Rozliczenie z Gruzją.

Gruzja-lodowiec(2)funky

Nie wiem czy to w każdej dłuższej podróży przychodzi taki moment, kiedy człowiekowi świat przestaje jawić się wyłącznie w pięknych kolorach, czy zmęczenie byciem w podróży dało o sobie znać, a może po prostu pierwszy raz specyfika kraju nie do końca przypadła nam do gustu. Padło na Gruzję, więc wybacz mi Gruzjo, ale kochać Ciebie sił mi brak.

Nie chodzi tu bynajmniej o Gruzję widzianą oczami, bo ta jest naprawdę piękna w różnorodności krajobrazów. Morze, potężne zasoby zieleni, surowy ale zaskakująco piękny klimat stepu i przede wszystkim góry. Wysoki Kaukaz robi wrażenie, nawet na kimś kto się nie wspina. Wystarczy usiąść wygodnie i podziwiać, w słoneczny dzień chłonąć piękno jego majestatu.

To co powyżej to jeden z czynników, który prowadzi nas w nieznane. Drugi to ludzie. Do tej pory było tak, że gdzie się dało szukaliśmy kontaktu. Bywało i tak, że nie musieliśmy, bo ludzie sami się do nas garnęli, a my nie stawialiśmy najmniejszego oporu. No może czasami, każdy w końcu potrzebuje chwilę prywatności. W Gruzji po kilku, może kilkunastu dniach, po paru noclegach „na gospodarza”, gdzie raczej sami się wprosiliśmy, po entym zaproszeniu na kielicha, przestaliśmy tego kontaktu szukać, a nawet czasami unikać wchodzenia w jakiekolwiek dłuższe interakcje z miejscowymi, bo kończyły się one zazwyczaj tym samym – próbą namówienia nas (a w szczególności Piotrka) na spożycie czegoś mocniejszego. I nie mówię tu o jakiś tradycyjnych, gruzińskich suprach z toastami w formie poematów i suto zastawionym stołem, ale o piciu żeby pić. Pod sklepem, na ławce, przy drodze. Wszędzie i o każdej porze. Wóda, domaszna czacza i koniaczek wykręcały nie tylko nasze twarze, ale następnego dnia również żołądki. Zdarzały się owszem toasty, kilka słów o Bogu, rodzinie, pokoju czy braterstwie naszych narodów. Jeden z poznanych Gruzinów chciał nawet po kilku głębszych bratać się z Piotrkiem krwią, co na szczęście nie doszło do skutku. Na zagryzkę kawałek chleba, suszonej ryby lub piernik. Zawsze to lepsze niż nic. To czego brakowało nam jednak najbardziej to rozmowy, historii tych ludzi, ich rodzin. Zbyt wylewni nie byli, ciężko coś było wyciągnąć. Chlanie dla chlania, a może zgodnie z zasadą że „świat na trzeźwo jest nie do przyjęcia”.

W Gruzji jest biednie, a ludzie szczególnie na wsi życia lekkiego raczej nie mają. Większość żywi się tym, co urodzi im ziemia. Dobrze jest też mieć przy gospodarstwie jakieś zwierzęta, które dostarczą żywności w postaci mleka, jaj, sera, czy mięsa. Nie samym chlebem człowiek żyje. Trzeba w coś się ubrać, wysłać dzieci na studia, czy wykupić lekarstwa. A na to potrzebne są już pieniądze, a tych brak. Na flaszkę jakoś zawsze grosz się znajdzie.

Jedna wioska, druga wioska, trzecia… My jedziemy, a oni siedzą. Pojedynczo lub w grupach. Bez koszulek lub z podwiniętymi nad pępek, eksponując z dumą klaty lub wielkie brzuchole. Z kilkudniowym zarostem i papierosem w ustach. Większość odpowiada na nasze powitanie, część ignoruje ze zobojętniałym wyrazem na twarzy. I to chyba ta obojętność, ten brak chęci zmian, to bierne czekanie , brak iskry razi nas w oczy najbardziej.

