliwi czy może każdego dnia rano przywdziewają maskę z namalowanym uśmiechem, próbując sobie wmówić, że tak smakuje szczęście? Mając świadomość otaczającej beznadziei, lepiej otwarcie o niej mówić, czy starać się mimo wszystko ukryć ją pod stertą powtarzanych kłamstw? Czy na pytania „kak Uzbekistan, wsio haraszo?”, „kak u nas, normalna?”, wypada powiedzieć coś innego niż „konieczna, kak w Polszy”? Mimo wewnętrznej walki ze sobą i chęci wypowiedzenia głośno, że wcale nie jest kolorowo, nie nam przecież burzyć ich szczęście. Nieważne czy prawdziwe czy też nie.

Uzbekistan

Sympatyczne Uzbeczki.

Uzbekistan

Wiejska sielanka.

Gościnność zakrapiana alkoholem.

Zaczęło się ściemniać, a my jechaliśmy wciąż wśród uprawnych pól i plantacji bawełny. Ani skrawka wolnej trawki na robicie namiotu. Zaczęłam coraz bardziej żałować, że nie zatrzymaliśmy się kilkadziesiąt kilometrów wcześniej w czajchanie nad brzegiem małego stawu. „20 kilometrów dalej jest kolejna czajchana, tam mają pyszne ryby” – poradzili nam miejscowi. To pojechaliśmy. W końcu 35 kilometrów dalej po prawej stronie ukazały się światła. „Ufff jesteśmy uratowani” – pomyślałam. Czajchanę opuszczali właśnie ostatni klienci. Okazało się, że knajpkę zamykają na noc i nie mowy o jedzeniu czy spaniu. Obok mieścił się spożywczak, monopolowy i kanciapa stróża, który pozwolił nam rozbić namiot na niedużym trawniku. „Jak zjecie wpadnijcie na herbatę, pogadamy” – dodał. Oczywiście rozstawianiu namiotu towarzyszyło wielkie poruszenie, nagle nie wiadomo skąd znalazło się mnóstwo pomocników i doradców. Jeden starszy pan (niech będzie pan X) zaczął opowiadać jak służył w Czechosłowacji, że zeszłego roku gościł Francuzów, że nas też będzie gościł, że dom blisko, że nie ma mowy żebyśmy spali w namiocie, bo to Uzbekistan, a Uzbecy tacy gościnni. Grzecznie podziękowaliśmy, gdyż zorientowaliśmy się, że pan X ma już nieźle w czubie. Po kolacji poszliśmy na herbatę do stróża, że gdzie odbywała się mała „narada”. Na stole wódka, smażone ziemniaki, jakieś ogórki. My usadowieni na materacach przesiąkniętych brudem i potem. Stróż zrazu zaczął wychwalać uzbecką gościnność, co chwilę powtarzając, że będzie nas gościł, że nie ma innej opcji, żebyśmy poszli rano do niego do domu na śniadanie. Było jeszcze dwóch znajomków, pojawił się także pan X. Piotrek w międzyczasie z grzeczności wychylił z lepkich czarek dwa głębsze. Towarzystwo nieźle się porobiło. Stróż w co drugim zdaniu zapraszał nas na śniadanie, a pan X wciąż nalegał na nasz nocleg u niego, w kółko powtarzając od początku historię z Francuzami. Za dużo nam już było tego wieczoru gościnności, więc podziękowaliśmy za miły wieczór i poszliśmy spać. „Piotruś, chyba by wypadało iść do tego stróża na śniadanie, tak bardzo nalega” – powiedziałam przed snem. Dylemat rozwiązał się sam, gdyż cała gościnność wyparowała wraz z alkoholem. W prawdzie umordowany nocną imprezą stróż zapytał nas rano, czy wpadniemy do niego na herbatę, jednak wyraz twarzy mówił sam za siebie. Było to raczej grzecznościowe pytanie, podszyte błagalnym wołaniem „żona to mnie zabije jak o 7 rano wrócę z pracy porobiony, na dodatek z turystami, których będzie musiała jakoś ugościć”. Gdy tylko usłyszał satysfakcjonującą odpowiedź, obrócił się czym prędzej na pięcie i zaczął szybko przebierać nogami, na wypadek gdybyśmy jednak zmienili zdanie.

Uzbekistan

Jest super.

Uzbekistan

Spotkania na drodze.

Uzbekistan

Rzadko można spotkać małego osiołka, ale jak się już spotka nie można przestać ochować i achować.

Słodka wymiana.

