Z głową w chmurach – kilka dni w Swanetii.

IMGP9502

Jadąc wybrzeżem z Batumi w kierunku północnym dojechalibyśmy do Abchaskiej Republiki Autonomicznej i taki początkowo był plan. Wyrobienie wizy nie jest podobno niczym trudnym, jednak przez wzgląd na to, że nie mogliśmy pobrać wniosku wizowego ze strony ministerstwa, jak również nikt nie odpisywał na naszego maila z prośbą o przesłanie owego formularza postanowiliśmy jechać w góry, do Swanetii.

Droga do Mestii.

W drodze do Zugdidi, zatrzymał nas młody funkcjonariusz oferując podwózkę. Trochę byliśmy zaskoczeni tą propozycją, jednak było tak gorąco, że aż żal było odmówić przejażdżki klimatyzowanym radiowozem. W Zugdidi trochę odpoczęliśmy, a jakiś czas po wyjechaniu z miasteczka zorientowaliśmy się, że jesteśmy śledzeni. Po kilkunastu kilometrach, kiedy wydawało nam się, że jesteśmy już sami, zobaczyliśmy że przed nami podejrzanie wolno kula się jakiś samochód i o dziwo musi robić krótkie postoje w tym samym momencie co my. Było coraz później, a my byliśmy już lekko zmęczeni, więc zapytaliśmy wypatrzonego na jednym z podwórzy gospodarza o możliwość rozbicia namiotu. Problemu oczywiście nie było, jednak jak się później okazało został szczegółowy przepytany przez funkcjonariuszy: kto? skąd? i po co? Nasz dobrodziej wytłumaczył grzecznie, że jesteśmy jego gośćmi z Polski i panowie dali sobie spokój. Przynajmniej tego dnia. Nam później natomiast wytłumaczył, że policja w tym regionie bardzo lubi wszystko wiedzieć i kontrolować.

Nasz gospodarz mimo tego, że zbyt wiele nie miał, chciał nas ugościć po królewsku. Wspólna kolacja, domowe wino. O spaniu w namiocie oczywiście nie było mowy. Niby wszystko fajnie, jednak gdzieś w środku mieliśmy poczucie, że coś robimy nie tak. Nie dość, że człowiek żyje biednie, to my jeszcze wchodzimy mu na głowę. Co innego gdybyśmy zostali zaproszeni. Z drugiej strony próbowaliśmy jakoś wytłumaczyć się przed sobą, że przecież chcieliśmy rozbić tylko namiot, niczego więcej nie oczekiwaliśmy.

Kolejnego dnia po dojechaniu do Jvari postanowiliśmy nieco zboczyć z obranej drogi i zobaczyć wodospad Intsra, niedaleko wsi Chkvaleri. Niby kilka kilometrów, a dało nam nieźle popalić. We wspomnianej wsi nie było opcji pchać dalej rowerów po kamienistej drodze, więc postanowiliśmy zapytać w jednym z domostw o możliwość zostawienia rowerów na jakiś czas. Dawid oraz jego żona nie mieli nic przeciwko, a miła rozmowa przerodziła się w drugie śniadanie, zakrapiane domowej roboty czaczą.

Na zegarze godzina 9-ta, lekko chwiejnym krokiem, w dobrych humorach wyruszamy na spacer w kierunku wodospadu. Po drodze marzymy tylko o tym, żeby w końcu zrzucić z siebie ubrania i wskoczyć do zimnej wody. W końcowej części musimy się trochę nagimnastykować, żeby dotrzeć do celu. Nie jest to bowiem typowa atrakcja turystyczna, do której biegnie równiutka ścieżka. Miejsce okazuje się przepiękne, a w pobliżu wodospadu panuje przyjemny chłód. Woda jest tak zimna, że po zamoczeniu stóp, porzucamy pomysł zanurzania pozostałych części ciała.

Wodospad Intsra.

Wodospad Intsra.

IMGP9356

IMGP9332

IMGP9339

W drodze powrotnej do Jvari spotykamy Gruzina, który mieszkał 5 lat w Polsce, więc rozmawiamy sobie swobodnie po polsku. Dostajemy jego numer telefonu (tak na wszelki wypadek, gdybyśmy potrzebowali pomocy) oraz wskazówkę, że powinniśmy jeszcze raz zboczyć z drogi i koniecznie zobaczyć zaporę wodną na rzece Inguri (druga co do wielkości betonowa zapora na świecie). Piotrek daje również namówić się innym spotkanym panom, na szybkiego kielonka. Na zagryzkę dostaje wielkiego piernika. Przyjmuje to tak naturalnie, jakby spożycie alkoholu nie mogło obyć się bez tego smakołyka.

W Jvari znowu łapiemy ogon, który towarzyszy nam aż do samej zapory. Sytuacja jest tym bardziej frustrująca, że słońce pali niemiłosiernie, jest stromo pod górkę, a panowie jadą 5 metrów za mną jak gdyby nigdy nic. Jakby podawali jakieś napoje chłodzące to co innego.

