Wysoko, wyżej, Ak-Baital.

Ak-Baital, Pamir

Po wyjechaniu z Wachanu, pojawił się asfalt. Na chwilę zrobiło się miło i przyjemnie. Można powiedzieć, że rower pod górkę jechał prawie, że sam. Te całe DWA kilometry, po których ponownie opuściliśmy M41. Zachciało nam się jeziora. Do Aliczur można przecież było jechać asfaltem, ale po co bez sensu, jak można nadrobić trochę kilometrów, żeby zjeść rybę.

Po przełęczy Khargusz, gdzie zjazd dla odmiany okazał się bardziej wymagający od podjazdu, byliśmy już lekko wypompowani, więc gdzieś tam w serduszku mieliśmy cichą nadzieję, że droga do Jeziora Bulunkul okaże się w miarę znośna. Co w praktyce oznaczało, że byliśmy prawie pewni, że będzie tragiczna. O dziwo było ok, a myśl o smacznej rybie niosła nasze zmęczone ciała, szybciej niż byśmy się tego spodziewali.

We wsi Bulunkul, gdzie mieliśmy znaleźć tani nocleg z wyżywieniem, gospodarze krzyknęli nam cenę dwa razy wyższą niż przypuszczaliśmy. Po krótkich pertraktacjach udało nam się jednak dojść do porozumienia. W końcu ktoś pojął, że lepiej mieć mniej, ale mieć, niż nie mieć nic. Poszwendaliśmy się trochę po wiosce, która jest podobno najzimniejszym miejscem w Tadżykistanie, w poszukiwaniu sklepów i produktów na dalszą drogę. Oczywiście bez większych rezultatów. Kupiliśmy jedynie słynący ze swej aksamitnej miękkości, papier toaletowy. Równać się może jedynie z papierem ściernym. Kolacja u naszych gospodarzy zaskoczyła nas natomiast niezwykle pozytywnie. Tak dobrej ryby, do tego w takiej ilości, nie jedliśmy już dawno. Obżarliśmy się jak bąki. Nawet Piotrek i Kasia, nasze dwa żarłoki, nie marudziły tego wieczoru, że mało.
imgp4148

slomianykapelusz_215

Jak jest jedno gniazdko i limitowany prąd, to trzeba ostro kombinować.

Jak jest jedno gniazdko i limitowany prąd, to trzeba ostro kombinować.

Po śniadaniu, na które zaserwowano nam jogurt z jaka z owocami, wyruszyliśmy w kierunku Aliczur. Droga tym razem nas nie oszczędzała. Kamienista, poprzeplatana pułapkami w postaci piaszczystych odcinków, wiła się bez końca to w górę, to w dół. Mijaliśmy wymarłą wioskę, rodem z horroru. Na wjeździe przywitały nas zwłoki rozkładających się jaków. Opuszczone domostwa, wyglądały tak jakby przeszedł przez nie mały huragan, rozrzucając wokół dziwne przedmioty i kości.

Gdy dojechaliśmy do Aliczur, które po drodze zdążyło urosnąć w naszym mniemaniu do rozmiarów potężnej metropolii, jak zwykle okazało się, że ciężko nawet ze znalezieniem dobrze zaopatrzonego sklepu, a w jadłodalni serwują jedynie jajka. Na szczęście po przejechaniu wsi wzdłuż i wszerz, udało nam się znaleźć na jej szarym końcu jeszcze jedną stołówkę, gdzie mogliśmy się trochę rozgrzać pysznym lagmanem i pielmieni. Nieważne było nawet, że pielmieni było lagmanem z 3 pierożkami. Wyszedł pomysł, żeby wziąć trochę tych smakowitości na wynos, na kolację. Właściciele mieli słoiki, niestety bez zakrętek. Kiedy już wykombinowaliśmy jakby to wszystko zapakować, żeby nie wylało się w sakwach, okazało się, że nic już w garnkach nie zostało. Wszystko zjedzone. Niestety tego wieczoru musieliśmy się zadowolić zupkami chińskimi z dodatkiem czosnku i cebuli.

Nie wiemy jak wygląda M41 w całości, jednak przemierzając kolejne kilometry asfaltowej drogi prowadzącej z Aliczur do Murgab doszliśmy zgodnie do wniosku, że mimo tych wszystkich niedogodności związanych ze stanem dróg w Bartangu i Wachanie, jechanie nimi stanowiło dużo większą frajdę. Żeby poczuć Pamir trzeba się przecież troszeczkę pomęczyć.

Bulunkul

Jezioro Bulunkul.

imgp4154

imgp4182

Pamir

imgp4164

Plan był taki, żeby kolejnego dnia dojechać do Murgab. W nocy posypało śniegiem, więc zanim udało nam się trochę wysuszyć namioty i śpiwory w promieniach słabego słońca, minęło trochę czasu. Droga do przełęczy (4100m.) wspinała się raczej łagodnie i nie sprawiła nam większych problemów. W bonusie po drugiej stronie dostaliśmy silny wiatr w plecy. Niestety do czasu. W pewnym momencie zaczęło wiać nam prosto w twarz i mimo, że wciąż jechaliśmy w dół, musieliśmy się nieźle napedałować. Na dodatek zawisły nad nami ciemne chmury i zaczął prószyć śnieg. Na szczęście udało nam się uciec.
imgp4196