Kierowaliśmy się w stronę Doliny Fergańskiej. Do pokonania mieliśmy przełęcz Kamczyk. Byliśmy już na tyle zmęczeni, że postanowiliśmy zatrzymać się jeszcze przed finalnym, stromym podjazdem, by zdobyć przełęcz kolejnego dnia. Spotkani po drodze ludzie zapewniali nas, że czeka nas ostre pchanie, pokazując wymownym ruchem ręki, z jakim nachyleniem terenu będziemy mieli do czynienia. Niestety trochę zaspaliśmy – właśnie zaczął się ostrzejszy podjazd. Po obu stronach budki strażnicze i żołnierze z kałachami. Zaczęliśmy podjeżdżać. Oczywiście okazało się, że pod koniec dnia to my już zbyt wiele nie zdziałamy. Zatrzymaliśmy się przy pierwszych prowizorycznych zabudowaniach, gdzie zapytaliśmy o możliwość rozbicia namiotu. Nie był problemu do czasu, gdy pojawił się naczelnik, który przepraszając kilkukrotnie, nie zezwolił na nasz nocleg. Na ratunek przyszedł nam sprzedawca tulipanów, zapraszając do swojej daczy, znajdującej się trzy kilometry dalej. Nie miałam już sił, jednak wizja kolorowego, letniskowego domku, położonego na malowniczym zboczu, trochę trzymała mnie na duchu. Gdy dotarliśmy na miejsce, zastaliśmy zrujnowany betonowy barak oraz ganiające przed nim umorusane, obsmarkane dzieciaki. Jedyną osłoną podczas załatwiania potrzeb fizjologicznych był kawałek potarganej folii, zza której ciekawscy sąsiedzi mogą zobaczyć mój biały tyłek. Dorośli zniknęli w domu, do którego nas nie zaprosili. Nie mieli do czego. Okazało się, że głowa rodziny oraz jego brat pracują, tak samo jak dziesiątki innych ludzi, których widzieliśmy przy drodze – sprzedając czerwone tulipany. Wśród takiej konkurencji, pewnie niewiele można zarobić. Co robią, gdy tulipany przekwitną? Nie mam pojęcia. W czasie, gdy rozbijaliśmy namiot i gotowaliśmy kolację ciekawskie dzieciaczki śledziły każdy nasz ruch. Gdy poczęstowaliśmy gospodarza posiłkiem, ten lekko zawstydzony, powiedział że chętnie odrobinę spróbuje. Nie chciał przyjąć nic ponad jedną miseczkę ciepłej strawy, którą zabrał do wnętrza domu. Z pewnością po to, by podzielić się nią z całą rodziną. Odwdzięczył się ciepłą lepioszką. Rano, jedząc śniadanie w namiocie, przyszedł by wręczyć nam miseczkę sumalaku (pasta z kiełkującej pszenicy i wody), którą oddając w ręce właściciela wypełniliśmy suszonymi owocami i czekoladą. Piotrek jeszcze głupio wyskoczył, żeby napisali nam adres, żebyśmy mogli wysłać wspólne zdjęcie. Adres? Wszyscy patrzyli na nas zdziwieni. Widać, że z długopisem i kartką też nie do końca wiedzieli co zrobić. „Rustamuf Muftilief….yyy… Perewal Kamczyk.” – zapisał Piotrek na życzenie gospodarza.

Uzbekistan

Rustamuf Muftilief z rodziną.

Bo u nas w Uzbekistanie, to wsio jest.

Mijając kolejną wioskę, kilkadziesiąt kilometrów przed Margilan, zachciało nam się świeżej lapioszki. Przy drodze piekli, zapachniało, trzeba było kupić. Napatoczył się w mgnieniu oka jakiś starszy pan na rowerze (pan Z) i zaczął nam opowiadać jak to służył w Polszy, a że do powiedzenia miał dużo, zaprosił nas do siebie na herbatę. To znaczy jak się później okazało do domu synowej. On przecież nie będzie obsługiwał gości, w końcu to rola kobiety. Ktoś musi czaj zaparzyć, kompociku nalać, podać cukierki, orzeszki i świeży chleb. Pan Z mimo tego, że synowa zajęta była pieczeniem chleba, wydawał jedną komendę za drugą. Ta natomiast wszystkie życzenia teścia spełniała bez mrugnięcia okiem.
Uzbekistan

Od samego usadowienia nas na wygodnym dywanie, pan Z począł prowadzić monotematyczny monolog, pt. „Bo u nas w Uzbekistanie, to wsio jest.” Mają owoce i warzywa (idziemy oglądać, że wszystko co trzeba jest w ogrodzie), cztery pory roku, trzy miesiące lato, trzy miesiące jesień,… , dobry klimat, gościnnych mieszkańców („my Uzbecy, to wiemy jak gościć, my gości bardzo szanujemy”). Dom wybudowany własnoręcznie, w ogrodzie posadzone wszystko „tymi rukami” (rękami). „Haroszo tu u nas prawda?” Kiwamy głowami z uznaniem. Po czym pan Z rozpoczyna całą śpiewkę od początku. Po kilku spotkaniach podobnych do tego zaczynamy się nieźle orientować w kalendarzu uzbeckiego rolnika. Wiemy kiedy sieje się zboża, kiedy zbiera bawełnę, jakiej wielkości są obecnie owoce moreli. Dzień bez kilku rozmów o ogórcach i pomidorach to dzień stracony.

