Zielono mi.

Armania-jakaswioska

Po dwóch miesiącach spędzonych w Gruzji nadszedł czas na zmiany. Myślę, że gdyby nie wizyta Mam z pewnością do Armenii zawitalibyśmy trochę wcześniej. Wyszło jak wyszło, zostały nam na Armenię tylko trzy tygodnie. Tak jak w stosunku do Gruzji byłam nastawiona bardzo na TAK, naczytałam się dużo, wiedziałam mniej więcej gdzie chcemy pojechać, tak na Armenię nie byłam zbytnio przygotowana i tak naprawdę nie wiedziałam czego mam się spodziewać. Wiele osób podróżujących po Gruzji w swoich pierwotnych planach miało również wizytę w Armenii, jednak finalnie większość z nich stwierdzała, że w Gruzji jest tyle do zobaczenia, że jej południowego sąsiada trzeba będzie zostawić na kolejny raz. Zdania tych którym udało się jednak dotrzeć, były podzielone: jednym się podobało, innym mniej. Nie było wielkiego WOW, nie było wielkiego BUU. Dla mnie, potrzebującej zmian, jedno było pewne – może być tylko lepiej.

Droga z Tbilisi w kierunku do granicy armeńskiej upłynęła nam w dobrych humorach. Tego dnia nikt nas nie chciał rozjechać, a wszyscy kierowcy i napotkani ludzie byli nad wyraz mili. Jakby przeczuwali co siedzi w mojej głowie, chcieli zrobić przynajmniej dobre ostatnie wrażenie, żeby zostawić pozytywne o ich kraju wspomnienia. Na dowód tego, że świat jest maleńki spotkaliśmy jeszcze chłopaków z Tychów (Rowerem Przez Świat), powoli kończących swoją rowerową eskapadę na trasie Polska-Gruzja.

Zbyszek i Marcin, czyli tyska ekipa Rowerem Przez Świat.

Zbyszek i Marcin, czyli tyska ekipa Rowerem Przez Świat.

Odprawę na przejściu granicznym Sadakhlo – Pkhtavan przeszliśmy bez żadnych problemów. Od 2013 roku obywatele Polski mogą wjeżdżać do Armenii bez wizy i przybywać na jej terytorium do 180 dni w ciągu roku. W kantorku po armeńskiej stronie nabyliśmy trochę lokalnej waluty i nawet kurs nie był jakiś najgorszy. Na liczniku mieliśmy około 90 kilometrów, więc zgodnie stwierdziliśmy, że czas najwyższy szukać noclegu. Panowie ze stacji benzynowej byli bardzo mili i bardzo chcieli pomóc nam w znalezieniu dobrego miejsca, byle tylko nie w ich ogrodzie usytuowanym za stacją. Inny pan widząc, że przyglądamy się trawnikowi obok jakiegoś opuszczonego zakładu pracy, skinął żebyśmy pojechali za nim. Wjeżdżamy na posesję, bardzo ładnie. Ten który nas prowadził wychodzi z auta z małżonką, oboje elegancko ubrani. Tort, kwiaty, te sprawy. Myślę: idealnie, chyba trafiliśmy na jakąś imprezkę. Nasza radość trwała zaledwie kilka sekund, gdyż właścicielka przybytku, która pojawiła się na placu boju szybko rozwiała nasze nadzieje rozbicia namiotu na jej równiutko przystrzyżonym trawniczku. Będziecie grać w kasynie? Nie macie pieniędzy? To spadówa, miejsca nie ma 😉 Kilkaset metrów dalej dostrzegamy uwijającą się w sadzie rodzinkę, która nie widzi najmniejszego problemu żebyśmy rozbili namiot i najedli się orzechów włoskich. Pierwszy nocleg na armeńskiej ziemi znaleziony.

Jedna z wielu tablic informujących, że w tym rejonie biegł niegdyś Jedwabny Szlak., czyli główna droga handlowa łącząca Europę oraz Bliski Wschód z Chinami.

Jedna z wielu tablic informujących, że w tym rejonie biegł niegdyś Jedwabny Szlak., czyli główna droga handlowa łącząca Europę oraz Bliski Wschód z Chinami.

IMGP1923

Lato się kończy, dzień jest coraz krótszy, a poranki coraz chłodniejsze. Już nie musimy się zrywać skoro świat, żeby zdążyć przed upałem. Kończymy z nastawianiem budzika, z długą przerwą w ciągu dnia. Można się w końcu porządnie wyspać.

