Wszystkie kary na mnie idą.

c

Koniec obijania, po trzech miesiącach wracamy do gry. Byłoby jednak zbyt pięknie, gdyby ta wielka laba uszła nam na sucho. Nie chciało się trzymać formy, chodzić na spinningi, to trzeba swoje odcierpieć. Już pierwszego dnia pedałowania, zaczęliśmy żałować, że chociaż ociupinkę nie przyłożyliśmy się do przygotowań. Nie było czasu. Taaa. No, ale od początku.

Powrót do Kirgistanu.

3 września wsiadamy w Katowicach do Polskiego Busa, by kilkanaście godzin później znaleźć się w Budapeszcie, skąd kolejnego dnia rano polecimy przez Stambuł do Biszkeku. Jakby tego rozbijania się autobusami i samolotami było mało, musimy jeszcze w stolicy Kirgistanu znaleźć taksówkę, która zawiezie nas do oddalonego o prawie 600 kilometrów Dżalalabadu, gdzie pod opieką braci jezuitów, czekają nasze rowery. Oczywiście żyjemy w stresie, czy nasze bagaże, aby na pewno wylądują z nami w Biszkeku. Na szczęście, torba rumunka dociera na miejsce bez żadnego szwanku. Kierowcy dzielonej taksówki oczywiście nie spieszy się z jej zapełnieniem. W drodze upał niemiłosierny, samochód załadowany po brzegi, do tego młody Kirgiz za kółkiem robi przerwy, co pół godziny, by chwilę później przypomnieć sobie, że jeżeli chce dojechać na miejsce jeszcze tego dnia, musi ostro przycisnąć gazu. Lepiej spać, niż modlić się na każdym zakręcie. Do Dżalalabadu dojeżdżamy późnym wieczorem, mocno wypompowani. Na dobre zakończenie dnia, nie obyło się rzecz jasna bez awantury, gdy przyszło do płacenia. Ustalona z góry cena za przejazd, nagle znacznie wzrosła o opłatę za bagaż oraz podwózkę pod wskazany adres. Daliśmy kierowcy wyliczoną kwotę, dziękuję i do widzenia. Takie numery to nie z nami.

W Dżalalabadzie zostaliśmy jak zwykle ciepło przywitani przez ks. Adama. Samo miasto również przywitało nas niezwykle gorąco. Z przyjaznej polskiej aury, przenieśliśmy się do prawdziwego piekarnika. Upał, długa męcząca podróż, intensywny miesiąc w Polsce, mocno odciskały się zmęczeniem na naszych ciałach. Spanie do 11-ej, obowiązkowe popołudniowe drzemki, jako tako utrzymywały nas przy życiu, podczas przygotowań do wyjazdu. Składanie rowerów, planowanie trasy, przeczesywanie sklepów i bazarów w poszukiwaniu kalorii – w postaci miodów, suszonych owoców, ryżów i owsianek -tak bardzo potrzebnych w drodze. Po trzech dniach, nie do końca w euforii, zapakowaliśmy te wszystkie tony jedzenia na biedne rowery i opuściliśmy bezpieczną przystań, z wielką nadzieją, że wszystko wróci do normy – życie w drodze szybko oczaruje nas i wciągnie bez reszty.

Na odchodne od naszego rodaka, który właśnie wrócił z Tadżykistanu usłyszeliśmy, że tak właściwie to ten cały Pamir to grubo przereklamowany. Te góry tak daleko, jakieś takie małe. Oczywiście nie oszczędził nam kilku mądrych rad i postraszył, że teraz to już za późno, żeby wybierać się w te regiony. Chociaż wiedziałam, że papla bzdury, podświadomie zaczęłam się stresować coraz bardziej. Chociaż na dany moment największym moim zmartwieniem był pierwszy stromy podjazd, który czekał na nas po wyjeździe z miasta.

3, 2, 1… start!