Uzbekistan

Płukanie ziemniaków.

Nie da się ukryć, że dom synowej pana Z różni się od tych, w których mieliśmy okazję gościć do tej pory. Po pierwsze jest nowy, po drugie na podwórzu jak również we wnętrzu jest czysto i schludnie. W wychodku, zamiast dziury w podłodze, porcelana. Nawet jest spłuczka. Niestety tylko na pokaz. Jednak jak przeciętny obywatel chce, to może z pomocą sąsiadów, ładnie się urządzić. Tak, o ile tak jak syn pana Z, pracuje w Moskwie od rana do nocy. To jak w Uzbekistanie wsio jest, jak roboty nie ma?

Uzbekistan

Kobiety niosące chrust.

Między zupą a drugim daniem.

Zajechaliśmy do przydrożnej czajchany głodni jak wilki. Wybór padł oczywiście na tą, w której siedziało najwięcej ludzi. To zawsze dobry znak. Nauczeni doświadczeniem zapytaliśmy o ceny, które okazały się bardzo korzystne, więc zamówiliśmy wszystko to, na co mieliśmy ochotę. Siedzący w sąsiednim stoliku starsi panowie, zaczęli wypytywać skąd jesteśmy, gdzie jedziemy, itd. W momencie, gdy na stół wjechała zupa, grzecznie życzyli smacznego. Odetchnęliśmy z ulgą, ponieważ do tej pory w Uzbekistanie, zazwyczaj byliśmy bombardowani pytaniami, a nasi rozmówcy raczej mieli w nosie fakt, że chcielibyśmy spokojnie zjeść posiłek. Nasza radość nie trwała zbyt długo. Do restauracji wkroczył znajomy naszych sąsiadów, lokalny artysta. „Mogę się przysiąść?” – powiedział siadając.

Artysta: Widzieliście po drodze moje dzieło?
Piotrek: ???
A: Musieliście widzieć wielkie figury w kształcie arbuza i czajnika.
P: Aaa o to chodzi. Widzieliśmy.

Straszna tandeta.
A: Byliście w środku?
P: Nie.
A: Niemożliwe. Będziecie musieli wrócić. Koniecznie musicie wejść do środka. Na ścianach widnieją wersety z Koranu. Największa atrakcja w okolicy. Prawda? – z tym pytaniem zwrócił się do naszych sąsiadów.
Sąsiedzi: Taaaak, taaak oczywiście. Może, by tak dać młodym spokojnie zjeść.
A: Przecież ja im nie przeszkadzam, prawda?

I co tu powiedzieć. Tak więc słuchaliśmy jak to panu artyście się doskonale powodzi, jak dobrze żyje się w Uzbekistanie. Zaproponował nawet, że jeżeli mamy ochotę to może nas ugościć i specjalnie dla nas zabić jakąś owieczkę. I znowu „bo my Uzbecy jesteśmy tacy gościnni”. Rozumiem, doceniam, ale po co na każdym kroku to podkreślać, nie wystarczy po prostu być?

Uzbekistan

Pamiątkowe zdjęcie z artystą ;)

Religijno – kulturowe piekiełko.

Rozkładaliśmy właśnie namiot na równo przystrzyżonej trawie przed czajchaną, gdy podszedł do nas jegomość z propozycją noclegu. Grzecznie podziękowaliśmy, gdyż jego alkoholowy oddech prawie zwalił nas z nóg. Nie minęło pięć minut, gdy pojawił się następny. Właśnie byliśmy na etapie ścielenia łóżek (czyt. rozkładania śpiworów). Normalnie odrzuciłabym propozycję noclegu, z czystego lenistwa, nie chciałoby mi się pakować wszystkiego z powrotem do sakw. Pan Y wydał mi się jednak spokojnym, miłym i trzeźwym człowiekiem , na dodatek twierdzącym, że w nocy będzie ogromna ulewa, więc tym razem nie trzeba było mnie długo namawiać. Kilka minut później byliśmy już w drodze do jego domu.

