Ziemniaczane lenistwo, czyli Kirgistan po raz trzeci.

Kirgistan

Czasami bywa tak, że człowiekowi nagle i niespodziewanie dopisze szczęście, o którym mógłby tylko pomarzyć. Czasami, wiatr w oczy i sypie się wszystko po kolei, tak jakby musiał odpokutować winy całego świata. Czy to na rowerze, czy w podróży, czy w codziennym życiu – raz pod górkę, a raz górki. Nam tym razem trafiło się jak tej ślepej kurze, złote ziarno.

Dylematy.

Dojechaliśmy w końcu do Karakol. Tutaj zaczynała się nasza przygoda z Tadżykistanem, tutaj zmierza ona ku końcowi. Od tego momentu będziemy przemierzać znaną nam już drogę, tym razem w przeciwnym kierunku. Zmarznięci, zmęczeni i głodni, marzyliśmy o małym odpoczynku i ciepłym posiłku. Niestety guesthouse Sadat, w którym zostaliśmy bardzo serdecznie przyjęci podczas naszego pierwszego pobytu w Karakol, okazał się zamknięty. Szkoda – pomyśleliśmy, nieświadomi jeszcze niespodzianki od losu, który czekał na nas z tego tytułu.

Do granicy zostało nam niecałe 50 kilometrów, niestety w większości pod górę. Nam się nie spieszyło, jednak dla Kasi i Marcina najmniej ryzykowną opcją, byłby jak najszybszy wyjazd z Tadżykistanu. Według naszych obliczeń termin ważności ich 30-dniowej wizy mijał tego dnia, według pani w biurze imigracyjnym w Murgab dnia kolejnego. Może bylibyśmy zdolni jej bezgranicznie zaufać, gdyby nie fakt, że nazwiska czy numeru telefonu – w razie problemów na granicy – dać nie chciała.

My z Piotrkiem, od samego początku założyliśmy, że gdyby gonił nas czas, naszą rowerową przygodę z Tadżykistanem możemy zakończyć w Karakol, a później podratować się autostopem. W sumie podobałoby mi się nawet takie rozwiązanie, nie lubię dwa razy jeździć tą samą drogą. W dodatku przełęcz Kyzyl-Art nie kojarzyła mi się najlepiej. Wisiała raczej nad nią burzowa chmura.
Wszyscy wiedzieliśmy, że najlepszą opcją byłaby podwózka. Równocześnie byliśmy świadomi, że szanse na nią mamy marne. Ruch na drodze ograniczał się do kilku jeepów, wiozących ostatnich w tym sezonie turystów. Nieprzyzwyczajona do rozrzutności dla wygody, nie miałam zamiaru pozbywać się kilkudziesięciu dolarów.

Cuda.

Siedzieliśmy w wioskowej stołówce, czekając na nasze ziemniaczki, gdy przez drzwi do wnętrza zaczął się wlewać tłum mundurowych. Nie mając za bardzo siły i chęci na zawieranie nowych znajomości, postanowiliśmy nie wychylać się ze znajomością rosyjskiego. Miejsca w stołówce nie było zbyt wiele, więc bardzo szybko w naszym stoliku pojawiło się dodatkowe towarzystwo. Panowie po rozpoznaniu naszej narodowości, ani przez chwilę nie wątpili w nasze zdolności językowe i zaczęli z zainteresowaniem wypytywać o szczegóły naszej podróży. Po kilku minutach rozmowy zaproponowali nam podwózkę. „Co będziecie się męczyć, jedźcie z nami”. Nasi dobrodzieje, Kirgizi, okazali się pracownikami akcji humanitarnej. Wracali dziewięcioma pustymi Kamazami z Afganistanu, gdzie żyjących tam rodaków, w liczbie 1500, zaopatrywali w żywność oraz nowe jurty.

Po wspólnym obiedzie, załadowaliśmy rowery na jedną z pak i ruszyliśmy w drogę. Niestety przed tadżyckim punktem kontrolnym musieliśmy wysiąść. Nasza obecność mogłaby przysporzyć niepotrzebnych pytań, a najwidoczniej Kirgizi nie chcieli się w żaden sposób narażać sąsiadom zza między. Obiecali jednak, że jeżeli wyrobimy się szybko z odprawą, poczekają na nas na Kyzyl-Arcie (około 0,5 km za punktem kontrolnym) i zawiozą do samego Sary-Tash. Na szczęście się udało. Na szczęście, bo droga po drugiej stronie przełęczy, tonęła w błocie i śniegu. Siedząc w ciepłej szoferce, wyobrażałam sobie siebie samą, pchając rower w dół przełęczy, umorusaną po pachy, przeklinającą na cały świat. Czułam, jakbym złapała Pana Boga za nogi. Dosłownie. Nasi Kirgizi, okazali się prawdziwymi Kirgizami z krwi i kości. Gdy tylko oddaliliśmy się od tadżyckiej granicy na bezpieczną odległość, pojawiła się wódka i zakąski. Tym bardziej droga do Sary-Tash przebiegała w radosnej atmosferze. Pamir pokonany, czas na zasłużony odpoczynek.