Palące słońce, podjazdy, zadyszka, zmęczenie. Na szczęście obyło się bez pchania. Przynajmniej na razie. Po 20 kilometrach byliśmy padnięci. Mógł się człowiek chociaż troszkę przygotować, wiedząc gdzie się wybiera i co go czeka. Ale nie. My kozaki, damy radę, co to dla nas, rozgrzejemy się w trakcie. Dobrze, że przynajmniej nie musimy się jakoś bardzo spieszyć. Do granicy z Tadżykistanem mamy około 300 kilometrów, co oznacza, że dziennie powinniśmy zrobić około 60 kilometrów, żeby na granicę przyjechać na czas. Pierwszego dnia rozbijamy nasze M1 nad rzeczką i kładziemy się z nadzieją, że „jutro będzie lepiej”.

Lekko może i nie było, ale faktycznie lepiej. Powoli zaczynamy się rozkręcać. Upał niestety doskwiera tak samo, jak poprzedniego dnia. Mijane przez nas krajobrazy wcale nie przypominają tych, które widzieliśmy cztery miesiące wcześniej, jadąc tą samą drogą, w przeciwnym kierunku. Zamiast soczystych traw i zielonych pagórków, wszystko aż po horyzont spalone słońcem. Wiosną jechało się przyjemniej, wiosna była milsza dla oka.

Przerwa nad „wodopojem”, który okazuje się wyschnięty. Do szczęścia musi wystarczyć kawałek cienia. W odpoczynku przeszkadza nam dwóch urwisów, którzy przez dobre pół godziny nie dają za wygraną, próbując się z nami dogadać po kirgisku. Przenosimy się do przydrożnej czajchany, uznając że upał jest wciąż na tyle nieznośny, by móc kontynuować jazdę. Szkot jadący w przeciwnym kierunku, podaje nam informację, że przed nami pedałuje jeszcze kilka par.

Pocieszające, że nie jesteśmy jedynymi osobami, które pchają się w Pamir o tej porze roku. Jak ktoś wymarznie, to nie tylko my. Po przerwie, jest już tylko pod górkę. Zapasy przywiezionej z Polski czekolady, pomagają przetrwać najtrudniejsze chwile. Ciepły wieczór pozwala zmyć z siebie pot i trud dnia, a przy okazji nie zamarznąć. Trzeba korzystać z każdej okazji do kąpieli, już niedługo może ich być niewiele.
imgp3068

imgp3076

imgp3080

Pierwsze koty za płoty.

Przywitał nas piękny poranek. Dwadzieścia pięć kilometrów podjazdu okazało się nie takie straszne i bez większych problemów udało nam się wdrapać na pierwszą większą przełęcz na naszej drodze (2389m). W nagrodę długi zjazd. Ale co mi z takiej nagrody, skoro to co zjechaliśmy, trzeba będzie znowu podjechać. W Gulczy wbijamy się na bazar, żeby uzupełnić nasze zapasy w brakujące produkty. To podobno ostatnie miejsce, w którym można się zaopatrzyć przed wjazdem do Tadżykistanu. W brzuchach burczy, a my mamy ochotę na jakieś smakowitości. Czajchany kuszące obrazkowym menu, w którym można doliczyć się przynajmniej dziesięciu pozycji, w rzeczywistości do zaoferowania mają zazwyczaj jedno danie. Może i lepiej, wiadomo że świeże. Ale żeby kiełbasa z jajkiem? To chyba jakiś żart. W końcu wylądowaliśmy w domu weselnym. Przy dwunastoosobowym stole wcinamy pyszne pielmieni, oglądając w telewizji transmisję z uroczystości kończących „World Nomad Games”. Trochę szkoda, że nas tam nie ma.