Zapora wodna na rzece Inguri.

Zapora wodna na rzece Inguri.

W dalszej drodze spotykamy jeszcze sympatyczną grupę polsko-ukraińską i mało brakowało, a dalibyśmy się namówić, żeby zapakować rowery na dach samochodu i udać na wspólne biesiadowanie.

Dziękujemy Pani Ewie za przesłanie zdjęcia ;)

Dziękujemy Pani Ewie za przesłanie zdjęcia ;)

Wstajemy skoro świt, żeby zdążyć cokolwiek popedałować zanim dopadnie nas upał. W małej wiosce, w małym sklepie, robimy małe zaopatrzenie. Wybór praktycznie żaden, jednak jak się później okazuje wybraliśmy najgorzej jak mogliśmy. Piotrka po zjedzeniu „papierowych” kiełbasek przez 5 dni męczy zatrucie żołądkowe, do tego stopnia, że zastanawiamy się nad wizytą u lekarza, gdyż żadne specyfiki nie pomagają. Nawet czacza.

Dzień mija nam na pokonywaniu kolejnych podjazdów. Droga jest w dobrym stanie, widoki piękne, więc jedzie się całkiem przyjemnie. Dodatkową atrakcją jest szwendający się wszędzie inwentarz żywy, który swoimi pozami, minami oraz ogólną beztroską dostarcza nam dużo radości. Spotykamy kilku rowerzystów, jadących w przeciwnym kierunku i wszyscy co do jednego, mówią że droga wiodąca z Uszguli do Lenteki, którą również zamierzamy pokonać to istna męczarnia – kamienista i stroma. Więcej pchania niż jazdy.
IMGP9432

IMGP9435

IMGP9439

IMGP9490

IMGP9494

IMGP9502

IMGP9429

IMGP0186

IMGP0175

IMGP9507
Po południu pogoda się załamuje, jednak deszcz okazuje się cudownym orzeźwieniem, po całym dniu pedałowania w upale, tym bardziej, że akurat mamy grubszy podjazd na swojej drodze. Wiemy, że tego dnia nie dojedziemy do Mestii, pytamy więc o nocleg we wsi Becho, skąd mamy niezły widok na majestatyczną Uszbę.

Kolejnego dnia udaje nam się w końcu dotrzeć do Mestii, gdzie po sprawdzeniu 5-6 miejsc noclegowych finalnie wracamy, do tego które odwiedziliśmy jako pierwsze. Tak jest zawsze, ale człowiek kolejny raz marnuje czas licząc na to, że znajdzie coś lepszego.
IMGP9558

IMGP9551

IMGP9547

W Mestii.

Prawdę mówiąc do Mestii zawitaliśmy z wizją, że odpoczniemy tak 2-3 dni i nadrobimy zaległości na blogu. Zmęczeniu drogą, nie wpadlibyśmy na pomysł wymyślania dodatkowych wyzwań, typu zdobywanie lodowców czy chodzenie po górach. Stało się inaczej, dzięki pozytywnym ludziom, których spotkaliśmy na naszej drodze, z czego jesteśmy niezmiernie zadowoleni. Kilka dni spędzonych w polskim gronie uświadomiło nam, że trochę stęskniliśmy się za rodakami. Fajnie było w końcu pogadać, pożartować w ojczystym języku.

Anię i Daniela poznaliśmy już pierwszego dnia naszego pobytu w Mestii, kiedy zawitali do tej samej noclegowni co my. Agata i Przemek dołączyli do nas za sprawą co najmniej kilku zbiegów okoliczności. Wspólnie wybraliśmy się na lodowiec Chalaadi, którego finalnie nie udało nam się dotknąć, z powodu załamania pogody, jednak mimo tego nie obyło się bez przygód. Razem jeździliśmy na pakach starych Kamazów w rytmie gruzińskich pieśni, razem moknęliśmy do suchej nitki w cieniu lodowca i razem rozgrzewaliśmy się domowej roboty specyfikami w lokalnej knajpie. Wieczór zakończyliśmy polską imprezą w jeszcze większym gronie. Królował „Wehikuł czasu” i inne tego typu hiciory. Tylko gitary brakowało. Niektórym tak się u nas spodobało, że postanowili przywłaszczyć sobie kawałek dywanu na dłuższą chwilę (pozdro Andrzej !:)).
IMGP9566

Lodowiec Chalaadi.

Lodowiec Chalaadi.

IMGP9654

IMGP9675

IMGP9590

IMGP9569
Kolejnego dnia po dojściu do siebie (tak nam się przynamniej wydawało) wybraliśmy się z Agatą i Przemkiem na mały trekking w okolice jeziorek Koruldi. Niestety po dwóch godzinach włóczenia się z ciężkimi plecakami po Mestii, nie udało nam się nawet znaleźć wyjścia na szlak (aż wstyd pisać :D), stwierdziliśmy że jest zbyt późno żeby wybierać się w góry, więc postanowiliśmy rozbić pierwszy obóz w ogródku naszego guest house’u  Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Zobaczyliśmy Mestię od tej mniej komercyjnej strony i udało nam się wejść, za pozwoleniem jednej gospodyni do baszty obronnej, a wycieczkę przełożyliśmy na dzień kolejny. IMGP9768

We wnętrzu baszty.

