Sprintem do Pekinu.

Pingyao

Za mało czasu, żeby pedałować do Pekinu i na Wielki Mur, za dużo, żeby te miejsca tak po prostu odpuścić i pędzić prosto w kierunku Korei Południowej. Nie chcieliśmy brać pociągu ani autobusu, już wystarczająco wykosztowaliśmy się na pokonanie 4000 kilometrów na trasie Kaszgar – Xi’an. Postanowiliśmy, zresztą nie pierwszy raz, wspomóc się autostopem i przekonać na własnej skórze czy Chińczycy wiedzą z czym to się je. Jedno jest pewne, koło kurzych łapek czy świńskiego ryja to nawet nie leżało.

Podejście pierwsze.

Wyruszamy z miasteczka Huayin, u podnóży Hua Shan, jednej z pięciu wielkich gór taoizmu. Ustawiamy się przed bramkami na autostradzie. Piotrek gimnastykuje się jak może w próbach wytłumaczenia co my za jedni i o co nam chodzi, jednak z marnym skutkiem. Większość kierowców nie ma czasu na takie pierdoły. Machają przecząco głowami, rękami, czym tylko się da, dając nam do zrozumienia, że pomyliśmy adres. Pozostali albo pokazują nam kierunek, w którym powinniśmy jechać (spoko to już, wiemy, ale zabierzcie nas ze sobą) lub pokazują, że niestety jadą w przeciwnym. Nasza cierpliwość chwilowo się kończy, wsiadamy na rowery. Zaczynamy obliczać kilometry, kombinować jakby to rozegrać. Na Pekinie nam nie zależy, ale Wielki Mur Chiński to inna bajka. Być tutaj, tak blisko. Może drugiej takiej okazji nie będzie. Kilkadziesiąt kilometrów dalej podejmujemy kolejną próbę. Jeden z zatrzymanych kierowców jedzie w naszym kierunku i może nas podrzucić około stu kilometrów. Zawsze coś. Gdy dojeżdżamy na miejsce, okazuje się, że po rozładunku chiński kierowca będzie jechał dalej. Ze względu na brak wspólnego języka, więcej się uśmiechamy niż rozmawiamy, jednak mimo wszystko, początkowo lekko nieufny kierowca, oswaja się z nami. Zaprasza na kolację, pozwala w nocy spać na naczepie, a rano oferuje również śniadanie. Gdy wyrzuca nas kilkadziesiąt kilometrów przed Pingyao, żegnamy się jak starzy znajomi. Pierwszy koty za płoty, teraz powinno być już z górki.

Zawrotne tempo.

Docieramy do Pingyao, które może pochwalić się tradycyjną architekturą. W mieście zachowało się około 400 budynków z okresu dynastii Ming (1368-1644) i Qing (1644-1912). Wędrując głównymi ulicami miasta można odnieść wrażenie, że we wszystkich z nich znajdują się hotele, restauracje lub sklepy z pamiątkami. Wystarczy jednak skręcić w boczną uliczkę, zejść z utartego szlaku, żeby przekonać się, że wewnątrz murów toczy się również normalne życie.

W ciągu dnia wypełnione turystami miasteczko, traci urok na rzecz turystycznego jarmarku. Żeby cofnąć się w czasie o kilka stuleci, poczuć jego prawdziwy klimat, należy wstać wcześnie rano. Podobno. Niestety nam się zaspało.

trek930

Pingyao

Pingyao

Pingyao

Pingyao

china

Pamiątki – do wyboru, do koloru.

Pingyao

Pingyao

Pingyao

Pingyao

Wódki z woreczka jeszcze nie piliśmy.

Wódki z woreczka jeszcze nie piliśmy.