Ziemniaczane lenistwo.

Jak Polak najlepiej odpoczywa? A no najlepiej leżąc, czytając i zagryzając piwo ziemniakami. Już pierwszego wieczoru udało się Piotrkowi dokonać cudownego odkrycia. W lodówce sąsiadującego z hostelem sklepiku, sprzedawana była słonina. Mieszkańcy Kirgistanu może i nie są zbyt gorliwymi muzułmanami, mimo to wieprzowina nie jest raczej popularnym zjawiskiem na sklepowych półkach. Nam natomiast ziemniaczki z cebulką i skwarkami były jak najbardziej w smak. Pierwszego dnia – dwa kilogramy. Nie pojedliśmy. Drugiego dnia – trzy kilogramy. Lepiej, jednak każdy czuł pewnego rodzaju niedosyt. Chłopaki marudziły, że to pewnie z racji tego, że za grubo obieramy. Dopiero ostatniego dnia, czteroma kilogramami, udało nam się zaspokoić ziemniaczany głód.

Ostatniego dnia lenistwa, oprócz objadania się ziemniakami, z niepokojem wyglądaliśmy przez okno. Nadciągające ciemne chmury nie zwiastowały niczego dobrego. Drobny śnieżek sypiący z rana, z czasem coraz bardziej przybierał na sile, by po południu przerodzić się w prawdziwą, zimową zawieruchę. Dobrze było mieć tego dnia, bezpieczny dach nad głową.

Pamir pokonany. Świętowanie "na bogato".

Pamir pokonany. Świętowanie „na bogato”.

imgp4275

Pożegnanie.

Nie przeliczyliśmy się w naszych przypuszczeniach, że co się miało wypadać, to się wypadało. Kolejny poranek przywiał nas piękną, słoneczną pogodą, a szare i ponure miasteczko, nagle jakby wypiękniało na tle ośnieżonych szczytów. Jechaliśmy jak urzeczeni, podziwiając otaczający nas zimowy krajobraz, który z czasem, w miarę ubywania wysokości, nabierał z powrotem jesiennych kształtów. Im bardziej zbliżaliśmy się do chińskiej granicy, tym droga stawała się coraz lepsza, co sprawiło że przemieszczaliśmy się szybciej niż przewidywaliśmy. Poskutkowało to tym, że większość niedzieli spędziliśmy na kręceniu się po Irkeshtam, w oczekiwaniu na poniedziałek i otwarcie granicy. Chłopaki dla zabicia czasu szlifowali podstawowe zwroty po chińsku, katując nas setnym „nihao”

(dzień dobry). Jeden z kirgiskich celników, w trosce o nasze dobre samopoczucie, podarował nam butelkę wódki, słoik korniszonów i garść kurutu, które tego zimnego wieczoru okazały się jak znalazł. Kirgizi to jednak wiedzą, jak pożegnać gości z klasą.

Wieczorem chłopacy wybrali się na obchód po tirach, w celu znalezienia ochotnika, który zechciałby nas przewieźć przez granicę i tym samym zaoszczędził nam konieczność brania taksówki (o szczegółach przekraczania chińskiej granicy w kolejnym odcinku). Niestety wszyscy kierowcy zgodnie twierdzili, że nie ma takiej opcji. Chińczycy mają swoje dziwne zasady i oni niestety nie mogą nam pomóc. Żeby zaoszczędzić czasu i przekroczyć granicę z samiusieńkiego rana, udało nam się wyprosić jednego z nich o możliwość noclegu na pustej pace. W nocy ledwo co zmrużyliśmy oko. Cała przyczepa chodziła, targana potężnymi podmuchami wiatru. Gdybyśmy spali na zewnątrz, bardzo prawdopodobne, że bylibyśmy pierwszymi osobami, które próbowały nielegalnie przekroczyć granicę w latających namiotach.
Pamir, Kirgistan

Pamir, Kirgistan

Pamir, Kirgistan

Pamir, Kirgistan

Pamir, Kirgistan

Kirgistan

panorama-3

Kirgistan

Chłopaki grają w kości, a raczej kośćmi.

Kirgistan

Ekipa.