O: Słyszałam, że z Gruzinami się ciężko pracuje.
B (Polak): To nie jest tak, że się ciężko pracuje, z nimi się nie da pracować.

Coraz więcej jest Polaków zauroczonych Gruzją, coraz więcej takich, którzy postanawiają zostać i otworzyć własny biznes. Większość z nich nie wyraża się pochlebnie o podejściu Gruzinów do pracy: spóźniają się, są leniwi, piją, brak im jakiejkolwiek kreatywności.

W Udabno otwarcie biznesu przez Polaków, nie zostało zbyt ciepło przyjęte przez mieszkańców. Potrzeba było czasu, żeby przywykli. Część z nich dzięki temu miejscu ma szansę na dodatkowy grosz. Akurat w czasie, gdy tam trafiliśmy otworzyły się dwa nowe miejsca (sklepik i guesthouse), ktoś podchwycił w końcu pomysł, że nawet pośrodku stepu da się zarobić. Pierwszego dnia idziemy z Piotrkiem na lody, drugiego sklep zamknięty, a pani sprzedawczyni mnie informuje, że sorry ale idzie do koleżanki. Ile taki sklep się utrzyma?

„Bo my Gruzini jesteśmy tacy gościnni”. Da się odczuć, że doskonale wiedzą, że tak się o ich narodzie mówi. Część jest gościnna, a część tylko o gościnności mówi. Kilkadziesiąt lat temu, gdy Gruzja jeszcze nie była typowo turystycznym kierunkiem na pewno ta cała gościnność była całkiem szczera, a teraz? A teraz turysta coraz częściej jest okazją na zarobienie grosza. Co z jednej strony jest dobre, bo uczą się robić interesy, ale z drugiej „ginie” naturalna gościnność, a po trzecie jeszcze, tak na marginesie, Gruzini często nie przekładają cen proponowanych usług na jakość.

Każdy kto był w Gruzji na pewno słyszał tą legendę. Pan Bóg stworzył świat i rozpoczął rozdzielać ziemie między ludy. Wszystkie narody kłóciły się i walczyły, by dostać co lepsze tereny. W tym czasie znudzeni sytuacją Gruzini, zrezygnowali na rzecz biesiadowania. Kiedy wszystkie ziemie zostały rozdzielone Bóg słysząc radosne śpiewy Gruzinów, zorientował się że naród ten nie dostał nic. Docenił jednak postawę owego ludu, który ponad kłótnie postawił zabawę i oddał mu swój, oczywiście najpiękniejszy kawałek ziemi.

Gruzini są przekonani o wyjątkowości swego kraju, mają świadomość jego piękna, co bardzo często podkreślają. Jest to również jedno z pierwszych pytań kierowanych w naszą stronę: „Czy podoba Wam się w Gruzji?”, „Gruzja jest piękna, prawda?” Jeszcze jest, ale boję się że w przyszłości utonie w morzu śmieci. Obrazek: morze, plaża, ale piasku nie widać. Grupki ludzi, porozdzielane kupkami śmieci. Nawet strażnik w parku narodowym bez mrugnięcia okiem rzuca tlącego się jeszcze papierosa w trawę. Na wioskach stoją kontenery, ale ludzie przed domami usypują śmieciowe górki i je palą.

Kolejna sprawa: podejście do zwierząt. Zwierzęta gospodarskie mają się całkiem dobrze, żyją na tak zwanym wolnym wybiegu. One na coś się przydadzą: będzie z nich pieniądz lub pożywienie. Natomiast kategoria druga: zwierząt domowych ma przechlapane. Nie dość, że praktycznie żadnych z nich korzyści, to jeszcze do „interesu” dokładać trzeba. Koty i psy, wychudzone do kości, bite i kopane, wprasowane w asfalt. Takie obrazki towarzyszyły nam już wcześniej, ale nigdy na taką skalę jak w Gruzji. Jakiś totalny horror. Jedziesz rowerem i mijasz te wszystkie zwłoki, resztki futra walające się po drodze. Łzy same cisną się do powiek.