Chcąc przemieszczać się w miarę szybko, obieramy ponownie kurs na bramki na autostradzie. Oczywiście nie te, co trzeba. Zdecydowaną większość samochodów stanowią osobówki, a nam do szczęścia potrzebne są nieco większe gabaryty. Jeden gościu jest tego samego zdania i wielce nam pomaga, pokazując na mapie odpowiednie dla nas miejsce. Tak nam się wydawało, do momentu, gdy okazało się, że nie ma tam bramek, a wszystkie ciężarówki pędzą jak szalone. Kilkukrotnie zmieniamy miejsce, próbujemy na światłach, obok posterunku drogówki, na stacji benzynowej. W końcu, gdy ktoś chce nas zabrać, jak na złość rowery nie mieszczą się obładowaną pakę pick-upa. Koniec końców lądujemy w szoferce tira, którego kierowca wlecze się niemiłosiernie. Gdy docieramy do celu (niestety naszego dobrodzieja, a nie naszego), okazuje się, że przez cały dzień pokonaliśmy zawrotną odległość 240 kilometrów. Mogłoby być lepiej, nie ma jednak co narzekać. Pedałując, przy dobrych wiatrach może zrobilibyśmy połowę z tego.

Wyjeżdżając po ciemku z miasteczka, w którym wylądowaliśmy, pytamy w kilku miejscach o możliwość rozbicia namiotu. Warsztaty, budowy i inne tego typu dziwne miejsca. W końcu po poru odmowach, w chwili, gdy jesteśmy już bliscy zwątpienia, że ktokolwiek z miliarda ludu zechce nam pomóc, znajdujemy schronienie u właściciela warsztatu z blachami. Ten nie tylko pozwala nas zostać, ale udostępnia w tym celu swojego biuro. Ledwo zdążyliśmy zalać wodą zupki, gdy gospodarz karze nam pakować się do samochodu. Z jego gestów wnioskujemy, że zabiera nas na kolację. Wsiadamy więc z poznanym 10 minut wcześniej Chińczykiem do jego samochodu, zostawiając cały nasz dobytek w jego warsztacie. Tak mniej więcej działa wzajemne zaufanie. Wieczór spędzamy w restauracji jego znajomego, próbując lokalnych specjałów. Żadnych dziwnych wynalazków. Wszystko smakujecie wyśmienicie.

Z naszym gospodarzem, właścicielem warsztatu z blachami. W rzeczywistości był bardziej wyluzowany, niż wygląda na zdjęciu :)

Z naszym gospodarzem, właścicielem warsztatu z blachami. W rzeczywistości był bardziej wyluzowany, niż wygląda na zdjęciu :)

Przyjazny nieprzyjaciel.

Wsiadając rano na rowery czujemy nadchodzącą zimę. Lodowate podmuchy wiatru przeszywają na wylot. Pokładowy termometr wskazuje -4C. Szukamy dogodnego miejsca na stopowanie. Ewidentnie nam nie idzie. Przeklinamy cały skośnooki naród, który myśli, że pytamy o kierunek, a nie o podwózkę. Odmarzają nam paluchy, a frustrację dodatkowo potęguje nasz nowy doradca, który za pomocą translatora próbuje nam wytłumaczyć, że po pierwsze za darmo, po drugie do Pekinu, a po trzecie o tej godzinie to my tu żadnego samochodu nie złapiemy. Powoli tracimy cierpliwość. W ramach rozgrzewki postanawiamy podjechać kilka kilometrów i przy okazji znaleźć bardziej dogodne miejsce. Jakież jest nasze zdziwienie, kiedy pick-upem dogania nas wspomniany doradca i oferuje pomoc. Mimo, że kompletnie nie miał tego w planach, podwozi nas około stu kilometrów, a ja biczuję się za to, że chwilę wcześniej zwyzywałam go w myślach od najgorszych. Miejsce, w którym nas wyrzuca okazuje się faktycznie bardziej ruchliwie i już po chwili siedzimy w jednym z wielu tirów wyładowanych po brzegi węglem. Mamy wrażenie, że nic innego tutaj się nie przewozi. Następnie przesiadamy się do pick-upa, którego właściciele są na tyle zakręceni całą tą sytuacją, że po kilku kilometrach Piotrek spoglądając na GPS-a orientuje się, że jedziemy w dokładnie przeciwnym kierunku. Panowie pomylili zjazdy. Nadrabiamy kolejne kilometry autostrady, żeby wrócić na odpowiedni tor. Po drodze pierwszy raz widzimy Wielki Mur Chiński. Jego nitka pnie się stromo i opada na grzbietach gór. Może dobrym pomysłem byłoby wysiąść teraz, tu? – myślimy. Gdy dojeżdżamy do Yixian, dzielącego nas od Pekinu o jakieś sto kilometrów, powoli zaczyna zapadać zmierzch. Próbujemy zatrzymywać samochody, niestety mamy konkurencję. Lokalna policja organizuje łapankę, wlepiając hurtowo mandaty za brak świateł. Za pozwoleniem mundurowych rozbijamy namiot na małym skwerku, pośrodku miasta, schowani za betonową tablicą.