We wnętrzu baszty.

Widok na Mestię z dachu baszty obronnej.

Widok na Mestię z dachu baszty obronnej.

Po 6 godzinach marszu (hmm droga w dwie strony podobno zajmuje 8 godzin :D) i podziwianiu niesamowitych widoków doszliśmy do jeziorek i rozbiliśmy obóz. Niestety same jeziorka, mimo tego iż wyglądały bardzo malowniczo, okazały się niezbyt ładnie pachnieć, więc niestety musieliśmy porzucić pomysł kąpieli, który towarzyszył nam podczas wspinaczki w upale. Mieliśmy pewne ubawy, co do tego że możemy w nocy trochę zmarznąć (jeziorka znajdują się na ok 2700 m n.p.m), jednak nie było najgorzej, a bezchmurne niebo pozwoliło nam podziwiać wspaniale widoczną Drogę Mleczną. IMGP9954

IMGP9944

Jeziora Koruldi.

Jeziora Koruldi.

Rogata Uszba.

Rogata Uszba.

IMGP9879

IMGP9863

IMGP9799

Kolejnego dnia mieliśmy plan zaatakować wyrastający nad jeziorkami szczyt, jednak z powodu zatrucia Piotrek był tak słaby, że musieliśmy zrezygnować i zadowolić się kibicowaniem Agacie i Przemkowi, którzy dzielnie podjęli owo wyzwanie.

Ostatni wieczór to wieczór pożegnań i planowania kolejnego spotkania, po naszym powrocie na ojczystej ziemi. Znany się zaledwie 3 dni, a żegnamy jak starzy przyjaciele.

Droga Mestia – Uszguli – Lenteka.

Nie chcieliśmy z Mestii wracać tą samą drogą, którą przyjechaliśmy bo wiadomo, że jeżdżenie dwa razy tą samą drogą to nudziarstwo. Znaleźliśmy informację, że trasa Mestia – Uszguli – Lenteka nie jest w najlepszym stanie, ale da się ją przejechać. I tak jak na drodze Mestia – Uszguli częściowo jest asfalt i kursują marszrutki i prywatne samochody, tak informacje znalezione i posłyszane od innych rowerzystów nie napawały nas nadzieją na łatwy przejazd. Dobrze jednak, że wyczytaliśmy gdzieś, że dużo łatwiej jest przejechać z Uszguli do Lenteki, niż w przeciwnym kierunku, bo teraz z perspektywy naszego przejazdu doskonale rozumiem dlaczego.

Droga z Mestii do Uszguli faktycznie okazała się nie najgorsza. Najpierw do przełęczy ostry podjazd po asfalcie, za przełęczą zjazd po kamieniach, później kilka kilometrów szutrowej drogi, czasem w górę, czasem w dół (bardzo pylącej, do tego stopnia że z czasem wydawało mi się że mam na twarzy jakąś maskę ), 4 kilometry przed Uszguli kawałek wąskiej dróżki nad przepaściami, krótki ostry podjazd po kamieniach i jesteśmy w domu  Przejechanie tego niespełna 50-kilometrowego odcinka zajęło nam 6 godzin (nie wliczając przerw).IMGP0043

Uszguli ze Szcharą w tle.

Uszguli ze Szcharą w tle.

Szchara - najwyższy szczyt Gruzji.

Szchara – najwyższy szczyt Gruzji.

IMGP0068

IMGP0057

Widok z rana.

Widok z rana.

Droga z Uszguli do Lenteki wyglądała następująco: 7 kilometrów pchania rowerów po kamienistej drodze, aż do przełęczy; od przełęczy 8 kilometrów ostro w dół po dużych kamieniach (nadgarstki wysiadały od hamowania), a później już tylko lepiej, kamienie coraz mniejsze, czasem w górę, czasem w dół, a od pewnego momentu droga biegnie w lasku, rosną jeżyny/maliny, więc w ogóle jest całkiem nieźle. Po około 40 kilometrach od Uszguli pojawia się pierwsza wioska (i nawet jest jakiś sklep) i kolejne 20 kilometrów to droga głównie szutrowa, znowu bardzo kurząca i później nagle bang i jedziemy funkiel nówką aslfaltówką. Zrobienie około 40 kilometrów z Uszguli do pierwszej wioski zajęło nam 6 godzin. IMGP0171

IMGP0164

IMGP0158

IMGP0157

IMGP0140

IMGP0127

Może łatwo nie było, ale jedno jest pewne – było warto. Widoki mega! Jedyne co nam przeszkadzało to przebrzydłe gryzące muchy oraz rosnący przy drodze Barszcz Sosnowskiego w dużych ilościach.