Teheran. Ciemniejsza strona miasta.

Murale na ogrodzeniu byłej ambasady USA.Murale na ogrodzeniu byłej ambasady USA.

Otwieram oczy i po chwili uświadamiam sobie, że stoimy w jakimś ogromnym korku. Wnioskując po przytłumionym świetle, wpadającym przez szyby autokaru podejrzewam, że jest jeszcze wcześnie. Może dopiero co wstało słońce. Zerkam na zegarek, jest już 7-ma, więc planowo powinniśmy być już blisko celu. Znajdujemy się na przedmieściach Teheranu, a promienie słoneczne z marnym skutkiem starają się przebić przez grubą warstwę smogu.

Na terminalu autobusowym podchodzi do mnie kobieta, wręczając mi reklamówkę. Nie wiem jaka jest zawartość, grzecznie dziękuje, jednak ta napiera na mniej coraz bardziej. Nie żebym nie lubiła dostawać prezentów, normalnie raczej przyjmujemy podarunki, jednak kobieta nie ma radosnej twarzy obdarowującego, raczej wygląda na lekko poirytowaną. W międzyczasie podchodzi młody Irańczyk, który tłumaczy coś kobiecie, a ta wrzuca wypchaną reklamówkę po kosza stojącego w odległości dwóch kroków ode mnie. Rozglądam się wokoło i dostrzegam kilka osób kręcących się po terminalu w odblaskowych kamizelkach. Cóż, moja rowerowa, którą mam aktualnie na sobie wygląda niemal identycznie, więc nic dziwnego że kobieta pomyliła mnie ze sprzątaczką.

Azadi Tower.

Azadi Tower.

Kosz z przesłaniem.

Kosz z przesłaniem.

Murale na ogrodzeniu byłej ambasady USA.

Murale na ogrodzeniu byłej ambasady USA.

IMGP3125

Będąc na jednym z kampingów, jeszcze w Turcji poznaliśmy Irankę o imieniu Roshanak, jej męża Yoldas’a oraz matkę Firuze. Ta ostatnia, mieszkająca w Teheranie, po pół godziny znajomości zaprosiła nas do siebie. Dodała, że często odwiedza swoją córkę w Stambule, więc gdybyśmy jej nie zastali, jej siostra poda nam klucze do mieszkania i możemy zatrzymać się na jak długo chcemy. Spotkanie miało miejsce 3 miesiące wcześniej, a w międzyczasie mieliśmy z Firuze sporadyczny kontakt na facebooku. Niestety od kilku dni z dostępem do internetu było ciężko, więc nie mieliśmy okazji żeby dać naszej znajomej znać, że wpadamy z wizytą. Poruszanie się po kilkumilionowym mieście, okazało się swoistą jazdą bez trzymanki, która nie tylko podnosiła poziom adrenaliny, ale również dostarczała pewnego rodzaju frajdy. Totalne skupienie na wszystkim co dzieje się dookoła, a z drugiej strony elastyczność, która pozwoli bardzo szybko zareagować i dostosować do zmieniających się warunków. Jako, że mam małe problemy z tym drugim, zdarzało mi się przyhaczyć o lusterko czy dobić komuś do zderzaka. Nic wielkiego.

Prawie 20 kilometrów przez miasto i pierwsze podejście okazuje się nieudane. Pokierowano nas pod niewłaściwy adres. Zmieniamy taktykę i postanawiamy znaleźć kafejkę i skontaktować się z nasza znajomą lub jej córką, która lepiej włada angielskim. Roshanak jest lekko mówiąc zdziwiona naszą niepowiedzianą wizytą, jednak po kilkunastu minutach trzymania nas w niepewności, wyjaśnia jak mamy znaleźć mieszkanie jej mamy, która bardzo chętnie nas ugości.

Po kolejnych kilku kilometrach, niedaleko placu Tadżrisz w północnej części miasta odnajdujemy mieszkanie Firuze, która wita nas bardzo entuzjastycznie. Jak na swoje 65 lat jest osobą niezwykle energiczną i przebojową. Gdybym miała zgadywać wiek, dałabym jej 50-tkę. Jej mieszkanie powoli wypełnia się gośćmi. Jak okaże się w przeciągu kolejnych dni, nasza znajoma nie lubi samotności, co chwilę ktoś będzie wpadał z wizytą.

Jedna z koleżanek Firuze, Minu, zaprasza nas na wieczór do swojego apartamentu na „pool party”, czyli imprezę przy basenie. Jak na irańskie standardy jest ubrana bardzo wyzywająco, opięte biodrówki co jakiś czas odsłaniające sporych rozmiarów tatuaż zdobiący okolice kości krzyżowej oraz gorset z bardzo głębokim dekoltem. Nienaganny makijaż i fryzura, droga biżuteria. Irańska księżniczka?