W tym momencie cieszyliśmy się, że siedzimy w samochodzie na nie na siodełkach.

W tym momencie cieszyliśmy się, że siedzimy w samochodzie na nie na siodełkach.


A w tak zwanym międzyczasie czas na małą przekąskę.

A w tak zwanym międzyczasie czas na małą przekąskę.

Już tuż-tuż.

Mimo tego, że poranek jest lodowaty, wstajemy wraz z pierwszymi promieniami słońca, mając poczucie bliskości celu. I w sumie też z uwagi na miejsce, w którym śpimy. W nocy po parkach nikt się raczej nie szlaja, ale po co za dnia wzbudzać niepotrzebne zainteresowanie. Ustawiamy się na bramkach. Podchodzi do nas dziewczyna, którą spotkaliśmy poprzedniego wieczoru podczas kolacji w lokalnej knajpie. Zamieniliśmy raptem kilka zdań. Okazuje się, że jest kasjerką na bramkach. Opowiadamy jej naszą historię, a ta za punkt honoru stawia sobie dołożenie do niej swojej cegiełki. Prosi swojego chłopaka, posiadacza pick-upa, żeby ten podwiózł nas przynajmniej kawałek, w inne, lepsze miejsce. Jest na tyle zdeterminowana, że gdyby nie fakt, że samochód jej chłopaka nie posiada uprawnień na wjazd do Pekinu (istnieją chyba jakieś przepisy limitujące ilość samochodów, uprawnionych do wjazdu do stolicy), prawdopodobnie podwiozłaby nas nawet pod wskazany adres. Pełni rolę pilota, ale jest na tyle przejęta sytuacją, że przegapia zjazd na autostradzie. Gdy dojeżdżamy na miejsce, okazuje się, że ruch na bramkach wjazdowych jest znikomy, jednak dziękujemy serdecznie za dobre chęci. Wciąż dzieli nas od Pekinu siedemdziesiąt kilometrów. W prawdzie moglibyśmy pedałować, ale rozleniwiliśmy się do tego stopnia, że mimo beznadziejności miejsca, wierzymy, że ktoś się nad nami zlituje. Gdy obok nas zatrzymuje się pick-up, Piotrek pyta jedynie kierowcę czy jedzie do Pekinu, a gdy ten kiwa głową w potwierdzeniu, Piotrek nie czekając na pozwolenie, zaczyna wrzucać rowery na pakę. Nieważne, że w szoferce jest miejsce tylko dla jednego pasażera. Facet jest trochę zdezorientowany, ale jednocześnie uśmiechnięty od ucha do ucha. Niestety na policyjnym check-poincie pojawia się jakiś problem i zaczynamy się obawiać, czy przypadkiem nie naraziliśmy tego sympatycznego człowieka na jakieś nieprzyjemności. Na szczęście policjanci po starannym obejrzeniu naszych paszportów i przejrzeniu zawartości sakw pozwalają nam jechać dalej. Dojeżdżamy do czwartej strefy, w której mieszka kierowca, a pozostałą drogę kontynuujemy na rowerach. Zamiast szalonego ruchu ulicznego, zastajemy umiarkowany spokój i dobrze zorganizowany system ścieżek.