Pamir

W Murgab uderzyliśmy od razu do Pamir Hotelu, który wszyscy nam po drodze polecali. Oficjalna cena za nocleg wynosiła 10$, jednak z racji zbliżającego się zamknięcia sezonu i tym samym hotelu, mieliśmy nadzieję na jakąś sporą obniżkę. Niestety negocjacje nie przyniosły żadnego skutku. Gdyby jeszcze standard pokoi był warty swojej ceny, moglibyśmy się zastanowić. Jednak po oględzinach stwierdziliśmy, że 10$/os. za klitkę z dwoma piętrowymi łóżkami, mającą lata świetności już dawno za sobą, to stanowczo za dużo. Wyruszyliśmy w miasto na poszukiwania. W pierwszym lepszym guesthousie okazało się dużo przytulniej i oczywiście taniej (niecałe 4$). Do tego zamiast prysznica, mieliśmy przyjemną, gorącą kąpiel w bani. Na kolację nagotowaliśmy ziemniaków, które chodziły za nami od jakiegoś czasu. Ile radości z tak prostej kolacji, jak niewiele człowiekowi potrzeba do szczęścia. Śmialiśmy się, że po to tyle czasu harowaliśmy, braliśmy nadgodziny, oszczędzaliśmy, żeby teraz najeść się kartofli. A ludzie nam tak zazdroszczą tej podróży. Widzicie, naprawdę nie ma czego :)

Pamir

Pamir

imgp4145

Kolejny dzień miał być dniem odpoczynku i regeneracji przed największym postrachem Pamiru, przełęczą Akbajtał czy Ak-Baital, jak kto woli (4655m). Oczywiście przez pół dnia kręciliśmy się po sklepach i bazarach, jedząc oraz zaopatrując się w jedzenie na drogę. Do tego doszło pranie, walka z powolnym internetem i ani się obejrzeliśmy, a już trzeba było kłaść się spać.

Od rana słonecznie, ale wietrzenie i chłodno. Mimo tego, że droga nie była wymagająca nagle na wysokości 3800 metrów zaczęłam źle się czuć. Mdłości, ścisk w klatce piersiowej, problemy ze złapaniem oddechu i ogólne osłabienie. Od mojej słabej formy na pierwszej czterotysięcznej przełęczy (Kyzyl-Art), spędziliśmy ponad trzy tygodnie na dużych wysokościach, pokonaliśmy kilka przełęczy i nie działo się nic, a teraz jak na złość musiało mnie znowu dopaść. Mimo tego, że po przejechaniu planowanych 55 kilometrów, zostało nam jeszcze sporo czasu do zachodu słońca, a ekipa miała siły i chęci do dalszej jazdy, musieliśmy z mojego powodu odpuścić i znaleźć dogodne miejsce na camping. Wiedziałam, że jeżeli przejadę kolejne 10 kilometrów, padnę nieżywa, nie zjem kolacji, przez co następnego dnia nie będę miała siły już w ogóle.

No dobra nadszedł ten dzień. Ja się od rana oczywiście martwię jak to będzie, czy przypadkiem nie padnę na podjeździe, Piotrek dla odmiany, już się nie może doczekać. Podjazdowy psychopata. Jakbym powiedziała, że nie pojadę, prędzej by mnie tam ubił i zakopał razem z rowerem, niż miałby zrezygnować z tej przyjemności. Na szczęście nie musieliśmy sprawdzać. Czułam się już znacznie lepiej niż poprzedniego dnia. Po 15 kilometrach dojechaliśmy do tablicy informacyjnej z nazwą i wysokością przełęczy, zainstalowaną, nie wiedzieć dlaczego przed finalnym podjazdem, około 4 kilometrów przed szczytem. Spodziewając się, że drugiej takiej możemy już u tam u góry nie zastać, urządziliśmy oczywiście pamiątkową sesję. Kapcie wystrzeliły jak petardy i tyle ich widzieliśmy. Biedny Piotrek rozerwany pomiędzy chęcią „bycia pierwszym”, a rolą troskliwego męża, wybrał to drugie i wiernie mi towarzyszył.

Nie powiem, że było lekko. Było natomiast o niebo lepiej niż się spodziewałam. Obiecałam sobie, że choćbym miała robić te 4 kilometry pół dnia, to tym razem nie będę pchała, a tym bardziej prosiła Piotrka o pomoc. Muszę dać radę sama. No i udało się. Ja tu walczę o każdy kolejny metr, no co reszta ekipy stwierdziła, że w ogóle bułka z masłem i o co tyle szumu z tym całym Akbajtałem 😉

Ak-Baital, Pamir

Kapelusze i Kapcie w komplecie, meldują gotowość do wykonania misji „Ak-Baital”.

Ak-Baital

Na finiszu. (fot. Kasia Barejko)

Keen

Czasem zdarzy mi się umyć ząbki z rana ;)

Większość wysokich, znanych przełęczy ma na swoim szczycie tablicę, jakiś pomnik, o pięknej panoramie nie wspominając. W tym przypadku nie było kompletnie nic. Z tego powodu nie byliśmy nawet do końca przekonani, czy aby na pewno już jesteśmy na miejscu. Później miało być 50 kilometrów zjazdu do Karakol. Taaa. Był plan, że dojedziemy tego samego dnia. Taaa. Wiatr w twarz, kamienista droga. Wjeżdżając człowiek podświadomie rozumie, że musi się zmęczyć, jednak gdy musi pokonywać z trudem kolejne kilometry w dół, przychodzi to już jakoś ciężej. Po około 20 kilometrach byliśmy wykończeni. To nic, że zaczął się asfalt, wiedzieliśmy że tego dnia do Karakolu już nie dojedziemy.