Jeździć rowerem po gruzińskich drogach też nie jest łatwo. Nie chodzi tu o stan dróg, a o to jak jeżdżą Gruzini. Tak jak w tureckim szaleństwie była jakaś metoda, z czasem przewidywalny styl jazdy, tak w gruzińskim wydaniu jest to moim zdaniem arogancja, brawura i kompletny brak poszanowania zasad bezpieczeństwa. Jak inaczej można nazwać sytuację, gdy kierowca jadący z naprzeciwka wyprzedza na trzeciego i jeszcze trąbi na Ciebie, że masz mu zjechać drogi?

Dzień zazwyczaj zaczynam się z pozytywnym nastawieniem, pozdrawiam niemal każdą napotkaną osobę (oczywiście na terenach wiejskich). Widzę rozjechanego psa, pół godziny nie odzywam się do nikogo. Facet zamiast odpowiedź na moje pozdrowienie, mlaska lubieżnie w moją stronę – pół godziny milczenia. Samochód wyprzedza mnie na milimetry, a jego kierowca trąbi tak, że z ledwością udaje mi się utrzymać równowagę. Przez otwarte okna słyszę głupkowaty śmiech. Pół godziny milczenia. Po całym dniu pytamy na stacji benzynowej o możliwość rozbicia namiotu, nie ma problemu. Właściciel wskazuje nam fajne miejsce, jego żona przynosi stoliczek i lemoniadę. Cała złość przechodzi. Wiara w ludzi wraca. Huśtawka nastrojów, od nienawiści do miłości. Dzień jak co dzień.

Kobiety. Te to muszą mieć anielską cierpliwość. W sumie to tylko im chyba pozostaje, skoro do gadania nie mają zbyt wiele, za to do roboty sporo. Pracują, zajmują się domem i dziećmi, usługują mężowi. Mijane w wioskach kobiety, krzepkie babki serdecznie i z uśmiechem odpowiadające na pozdrowienia. To one dla mnie są siłą Gruzji, jej pozytywnym ogniwem.

Dzień chyli się ku końcowi, szukamy miejsca na nocleg. Skręcamy w boczną drogę, prowadzącą do sadu, gdzie pytamy starszą kobiecinę o możliwość rozbicia namiotu. Nie ma problemu. Za chwilę przychodzi nastolatka, wyraźnie zainteresowana naszymi osobami. Chce sobie z nami zrobić zdjęcie. Trochę później przyprowadza koleżanki, które od słowa do słowa mówią, że ta pierwsza ma męża i dwuletnie dziecko. 14-latka. Dużo słyszymy wcześniej o porwaniach kobiet, o małżeństwach nieletnich, ale pierwszy raz dochodzi do nas, że to prawda.

Nikt nam w Gruzji nie zrobił krzywdy, przez cały pobyt czuliśmy się bezpiecznie, a w wielu sytuacjach pomogli nam ludzie. To wszystko co napisałam powyżej gdzieś tam jednak wpłynęło na taki a nie inny odbiór Gruzji – miłości z mojej strony brak. Pragnę jednak zaznaczyć, że w żadnym wypadku nie zniechęcam do odwiedzenia tego kraju, a wręcz przeciwnie zachęcam, by wyrobić sobie o nim własne zdanie. Ja czytając przed podróżą te wszystkie ochy i achy, wypisywane przez osoby zachwycone Gruzją i jej mieszkańcami, chyba miałam zbyt wygórowane oczekiwania, co w rzeczywistości niestety poniosło za sobą pewnego rodzaju rozczarowanie. Lepiej się nie nastawiać.

Na zakończenie trochę z innej beczki. Do Gruzji przyjeżdża całe mnóstwo Polaków i wszyscy lgną jakoś tak do siebie, łącza się w grupy, rozdzielają, znowu spotykają. Przez dwa miesiące poznaliśmy tyle pozytywnych ludzi, że aż wydaje się to niemożliwe. Gruzja przyciąga odważnych, ciekawych świata ludzi, którzy lubią podróżować na własną rękę. To dzięki WAM uzupełniliśmy piękne krajobrazy pięknymi momentami.