W poszukiwaniu wiosny i nowego kolana.

IMGP2766

I stało się. 1 marca rozpoczęliśmy naszą wymarzoną, długo wyczekiwaną podróż.
Już pierwszy odcinek z Gliwic do Tychów, niby dobrze nam znany i krótki, z powodu silnego wiatru w twarz, dał nam lekko popalić. Zapaliło się pierwsze światełko ostrzegawcze: “gdzie Ty się w ogóle wybierasz i po co?”. W kolejnych dniach, gdy doszły do tego podjazdy, śnieżyce, kolano Piotrka, tych światełek było coraz więcej.

Ciężko było się pożegnać najbliższymi, z tą myślą że możemy się nie zobaczyć dłuższy czas (nie tak długi jak się później okazało). Po wieczorze wylanych pożegnalnych łez, popedałowaliśmy w strugach deszczu, w kierunku Jeziora Żywieckiego, gdzie planowaliśmy spędzić noc. Na miejscu okazało się, że campingi, szkoły i wiaty nie są miejscem gdzie bylibyśmy mile widziani, a ceny noclegów w pięknym uzdrowisku, zwanym Międzybrodziem Żywieckim, zbyt wygórowane. Jednak znalazły się w końcu dobre dusze, które znały pojęcie targowania i w ciepłym pokoiku odpłynęliśmy w krainę snów bardzo szybko.

Drewniana cerkiew Beskidu Niskiego.

Drewniana cerkiew Beskidu Niskiego.


Z rana, okazało się, że za oknem biało, a jechać trzeba dalej. Oczywiście z dwóch możliwych wariantów drogi, wybraliśmy ten krótszy, co poskutkowało stękaniem przy podjeździe na każde z 1001 wzniesień, śnieżycą oraz przyjmowaniem na siebie, wszystkiego co wyleciało spod kół, niezbyt wrażliwych na rowerzystów kierowców. Podłe humory, podratował długi zjazd i piękna słoneczna pogoda, która przywitała nas w Suchej Beskidzkiej. Kilkanaście kilometrów i jeden potężny (oczywiście jak dla mnie) podjazd dalej i już mogliśmy się cieszyć ciepłym przyjęciem Wujka Staszka w Jordanowie.

Tradycyjna drewniana chata Beskidu Niskiego.

Tradycyjna drewniana chata Beskidu Niskiego.


Kolejnego dnia ranek był zbyt, piękny i słoneczny, by mógł trwać wiecznie. Po 15km, postanowił zamienić się w śnieżycę, która skutecznie uniemożliwiła nam dalszą jazdę. Straciliśmy nadzieję, że tego dnia uda nam się dotrzeć do Nowego Sącza, naszego kolejnego przystanku. Na stacji benzynowej, będącej naszym schronieniem, czekaliśmy na cud. I ten się wydarzył, pod postacią miłego, młodego kierowcy samochodu ciężarowego z pustą paką, który przypadkiem jechał w kierunku Nowego Sącza. Euforia była niemała. Autostop rowerowy (zwany inaczej teleportacją) istnieje i ma się dobrze. Resztę tego oraz kolejny dzień spędziliśmy u Mireczki i Kamila (jeszcze raz dziękujemy) na regeneracji sił.

IMGP2688
 

Rowery zdecydowanie słabo jeżdżą po śniegu.

Rowery zdecydowanie słabo jeżdżą po śniegu.

 

Zima zaskoczyła rowerzystów.

Zima zaskoczyła rowerzystów.

Każdy odpoczynek ma swój kres, a że nóżki (nie licząc tej jednej, która zaczęła boleć Piotrka) aż rwały się do jazdy, ruszyliśmy dalej w kierunku www.chatakasi.pl w Wołowcu, gdzie byliśmy umówieni z siostrą Piotrka i jej mężem. Droga była całkiem przyjemna. Po drodze mogliśmy podziwiać liczne cerkwie, Jezioro Klimkowskie oraz przedzierać się przez zaśnieżone drogi, by u celu znaleźć się na “końcu świata” czyt. idealnym miejscu, by odetchnąć od codziennego zgiełku.
W Wołowcu, zostaliśmy jedną noc dłużej niż zamierzaliśmy. Postanowiliśmy skorzystać z obecności i uprzejmości Kasi i Pawła (i ich samochodu rzecz jasna) i zbadać, tą biedną, coraz bardziej bolącą nogę Pitusia. W Gorlicach, Pan Lekarz Dobra Dusza, zgodził się nas przyjąć, mimo soboty, sam bowiem uwielbiał podróżować. Zdiagnozował “kolano skoczka”, zapodał zastrzyk, który miał pomóc i zezwolił dalszą jazdę. Widmo wykluczenia możliwości kontynuowania podróży rowerem, na chwilę znikło i znów w naszych serduchach zapanował spokój i radość. Niestety nie na długo.