Pierwsze wrażenia: jakoś tak pusto, cicho, zwierząt na drodze coś mało, o ludziach nie wspominając. Jedziemy wcale nie najgorszą drogą, w dolinie rzeki Debed. Zielono, zielono i jeszcze raz zielono. Po obu stronach drogi ciągną się sady owocowe. Czasem w głębi widać jakieś zabudowania. Pierwsze miasteczko na naszej drodze to Alawerdi, nad którym góruje szczyt, z którego buchają kłęby dymu. Pół miasta zajmuje elektrownia i kopalnia miedzi. Do osiedla mieszkalnego usytuowanego kilkaset metrów powyżej, kursuje kolejka linowa. Tym razem odpuszczamy sobie jednak sporty ekstremalne. Do miasta nie wjeżdżamy, robimy jedynie małe zakupy w przydrożnym sklepie. Niestety okazuje się, że ceny są wyższe niż w Gruzji, a wybór w sklepie równie niewielki. Systematycznie pniemy się w górę, a na nocleg postanawiamy zatrzymać się w przydrożnej betonowej altanie, zbudowanej na czyjąś cześć. Po jakimś czasie podjeżdża samochód, a z kierowcą ucinamy krótką pogawędkę. Altana okazuje się należeć do jego szefa, jednak nie ma najmniejszego problemu lub obaw byśmy zostali w niej na noc.

Alawerdi - pierwsze miasto na naszej drodze.

Alawerdi – pierwsze miasto na naszej drodze.

IMGP1936

IMGP1933

Kanion rzeki Debed.

Kanion rzeki Debed.

Zawsze to lepiej spać pod daszkiem, nie trzeba suszyć namiotu z rana.

Zawsze to lepiej spać pod daszkiem, nie trzeba suszyć namiotu z rana.

Dziesięć kilometrów z rana i jesteśmy w Wanadzor, trzecim co do wielkości mieście Armenii (ok. 105 tysięcy mieszkańców). W oczy rzucają mi się od razu kobiety. Nienaganne fryzury i makijaże, choć te drugie moim zdaniem nieco przesadzone. Obowiązkowo szpilki na niebotycznych obcasach lub przynajmniej solidna platforma. Rewia mody. To co dopiero będzie działo się w stolicy.

Jak zwykle jesteśmy głodni. Na drugie śniadanie słodkie i wytrawne wypieki (bardzo smaczne) oraz do popicia produkty w plastikowych butelkach. Jako, że Ormianie posiadają swój własny alfabet, więc dowiedzieć się ciężko co tak naprawdę dane nam będzie spożywać. Jeden z wyrobów (tan) okazuje się odpowiednikiem ajrana, który doskonale znamy z Turcji, drugi natomiast smakuje jak gazowany żurek z koperkiem i kaszą. Może to był tylko zakwas, a nie produkt gotowy do spożycia? W każdym razie bez skutków ubocznych 😉 Piotrek, internetoholik znajduje również dla nas połączenie ze światem, dzięki nabyciu karty lokalnego operatora (VivaCell-MTS 4000 AMD/30 dni + 500 AMD karta sim).
IMGP1951

Wśród zieleni pierwsze kolory jesieni.

Wśród zieleni pierwsze kolory jesieni.

IMGP1956
Uciekając przed burzą, dojeżdżamy do miasteczka Dilidżan, gdzie odwiedzić mamy Bartka. Jakiego Bartka? Otóż po pojawieniu się materiału o naszej podróży na portalu Dzisiaj w Gliwicach, odezwał się do nas Bartek z zapytaniem czy nasza trasa nie będzie przypadkiem biegła przez Dilidżan. Nie mieliśmy wówczas jeszcze sprecyzowanej trasy przez Armenię, szybki rzut oka na mapę, czemu nie, wpadniemy w odwiedziny. Bartek, będący młodym pasjonatem podróży uczy się w UWC Dilijan Collage, czyli liceum dla wszechstronnie uzdolnionej młodzieży. Spędziliśmy wspólnie miłe popołudnie, zwiedziliśmy kampus (WOW! Na wypasie, mają tam chyba wszystko ) i udało nam się załapać na kolację (WOW! Tak jak wcześniej). Niestety z noclegiem na terenie kampusu było gorzej i musieliśmy się zadowolić parkingiem przed bramą wjazdową, co nie znaczy że było jakoś gorzej. Śpiąc w sąsiedztwie tylu „mózgów” może choć troszeczkę tej mądrości przeszło na nas.

