Rodopy- woda, mosty i jaskinie.

IMGP5404

W Rodopy wjechaliśmy od strony Goce Dełchew i od razu nam się spodobało. Jechaliśmy wśród łąk i lasów, co jakiś czas mijając przydrożne firmy kamieniarskie. Lekka praca to raczej nie jest, siedzieć i cały dzień i łupać wielkie kamienie na mniejsze kawałki. Wszędzie towarzyszyła nam woda i związany z nią kult, w postaci licznych kraników usytuowanych wzdłuż drogi. Wiele z tych ujęć posiadało wbudowaną tablicę pamiątkową, poświęconą jakieś osobie. Część z nich była nagrobkami. Spotkaliśmy miejsca, w których źródełko i tablica znajdowały się w altance, wyposażonej w murowanego grilla. Na płynącej wzdłuż drogi rzece, mijaliśmy natomiast piękne, stare, kamienne mosty.
IMGP5375

IMGP5384

Mimo, że tego dnia mieliśmy na liczniku dopiero 40 kilometrów, postanowiliśmy zatrzymać się nad Jeziorem Dospat (1200 m n.p.m.). Niestety podczas poszukiwania dogodnego miejsca pod nasz namiot, na jednym z brzegów jeziora, nadciągnęły czarne chmury burzowe, nie zwiastujące niczego dobrego. Z pierwszymi grzmotami porzuciliśmy nasz pomysł i czym prędzej, przez zaporę przedostaliśmy się do miasteczka Dospat, szukając jakiegokolwiek schronienia. Piotrek wszedł do dużego garażu, gdzie dostaliśmy pozwolenie na nocleg. W samą porę, ponieważ chwilę później rozpętała się niezła zawierucha z gradem, deszczem, piorunami. W międzyczasie siedząc sobie w naszym garażu, w którym co chwilę krzątali się gospodarze, doglądając jakiś przysmaków w piecach (kto komu zabroni mieć piec w garażu), zastanawialiśmy się co będziemy robić przez dalszą część dnia w tym miejscu. Przecież dopiero była 15-sta. Przyszła dziewczynka i zapytała czy chcemy pokój, grzecznie podziękowaliśmy, nie chcąc robić problemu. Nalegać też nie nalegali. Nic nas nie dziwiło w tej całej sytuacji. Zaczęliśmy jedynie się zastanawiać nad możliwością zmiany lokalizacji, gdyby przestało padać, ale z drugiej strony nie chcieliśmy żeby nasi gospodarze pomyśleli, żeby ich garaż nam się nie podoba.
IMGP5387

IMGP5395

Pół godziny później było po burzy i znowu pięknie świeciło słońce. Podczas gdy Piotrek wyszedł na ulicę się rozejrzeć, pani domu włożyła mi w ręce talerz zupy, trochę chleba i dwie drożdżówki, z uśmiechem zachęcając do konsumpcji. Piotrkowi aż się zaświeciły oczy, gdy wrócił z powrotem. Mi jednak zrzedła mina, gdy powiedział, że siedzimy w garażu hotelu połączonego z jadłodalnią. Poczułam, że zrobiliśmy z siebie biedaków, którzy nie mają pieniędzy na pokój. Pani myślała, że pewnie jesteśmy głodni, więc z dobroci serca poczęstowała nas obiadem. Chcieliśmy to jakoś odkręcić, wytłumaczyć, że nie wiedzieliśmy, że to hotel. Wzięliśmy ten pokój, bo widać, że jakoś bardzo się u nich nie przelewało, żeby mogli coś na nas przynajmniej zarobić. Myślę, że nasze zamiary wyprostowania sytuacji, nie dały rezultatów i wyszliśmy na jeszcze większych dziwaków – ‘chcą spać w namiocie w garażu, objadają nas, a później biorą pokój’. Czasami bariera językowa jest nie do przejścia. Ja pozostałą część dnia miałam moralniaka, a Piotrek marudził, że jest tak pięknie a my musimy spać w pokoju, zamiast nad brzegiem jeziora. Przeszło mu, gdy wieczorem za oknem szalała kolejna nawałnica, a my grzaliśmy tyłki pod ciepłą kołderką.
Kolejnego dnia odwiedziliśmy perłę Rodopów – Jaskinię Jagodina. Nam jednak osobiście, bardziej od wspomnianej jaskini, podobała się droga do niej biegnąca. Tak sobie jadąc w pięknym wąwozie, wśród szumu rzeki, śpiewu ptaków, myślałam ile tracą ci wszyscy ludzie, którzy w tym momencie gnają autami, by zobaczyć słynną jaskinię, nieświadomi ile ich omija dobrego. Wracając z drogi biegnącej do Jagodiny, spotkaliśmy Michała i Natalię, podróżujących wspólnie autostopem. Ucięliśmy krótką pogawędkę. Bardzo chwalili sobie autostop w Bułgarii. Obserwując ich chwilę później stojących przy drodze z wyciągniętymi rękami, cieszyliśmy się, że mamy ze sobą nasz własny środek transportu.
IMGP5425

IMGP5431

IMGP5454

IMGP5465

Piotrek twierdził, że w miejscowości Sziroka Łyka jest szkoła gry na dudach. Pomyliło mu się z pobliską wsią Geli, ale w tej pierwszej znaleźliśmy szkołę sztuk folklorystycznych, w których młodzież miała akurat próbę. Jakiś koncert chyba się szykował, ale niemiła opiekunka zespołu szybko nas spławiła. Udało się jedynie zrobić zdjęcie, a jeden z chłopaków dał nam krótki popis umiejętności muzycznych, na instrumencie przypominającym gitarę.

IMGP5470

Na noc zatrzymaliśmy się w jednej we wspomnianych wcześniej przydrożnych altanek, jakby przeczuwając całonocną ulewę.

Do Pamporowa, znanego ośrodka sportów zimowych, mieliśmy na rozgrzewkę z rana ostro pod górkę. Sama miejscowość od wjazdu straszyła szkieletami niedokończonych hoteli. Dalej nie było lepiej. Dobrze, że dalsza droga prowadziła w dół, co pozwoliło nam czym prędzej uciec z tego miejsca. Po kilku dniach, w końcu nasze kolana mogły nacieszyć się długim zjazdem. Jednak w pewnym momencie musieliśmy odbić z głównej drogi na Cudowne Mosty. Podczas 16 kilometrów wspinaczki po dziurawej drodze, miałam czas żeby zgłodnieć na tyle, by pochłonąć wszystko co tylko moje oczy zobaczą. Jako, że mieliśmy w sakwie tylko resztkę paluszków i trochę kremu czekoladowego, modliłam się żebyśmy na górze zastali jakieś jedzenie. Udało się. Po napełnieniu brzuszków, mogliśmy już na spokojnie cieszyć oczy, tym co Matka Natura zmajstrowała. Cudowne Mosty faktycznie były cudowne. Człowiek czuł się przy nich malutki i nic nie znaczący. Zjeżdżając w dół, uciekaliśmy przed zbliżającą się burzą. Nawet nam się udało. W pobliżu Monasytru Baczkowskiego stuknęła nam na liczniku setka, więc postanowiliśmy na noc zatrzymać się w jednej z cel. Chyba wygodniej mi się jednak śpi w namiocie 
IMGP5490

IMGP5532

IMGP5548

IMGP5507

IMGP5570

IMGP5579

  • Loreta Tomankiewicz

    Piękne zdjęcia! Pewnie miło było spotkać naszych rodaków tak daleko od domu? :)

    • Aleksandra Paździor

      No jasne, fajnie czasem pogadać w ojczystym języku z kimś innym niż Piotrek ;p