Na horyzoncie bieszczadzkie połoniny.

Na horyzoncie bieszczadzkie połoniny.


Kolejnego dnia pełni werwy, przedzieraliśmy się 7 km przez zaśnieżony las, przekraczaliśmy lodowatą rzekę w nieistniejącej łemkowskiej wsi, cieszyliśmy słońcem, spaliśmy u przemiłych ludzi, piliśmy pyszne mleko prosto od krowy…ale noga dalej bolała.

Może jakby woda była po kolana, to by noga nie bolała?

Może jakby woda była po kolana, to by noga nie bolała?


Następnego dnia wjechaliśmy w Bieszczady i górki rozpoczęły się na dobre. Góra, dół, góra, dół,…i tak w kółko. Piotrek mimo bólu, dawał radę, a Przełęcz Przysłup (749 m n.p.m.) ogarnął nawet sprawniej niż ja. Tyle tylko, że na dopingu, bo dwa razy dziennie łykał środki przeciwbólowe. W Cisnej, ceny noclegów znowu nas przeraziły, na szczęście Piotrek ma znajomości w świecie i jego informator – Krzysiek spod sklepu, sprzedał nam (za wino) informację, gdzie na sianie można się tanio przenocować. Jak się później okazało, nie byliśmy jedynymi lokatorami w stodole i wieczór było nam dane zakończyć z Adamem, bardzo radym z naszej obecności, na degustacji grzanych win na zimno.

Droga do nieistniejącej łemkowskiej wsi Nieznajowa.

Droga do nieistniejącej łemkowskiej wsi Nieznajowa.


IMGP2723

Symboliczne drzwi w miejscu nieistniejącej wsi.

Symboliczne drzwi w miejscu nieistniejącej wsi.


Rano, po górskich wojażach dnia poprzedniego, Piotrek dzień musiał rozpocząć od niebieskiej pigułki. Dało nam to trochę do myślenia i doszliśmy do wniosku, że tak dalej być nie może, że przecież Piotrek nie będzie się faszerował przez dwa lata, po to by jako tako jechać. Postanowiliśmy, że w Ustrzykach Dolnych zatrzymamy się na kilka dni, damy odpocząć nodze i zasięgniemy po raz kolejny rady u jakiegoś specjalisty.
W Ustrzykach trafiliśmy do poleconego chirurga, który zalecił dokładniejsze badanie u specjalisty od kolan. Pomyśleliśmy “facet ma rację, żeby kontynuować naszą podróż na rowerkach, trzeba przebadać kolano, żeby mieć pewność, że to nic poważnego, a najlepiej jeżeli zrobimy to jeszcze w Polsce”. Postanowiliśmy, że na chwilę wrócimy na Śląsk, by przeprowadzić potrzebne badania. Najgorsza była myśl, że może się okazać, że nie da rady dalej na rowerach i co wtedy dalej…? Autostop, auto…? Ale przecież tyle to planowaliśmy i jest tak fajnie…
Dogoniliśmy wiosnę?

Dogoniliśmy wiosnę?


Na szczęście, okazało się, że to tylko przemęczenie…ufff. Noga trochę odpoczęła, znajoma fizjoterapeutka trochę się nad nią poznęcała, wiemy już jak o nią dbać i mamy nadzieję, że teraz będzie już tylko lepiej.
Jutro busem wracamy do Ustrzyk, gdzie zostawiliśmy nasze graty i kontynuujemy podróż.

  • Kari Trojok

    Trzymam kciuki za kolano i za całą podróż. Strasznie smutno, że noga odezwała się już na początku. Musi byc dobrze!

  • żółty

    dzięki. mam nadzieje że teraz już bedzie z górki. pozdrawiam

  • Marcin Zięba

    Najważniejsze że kolanko ogarnięte teraz tylko nie przemęczać 😀 mam pytanko po ile godz dziennie jedziecie?

    • Aleksandra Paździor

      Teraz poki dzien jest krotki, to tak 2-3 godzinki z rana, jakas przerwa i pozniej znow tak samo.

  • Mirka Krawińska-Hajduga

    i jak tam kolano? lepiej trochę? lepiej na początku jeszcze w PL, niż w Iranie np 😛

    • Aleksandra Paździor

      Piotrek mowi ze kolano, chyba dobrze 😉