Raz słońce, za chwilę ciężkie deszczowe chmury. Ciężko nadążyć za pogodą. Wyrabiamy naszą dniówkę w dobrym czasie, a i ze znalezieniem ustronnego miejsca na nocleg nie mamy tego dnia większego problemu. Ja urządzam sobie mały gabinet kosmetyczny, który po czasie zamieniam w zakład krawiecki, Piotrek natomiast dla zabicia czasu, a może z dobrych chęci, majstruje przy moich przerzutkach. Ucinamy pogawędkę z młodym Kirgizem, który przeprawił się do nas jak gdyby nigdy nic, na koniu przez rzekę. Sprawnie, z elegancją, może lekko stopy umoczył. Kirgizowi, mimo zapewnień Piotrka, że jego polski numer „w Kirgistanie nie robotaju”, bardzo zależy na tym, żeby wymienić się numerami. Zawsze to jeden więcej znajomy na liście. W dodatku z „ewropy”.
imgp3096

imgp3107

imgp3111

imgp3140

imgp3144

Cisza przed burzą.

Od rana towarzyszy nam surowy, wyschnięty krajobraz. Kilometry mijają, a nam towarzyszy wciąż ten sam widok. Dobrze, że przynajmniej biegnąca wzdłuż drogi rzeka, ożywia tę monotonię. Ciszę i spokój, przerywa jedynie z rzadka warkot silnika jadącego samochodu. Aby odetchnąć chociaż trochę od popołudniowego upału, zatrzymujemy się tradycyjnie w przydrożnym zajeździe. Szefowa – bufetowa ma na oko lat dwanaście, jednak ze swoją powagą i profesjonalizmem mogłaby stawać w szranki z kelnerkami najdroższych restauracji. Jeżeli natomiast przyznawano by nagrodę na wdzięk i urok osobisty z pewnością byłaby numerem jeden. W menu wyłącznie kurdak, więc nie pozostaje nam nic innego niż zjeść trochę mięsa z cebulą pokropioną octem i dopchać lepioszką.

Zbliżamy się do kolejnego z wielu tego dnia mniejszych podjazdów. Piotrek oczywiście włączył już swojego turbospeeda i zniknął mi z zasięgu wzroku. Nagle od strony wsi biegnie w moim kierunku chłopczyk wołając „stójcie, stójcie”. No to stoję i czekam, co ma młody do powiedzenia. Na sercu robi się aż ciepło, gdy pyta czy nie potrzeba nam przypadkiem uzupełnić zapasów wody. Miło usłyszeć coś innego niż „daj mnie dzięgi” (daj pieniądze).

W ostatniej wsi przed podjazdem pod 3,5 tysięczną przełęcz, którą do pokonania mieliśmy kolejnego dnia, zaopatrzyliśmy się w wodę i znaleźliśmy ustronne miejsce na rozbicie namiotu. Nie na tyle jednak ustronne, by po chwili każdego naszego ruchu, nie śledziły ciekawskie oczy małych tubylców. Dzieciaki okazały się bardzo sympatyczne, a ich znajomość podstaw rosyjskiego i angielskiego pozwoliła nam nawet na małą konwersację. W zamian za otrzymane od nas kolorowe pocztówki z Polski, szkraby przyniosły nas garście małych, czerwonych, bardzo kwaśnych owoców. Jedna z dziewczynek po szybkiej wizycie w domu, pojawiła się u progu naszego namiotu z chlebem i ajranem. Niestety zdążyła się również pochwalić nowymi znajomymi, gdyż w ślad za nią podążała zgraja miejscowych dzieciaków. Na szczęście widząc, że kładziemy się spać, odpuściły.

Rano zaraz po śniadaniu pojawiło się drugie śniadanie, w postaci małenj kirgiski z ojcem, z reklamówką wypełnioną produktami, z czajniczkiem gorącej herbaty. Niestety mając pełne brzuchy i jeszcze pełniejsze sakwy, miejscową gościnność mogliśmy przyjąć jedynie połowicznie. Co nie zmienia faktu, że było nam niezmiernie miło.

b

imgp3178

imgp3161

imgp3159

MSR Hubba Hubba HP

c

j

Przygodnikowe spotkanie.