Idzie burza.

Idzie burza.

Pionowy trawnik  ;)

Pionowy trawnik ;)

Z Kariną i Bartkiem na terenie kampusu UWC.

Z Kariną i Bartkiem na terenie kampusu UWC.


Od rana czeka nas 15-kilometrowy podjazd zakończony prawie 3-kilometrowym tunelem. Na podjeździe jest power, idzie nam całkiem sprawnie. Spotykamy po drodze dwie autostopowiczki z Polski i rozmawia nam się tak miło, że zapominamy się wzajemnie przedstawić (spokojnie będzie jeszcze okazja!:) )Mam pewne obawy, ponieważ trzy bardzo krótkie tunele, przez które jechaliśmy do tej pory w Armenii były tragiczne. Brak oświetlenia, wentylacji, tumany kurzu. Włącza się tunelofobia. Siedzimy przed i rozważam opcję łapania stopa. Nie, nie, nie. Jedziemy! O dziwo jest nie najgorzej, przejeżdżam bez paniki i jestem z siebie dumna. Dużą zasługę mają w tym kierowcy, którzy są o wiele bardziej ostrożni niż w Gruzji i starają się przeważnie wymijać nas, zachowując bezpieczną odległość.

Krajobraz po wyjechaniu z tunelu znacznie się zmienia, zielenie zastępują odcienie żółci, a zalesione wzgórza – łyse pagórki. Dojeżdżamy do Jeziora Sewan, mijając gestykulując znacząco panów (o takie ryby sprzedajemy! wydają się mówić rozkładając ręce) stojących przed przydrożnymi budkami oraz innych znudzonych sprzedawaniem jarzębiny na wiadra. Owa „jarzębina” okazuje się być owocem jadalnym (rokitnik zwyczajny) w smaku przypominającym pomarańczę, o poziomie kwaskowatości cytryny. Dojeżdżamy do półwyspu Sewan, gdzie po zwiedzeniu zabytkowego ormiańskiego klasztoru Sewanawank, udajmy się na poszukiwanie noclegu. Jest środek dnia, piękna pogoda, nie chce nam się nigdzie dalej jechać. Sezon nad jeziorem na szczęście się skończył, więc szybko znajdujemy miejsce na terenie jednej z zamkniętych knajpek na plaży. Właściciel przybytku, Hovik, ciekawy jest zarówno życia w Polsce, jak również tego co dzieje się u sąsiadów z północy.

Rokitnik zwyczajny. Wszyscy chcą sprzedawać (rośnie go masa w rejonie jeziora Sewan), nikt nie chce kupować.

Rokitnik zwyczajny. Wszyscy chcą sprzedawać (rośnie go masa w rejonie jeziora Sewan), nikt nie chce kupować.

2w1. Sewan i Ararat zdobyte.

2w1. Sewan i Ararat zdobyte.

Zachód słońca nad Sewanem.

Zachód słońca nad Sewanem.

Mięso z raka oraz rybki z Sewanu. Apetycznie może nie wygląda, ale smakowało wybornie.

Mięso z raka oraz rybki z Sewanu. Apetycznie może nie wygląda, ale smakowało wybornie.

Sewananawank.

Sewananawank.

Sewan jest największym armeńskim jeziorem, największym jeziorem Kaukazu oraz jednym z najwyżej położonych jezior na świecie (1916 m n.p.m.). Nazywane jest jednym z trzech mórz Armenii. Pozostałe dwa Urmia (Iran) oraz Wan (Turcja), obecnie znajdują się poza granicami kraju. Do jeziora wpływa 28 rzek, a wypływa tylko jedna – Hrazdan. Półwysep na którym spaliśmy był niegdyś wyspą, jednak władze radzieckie postanowiły zmniejszyć powierzchnię jeziora i tym samym ograniczyć parowanie wód. Na rzece Hrazdan zbudowano hydroelektrownię, co z kolei doprowadziło do osuszania okolicznych mokradeł i mogło niekorzystnie wpłynąć na dalsze losy zbiornika. W odpowiedzi na to zbudowano 49-kilometrowy tunel, doprowadzający wodę z rzeki Arpa. Obecnie poziom wody jest o 20 metrów niższy od pierwotnego.