Do apartamentu Minu jechaliśmy z pewną dozą niepewności, nie za bardzo wiedząc jak może wyglądać impreza w kraju, w którym imprezowanie jest zabronione oraz surowo karane. Naczytaliśmy się o nielegalnych alkoholowo – narkotykowych domówkach , których motywem przewodnim są dzikie orgie. Z tych trzech zakazanych składników, impreza nie zawierała żadnego. Zwyczajny wieczór w gronie znajomych. Muzyka, trochę tańców, przekąski i moczenie tyłka w basenie. No właśnie… Czwarty dzień w Iranie, królestwie hidżabu, a my przebywamy w towarzystwie Iranek ubranych w bikini oraz osobników płci męskiej odzianych jedynie w slipki. Tego wieczora otrzymaliśmy od gospodyni również zaproszenie wspólnego wyjazdu do jej rezydencji nad Morzem Kaspijskim w charakterze gości honorowych, jednak jak się później okazało nie było nam ponownie dane zobaczyć Minu.

Lunch oczywiście na dywanie.

Lunch oczywiście na dywanie.

Po prawej nasza gospodyni Firuze, po lewej jej znajome.

Po prawej nasza gospodyni Firuze, po lewej jej znajome.

Małe luksusy w Teheranie.

Małe luksusy w Teheranie.

Hidżab to muzułmański, skromny sposób ubierania się, nakazujący w obecności innych osób, z wyjątkiem współmałżonka, zakrycie niektórych części ciała. Zasada ta dotyczy zarówno kobiet jak i mężczyzn. Kobiety powinny zakrywać całe ciało oprócz twarzy i dłoni, natomiast mężczyźni obszar od pępka do kolan.

W teherańskim metrze istnieją dwa rodzaje wagoników: koedukacyjne i żeńskie.

W teherańskim metrze istnieją dwa rodzaje wagoników: koedukacyjne i żeńskie.

Pewnego dnia po powrocie do mieszkania Firuze, zastaliśmy ją w towarzystwie kilku koleżanek. Jedna z nich o imieniu Rano, bardzo dobrze mówiła po angielsku. Wypytała o szczegóły podróży, poradziła co możemy zobaczyć w Teheranie, a na koniec stwierdziła że w sumie to ma syna w naszym wieku, który z pewnością chciałby nas poznać i oprowadzić po mieście. Oczywiście bez konsultacji z samym zainteresowanym. Ali przyjechał po nas następnego dnia i zabrał, jak poleciła jego mama, do Pałacu Szaadabad, zbudowanego przez dynastię Pahlawi w XIX wieku, obecnie pełniącego funkcję kompleksu historyczno – kulturalnego. W kasie biletowej wykupiliśmy jedynie wejściówki, upoważniające do spacerowania po parku (150000 riali/os.). Do każdego muzeum, pałacu, galerii trzeba było wykupić dodatkowy bilet. Z pośród około 10 obiektów, każdy w granicach 100000-200000 riali, nie zdecydowaliśmy się na żaden. Tak swoją drogą trzeba by było się nieźle wykosztować, żeby zobaczyć wszystko. Nas jednak bardziej od architektury czy sztuki interesowało życie naszego irańskiego rówieśnika.

Ali obecnie wiedzie bardzo rozrywkowe życie. Niedawno skończył studia, jednak jak stwierdził na razie do pracy mu się nie spieszy, chce korzystać z życia przy użyciu karty kredytowej rodziców. Po kierunku, który ukończył nie ma dla niego pracy. Zresztą nawet gdyby jakąś znalazł, zarobione pieniądze nie pozwoliłyby mu na wyprowadzkę z rodzinnego domu. „Rodzina w Iranie jest najważniejsza, a obowiązkiem rodziców jest wspieranie dzieci” – skwitował z uśmiechem. Głównym zajęciem Alego jest zwiedzanie Iranu i imprezowanie. W Iranie nie znajdziesz klubów, barów czy dyskotek, a robienie domówek jest zabronione. Młodość rządzi się jednak swoimi prawami, kameralne imprezy organizowane są w piwnicach czy prywatnych mieszkaniach, większe w sekretnych miejscach na pustyni. Wszystkie suto zakrapiane alkoholem oraz innego typu używkami. Czasem zapraszają znajomi, czasem znajomi znajomych, więc zdarza się, że przypadkowo trafiasz na orgio-imprezę. „W Iranie niby wszystko jest zakazane, ale tak naprawdę możesz po kryjomu robić wszystko co tylko Ci się podoba. To dopiero jest frajda” – mówi podekscytowany. Jednak z dalszej rozmowy wynika, że swoją przyszłość planuje poza granicami kraju. „Jesus Christ” – wymyka mu się mimowolnie z ust, gdy po raz kolejny wibruje jego telefon. „Co powiedziałeś?” – pyta retorycznie Piotrek. Jesteśmy przecież w kraju wyznawców Allaha.