Gadu gadu, śniadanko, a tam podjazd czeka. Pierwsze kilometry nie sprawiły nam raczej większej trudności. Serpentyny również nie zwiastowały żadnej tragedii. Ten rodzaj podjazdu zazwyczaj należał do tych, które idą w miarę sprawnie. Niestety, nie tym razem. Im dalej w las, tym było coraz ciężej. Każda kolejna nitka, była walką z własnymi słabościami, zmęczeniem i przygnębiającymi myślami. „Jeżeli już teraz, tutaj nie mam siły, nie daję rady, to jak sobie poradzę w tym przeklętym Pamirze. Gdzie ja się w ogóle pcham” – myślałam. Na szczycie byłam wykończona. Do tego zawierucha taka, że z wielkim trudem udało nam się zrobić pamiątkowe zdjęcie z kija. Najgorsze, że po krótkim zjeździe w dół czekał nas kolejny podjazd. Mimo tego, że zrobiliśmy przerwę na wpakowanie w siebie setek kalorii, już po kilkuset metrach czułam się jak słaba antylopa. Udało się jakoś przemęczyć. Niestety nawet długi zjazd, nie przyniósł zwyczajowej euforii, wybuchu endorfin. W zamian tego pojawiły się mdłości i brak apetytu.

W Sary Tash pod sklepem spotkaliśmy przypadkowo Kaśkę i Andrzeja z Przygodnika. Ale ten świat mały. My do Australii, oni w przeciwnym kierunku, spotkaliśmy się w połowie drogi. Razem z nimi i dwójką innych sakwiarzy wylądowaliśmy na obiedzie w pobliskiej czajchanie. Czas spędzony miło na podróżniczych opowieściach, nie zostawił mi miejsca na użalanie się nad własną osobą.

„Przygodnik” chciał jeszcze tego wieczoru dojechać do kirgiskiego check-pointu, my ze względu na moje kiepskie samopoczucie, założyliśmy wykonanie planu minimum – wyjazd za Sary Tash. Finalnie dostaliśmy wiatr w plecy, który mimo wielkiego zmęczenia, postanowiliśmy wykorzystać i w miarę możliwości jechać ile tylko się da. Po dwudziestu kilometrach, nie mając w zasięgu wzroku żadnej budki strażniczej, daliśmy spokój.

Taldyk Pass

d

imgp3179

imgp3197

Wszystkie kary na mnie idą.

Całą noc męczą mnie koszmary. Nietypowe, jednak mające swoje uzasadnienie. Długie godziny, prawie że wieki, przeczesuję apteki, sklepy w poszukiwaniu aspiryny. Jeszcze kilka godzin wcześniej nie wiedziałam o tym, że jest ona dobrym lekarstwem przy problemach z aklimatyzacją. Do momentu, gdy nie powiedział mi o tym przy obiedzie sakwiarz ze Szkocji. Mamy ze sobą jakieś dziwne lekarstwa na obrzęk mózgu, a nie mamy ze sobą głupiej aspiryny? Jak to możliwe, ja się pytam.

Z rana po wyjrzeniu z namiotu widoki powalają. Ośnieżone szczyty są na wyciągnięcie ręki. Piotrek jak szalony celuje to obiektywem to palcem, nie móc podjąć ostatecznej decyzji, który to Peak Lenina (oczywiście jak się trochę później okazało, nie było go nawet w zasięgu naszego wzroku). W takich okolicznościach przyrody nie da się nie cieszyć tą chwilą, tym pięknem. Jakby tylko było trochę więcej siły, trochę więcej apetytu. Dlaczego akurat teraz, gdy jest mi to najbardziej potrzebne?