Na miejscu pan Y oświadczył Piotrkowi: „teraz my idziemy jeść plow do czajchany, a ona (czyli ja) zostaje z żoną”. Wymieniliśmy z Piotrkiem porozumiewawcze spojrzenia i było jasne, że nie ma mowy, o tym żebyśmy się rozdzielili. „Już jedliśmy, nie jesteśmy głodni. Jeżeli to nie problem, możesz iść sam, a my poczekamy.” Pan Y miał żonę oraz dwójkę dzieci, chłopca i dziewczynkę. Zaproszono nas do salonu gościnnego i usadowiono na wygodnych materacach. Dołączył do nas starszy brat gospodarza oraz jego dwóch szwagrów. Nie pytana o nic i ignorowana, siedziałam cały wieczór w milczeniu, by na koniec usłyszeć: „Pietia, ona (czyli ja) po rosyjsku chyba nie mówi, co?”. Piotrek w międzyczasie dopytywany był o szczegóły życia w Polsce, a następnie uświadamiany jak wspaniałe i pobożne życie wiodą Uzbecy. Pan Y bez skrępowania mówił o tym, że gdyby jego córka bez pozwolenia wyszła za bramę po zmierzchu, obciął by jej nogi, a także próbował nam udowodnić, że ta nasza Europa to strasznie jest zacofana. Przykładami miały być mydło oraz kanalizacja, które do Europy przywędrowały z Azji. Po prawie czterech tygodniach w kraju, w którym ludzie nie mają bieżącej wody, nie wspominając już o gorącej, a śmierdzące wychodki nazywane są toaletami, ciężko było tego słuchać. „Spokojnie, nie daj się sprowokować. Siedź cicho” – powtarzałam sobie w myślach. Kolejnym tematem byli Kirgizi, że niemili, niegościnni, źli ludzi. „Zobaczycie, jeszcze zatęsknicie za uzbecką gościnnością.” Jak zwykle sąsiad sąsiadowi wilkiem. Przerabialiśmy to już kilkukrotnie w innych krajach, więc nie zamierzaliśmy brać tych słów do siebie. Na kolację dostaliśmy sadzone jajka. Piotrek po spałaszowaniu swojej porcji, dostał od pana Y kolejną. „JEMU też możesz dać” – dodał łaskawie wskazując na talerz i na mnie. Dziękuję panie za łaskawość. Gotowało się we mnie okropnie, że jako kobieta jestem traktowana jak człowiek drugiej kategorii. Niby mogłam coś powiedzieć, zaprotestować, ale po pierwsze nie byłam u siebie, po drugie, nikogo raczej nie obchodziło moje zdanie. Żona oraz bratowa pana Y podczas wszystkich tych zdarzeń uwijały się w kuchni, a dzieci posłusznie pełniły rolę kelnerów. Po kolacji, panie ustawiły się pod drzwiami pokoju, czekając na przyzwolenie mężów na wejście. Pani Y widocznie nie zasłużyła, bo końcówkę wieczoru spędziła z nami jedynie bratowa pana Y, siedząc podniecona, z błyszczącymi oczami. Mimo tego, że na dworze lało jak cebra Pan Y postanowił dać jeszcze Piotrkowi na koniec wieczorku małą lekcję ogrodnictwa i pokazać jak wygląda drzewo wiśni i jakim w stadium są jego owoce.

Uzbekistan

W domu pana Y.

Z rana poszliśmy na śniadanie do kafejki prowadzonej przez szwagrów pana Y. To akurat sympatyczne młode chłopaki były, wolne jeszcze od uprzedzeń, ale również pozbawione własnego zdania. Pan Y oraz jego brat, na podniesienie ciśnienia, zamiast mocnej kawy zafundowali nam tematy religijne. „Wy wiecie, że za 20 lat w Europie będzie 70% muzułmanów? Bo tam u was to dużo gejów, to dziewczyny wolą naszych chłopaków. My nienawidzimy gejów, to nie ludzie”. Tak się we mnie zagotowało, że czułam, że jestem o krok od tego, żeby wstać i wykrzyczeć im prosto w twarz, co o nich myślę. Wiedziałam, że jedynie Piotrek może uratować sytuację, uciąć rozmowę, wybić im z głowy te wszystkie „mądrości”, jego zdanie może wzięliby pod uwagę. Mojego z pewnością nie.

O: Piotrek, powiedz coś proszę.
P: Przecież widzisz, że to nie ma sensu.

Czułam, że ma rację. Z fanatykami takimi jak oni, nie ma co dyskutować. To jak rzucanie grochem o ścianę. Atmosfera zrobiła się ciężka. Nie miałam najmniejszej ochotę na dalsze przebywanie w tym towarzystwie. „Pietia, teraz ja przyjadę do Polszy, a Ty będziesz mnie ugaszczał” – powiedział na pożegnanie pan Y. „Będziemy ugaszczać Twoją żonę, a Ty będziesz stał pod drzwiami” – pomyślała ona.

Uzbekistan

Sprzedawca słonecznika na bazarze w Margilan.

Uzbekistan

Mieszkańcy Doliny Fergańskiej.