Po rozmowie obfitującej w różne smaczki z życia towarzyskiego irańskiej młodzieży pojechaliśmy do rodzinnego domu Alego. Chociaż bardziej by pasowało określenie willa. Z tego co mówił nasz znajomy w przeszłości była ona własnością jednej z żon Shaha Pahlawiego. Na miejscu zastaliśmy Rano, pozostałych członków rodziny oraz znajomych Alego. Jego młodszy brat Elfan wykazał się sporą znajomością polskiego kina, a jednym z jego ulubionych reżyserów – Krzysztof Kieślowski. Mieliśmy również okazję obejrzeć krótkometrażowy film jego autorstwa. Najlepszym przyjacielem artystycznej duszy okazał zapalony imprezowicz Armin, który pokazał nam na swoim telefonie, w dowód tego że coś takiego naprawdę ma miejsce, dziesiątki zdjęć oraz filmików z licznych imprez w których brał udział. Dziewczyny odziane w kuse spódniczki oraz wylansowani do granic możliwości faceci nie odbiegali niczym od europejskich norm. Gdyby nie fakt, że Armin był praktycznie na wszystkich zdjęciach skłonna bym była myśleć, że ściągnął je dla szpanu z internetu.

Z Arminem.

Z Arminem.

Na salonach u Alego.

Na salonach u Alego.

Na salonach u Alego, oprócz pysznego jedzenia na stole pojawił się również alkohol. Whisky oraz dwie rodzaje wódki, Absolut oraz domowej roboty wódka z rodzynek. Na moje pytanie, gdzie zaopatrują się w alkohol gospodyni odpowiedziała: „czasem przychodzi znajomy z czarną plastikową torbą.”

Po kilku godzin spędzonych na ciekawych dyskusjach Elfan i Armin zaproponowali, że mogą nas podwieźć do domu. Po drodze mieliśmy okazję zobaczyć jak funkcjonuje teherański system umawiania się na randki.

Zacznijmy od tego, że zgodnie z zasadami obyczajowymi dziewczyny kolegują się dziewczynami, a faceci z facetami i w takich konfiguracjach najczęściej poruszają się po mieście. Chłopak spotykając na ulicy obcą dziewczynę, która wpadnie mu w oko nie może tak po prostu jej zaczepić i rozpocząć rozmowy. Młodzi ludzie podają więc sobie karteczki z numerem telefonu, by w sytuacji gdy obie strony są zainteresowani nawiązaniem znajomości mogli się umówić w bardziej dyskretnym miejscu, na przykład gdzieś poza miastem gdzie nikt ich nie zna, w zaułkach parku lub w kawiarni posiadającej tajemne pomieszczenia niedostępne dla oczu pozostałych gości.

Ulica XXX jest wyjątkowa. Młodzi mężczyźni w jednych samochodach, wystrojone i wymalowane kobietki w innych krążą tam i z powrotem, kierując zalotne spojrzenia w kierunku płci przeciwnej. Wszyscy przyjechali tu w jednym celu. Może tylko nieliczni romantycy szukają miłości od pierwszego wejrzenia, większość – niezobowiązującej znajomości, przygody na jedną noc. Wymiana spojrzeń, chłopak kierujący samochodem zatrzymuje się. Jadący powoli z naprzeciwka samochód robi to samo. Młody Irańczyk szybkim ruchem podaje coś dziewczynie z drugiego auta i każdy odjeżdża w swoją stronę. Armin mówi, że to co się dzieje na tej ulicy jest złe, niemoralne, ale z drugiej strony jest młody i chce korzystać z życia, więc mimo wszystko również uczestniczy w tym procederze. Dodaje, że na szczęście teherańska randkowa ulica jest jedyną taką w kraju.

Nikt nie powiedział, że szyć mogą tylko kobiety. Nikt nie zabronił tego robić na ulicy.Nikt nie powiedział, że szyć mogą tylko kobiety. Nikt nie zabronił tego robić na ulicy.Nikt nie powiedział, że szyć mogą tylko kobiety. Nikt nie zabronił tego robić na ulicy.

Nikt nie powiedział, że szyć mogą tylko kobiety. Nikt nie zabronił tego robić na ulicy.Nikt nie powiedział, że szyć mogą tylko kobiety. Nikt nie zabronił tego robić na ulicy.Nikt nie powiedział, że szyć mogą tylko kobiety. Nikt nie zabronił tego robić na ulicy.

Artystyczne formy w irańskim metrze.

Artystyczne formy w irańskim metrze.

Smaki i zapachy bazaru.

Smaki i zapachy bazaru.


  • Robert

    No, no północny Teheran, nie pogadasz… 😉

    • Aleksandra Paździor

      Trafiło się ślepej kurze ziarno 😉