Po kilku kilometrach docieramy do kirgiskiej granicy. Celnik w odpowiedzi na Piotrka pytanie „czy przekraczali już dzisiaj granicę jacyś Polacy?”, uśmiecha się i mówi: „Czy Wy Polacy nie macie nic innego do roboty, oprócz podróżowania? Oczywiście, że byli. Wczoraj i dziś. Codziennie.” Wjeżdżamy na ziemię niczyją. Do tadżyckiego punktu granicznego mamy około osiemnastu kilometrów, w tym do pokonania przełęcz na wysokości 4280 m. Podjazd z początku raczej łagodny, z każdym kilometrem staje się coraz bardziej wymagający. Czasem łatwiej mi pchać, niż jechać po kamienistej drodze. Docieramy w końcu do punktu kulminacyjnego – serpentyn. Nauczona doświadczeniem dnia poprzedniego, raczej nie mam szczęśliwej miny na ich widok. Chwila oddechu przed podjazdem. Tym razem niestety okaże się, że dobre chęci i wiara w osiągniecie celu to za mało. Szybko orientuję się, że jestem kompletnie wyczerpana i istnieje realna szansa, że nie uda mi się o własnych siłach zdobyć tej przełęczy. Pedałowanie, przeradza się w regularne pchanie. Każdy metr, każdy krok, ciągnie się w nieskończoność. Mdłości, problemy ze złapaniem oddechu, zawroty głowy, nogi jak z ołowiu.

Dobrze jest w takich chwilach mieć kogoś u boku. Nie mogę powiedzieć, że wjechałam na tą przełęcz, co najwyżej weszłam. Piotrek z kolei zrobił ją podwójnie, podjeżdżając po kawałku to swoim, to moim rowerem pod górę. Ja natomiast szłam, siadając co chwilę na ziemi, walcząc sama ze sobą, próbując wykrzesać ostatnie siły.

P: Żebyś nie myślała, że teraz zawsze tak będzie.

Na szczycie zero radości. No bo i z czego tu się cieszyć. Jedynie dla formalności, pamiątkowe zdjęcia. Tadżycką kontrolę graniczną udało nam się przejść szybko i bezproblemowo. Na dobicie, zamiast długiego pięknego zjazdu, ukochana tarka, doprowadzająca mój żołądek na skraj jego możliwości. Podjazd nr 2 postanowiliśmy sobie zostawić na dzień kolejny. Byłam tak zmęczona, że najprawdopodobniej gdybym rzuciła rower i położyła się na zimnej ziemi, zasnęłabym bez problemu. W czasie, gdy ja trwałam na wpół żywa, Piotrek rozstawił namiot, przyniósł wodę ze strumienia oraz upichcił kolację.

cumulus

panorama-6

Tajikistan border

g

imgp3258

imgp3268

k

I co dalej?

Dwanaście godzin snu doprowadziło mnie do stanu, jako takiej używalności. Było ciężko, jednak perspektywa odpoczynku w Karakol, dodawała otuchy. Mała przełęcz, zjazd w dół. Jeszcze tylko kilkanaście kilometrów wzdłuż jeziora i byliśmy na miejscu.

Wykąpiemy się, pojemy, odpoczniemy i co dalej? Czy planowany przez nas przejazd przez Dolinę Bartang, aby na pewno jest dobrym pomysłem? Co jeśli zasłyszane po drodze plotki o nieprzejezdności tej drogi spowodowanej wysokim poziomem wód w jednej rzek, okażą się prawdą? Może powinniśmy wybrać coś łatwiejszego, pewniejszego, bardziej oklepanego?

Marco Polo

i

imgp3294

imgp3307

  • Tobrze Tobrze

    Tę wodę ze strumyka na kolację to jakoś „uzdatniacie” czy tylko gotowanie jest grane?

    • Piotr P.

      Jeżeli jest „klarowna” i za dużo dziwnych rzeczy w niej nie pływa tylko gotujemy. Wodę do picia za każdym razem filtrujemy(filtr Sawyer-robi dobrą robotę) a dopiero tylko dwa razy użyliśmy tabletek do odkażania wody. Miejmy nadzieję, że za kilka miesięcy nie zaczną z nas wychodzić żadne robaczki 😉