Primaaprilisowy psikus.

IMGP0490pano

1 kwietnia. Jeżeli tego dnia rano, ktoś by mi powiedział, że padniemy ofiarą oszusta, wyśmiałabym go i pomyślała, że robi sobie primaaprilisowe żarty. Byliśmy w Uzbekistanie od ponad dwóch tygodni, w przeciągu których spotkaliśmy się wyłącznie z życzliwymi gestami ze strony miejscowej ludności. Od pewnego czasu często stołowaliśmy się w przydrożnych czajchanach. Po pierwsze, jedzenie było bardzo smaczne, po drugie – tanie, a po trzecie, często w parze z jedzeniem, szła opcja noclegu. „Salam alejkum, coś byśmy zjedli i przespali się gdzieś kącie”. Zazwyczaj nie było najmniejszego problemu.

Ostatnie zakupy na samarkandzkim bazarze. Świeża lepioszka, do tego damaszny twarożek i miód. Po śniadaniu na przydrożnym murku przy wyjeździe z miasta, można rozpocząć regularne pedałowanie. Kierunek Dolina Fergańska. Pogoda nienajgorsza, chociaż w powietrzu czuć, że prędzej czy później z pewnością zacznie padać. Kilkadziesiąt kilometrów za Samarkandą Piotrkowi pęka linka do tylnej przerzutki.

O: Wiesz jak to wymienić? Robiłeś to kiedyś?
P: Widziałem na youtubie.

Yhyymmm. Mimo lekkich obaw, staram się wierzyć w dobrą pamięć oraz magiczne zdolności mojego męża. Siedzę na krawężniku i cierpliwie czekam, co jakiś czas wdając się w krótkie dyskusje z Uzbekami, którzy widząc, że mamy jakiś problem, zatrzymują się, by zagaiać co się stało i dowiedzieć czy przypadkiem nie potrzebujemy pomocy. Miło z ich strony. Mimo początkowych wątpliwości, Piotrkowi bardzo sprawnie udaje się naprawić usterkę i możemy ruszać dalej.

 

Wybieramy dobry moment na przerwę, wraz z pierwszym łykiem herbaty w przydrożnym zajeździe, zaczyna padać. Przy okazji ucinamy pogawędkę z przyjaznym właścicielem. Miejsce idealnie nadawałoby się na nocleg. „Jest dopiero 16-sta, zrobiliśmy 50 kilometrów, nie jesteśmy z cukru, jedziemy, zatrzymamy się w następnej miejscowości, 25-kilometrów dalej” – decydujemy. Przywdziewamy nasze goretexowe powłoki. Stopom aplikujemy dodatkową warstwę ochronną, w postaci jednorazówek. Wszystko po to, żeby za kilkanaście kilometrów i tak wszystko było mokre. Mżawka z czasem przeradza się w regularną ulewę. Ręce powoli zaczynają kostnieć z zimna. Droga ciągnie się w nieskończoność. W końcu dojeżdżamy. Od razu atakujemy pierwszą napotkaną czajchanę, w której w odpowiedzi na prośbę o możliwość noclegu, spotykamy się z odmową. Kiedy w drugiej, trzeciej i czwartej słyszymy to samo, szanse na znalezienie ciepłego i suchego kąta zaczynają drastycznie spadać, a my zaczynamy poddawać w wątpliwość uzbecką gościnność. W końcu przed opustoszałą i mizernie wyglądają knajpą, widzimy jegomościa, który ruchem ręki, przyjaźnie zaprasza nas do środka. Czuję, że tym razem nam się poszczęści. Wchodzimy do budynku, który czasy świetności ma już za sobą. Okazuje się, restauracja funkcjonuje w przybudówce. Tutaj możemy zostawić rowery i przebrać się w suche ubrania. Z noclegiem nie będzie żadnego problemu. Wszędzie kurz i brud. Nie wygląda to zbyt dobrze, ale lepsze to niż rozbijanie namiotu w ulewie. W brzuchach burczy, więc czym prędzej zmieniamy ubrania, rozwieszając te mokre na wystających ze ściany drutach i idziemy do budynku, w którym mieści się knajpka. Wchodzimy do pierwszego pomieszczenia, w którym na kanapie siedzi dwóch typków, po lewej znajduje się prowizoryczna kuchnia, natomiast drzwi po naszej prawicy prowadzą do jadalni. Uzbeckie czajchany rzadko kiedy spełniają jakiekolwiek normy czy standardy odpowiadające miejscu w którym spożywa się posiłki za opłatą, do których człowiek przywyknął w ciągu swego europejskiego życia, jednak to miejsce bije inne na głowę. Zważając na fakt, że dotychczas lokalna kuchnia nas jeszcze nie zawiodła, odkładamy na bok negatywne uwagi, dotyczące wnętrz. Pojawia się jegomość w czerwonym dresie, który przedstawia się jako właściciel, by przyjąć zamówienie. Nie ma lagmana, więc bierzemy co jest. Tradycyjnie herbata i chleb. Na pierwsze szurpa (tradycyjna uzbecka zupa na baraninie), na drugie jakiejś mięso, pod tajemniczą nazwą „jiz” [dżiz]. Do tego sałatki (pół pomidora i pół ogórka pokrojonego w plasterki) i jogurt. W czasie gdy szefu gotuje, ten drugi, który nas witał, przynosi i kładzie na stół, dwie nierozpakowane jeszcze paczki: jedną z serwetkami, drugą z wykałaczkami. Piotrek śmieje się, że odpowiednio zapłacimy za te luksusy. Gdy na stole pojawia się zupa, jesteśmy lekko rozczarowani. Bulion, kawałek marchewki, kawałek ziemniaka i kawałek mięsa to uzbecki standard, ale żeby tylko pół miseczki. Nieważne, dojemy drugim. Chociaż połowę porcji stanowią kości, wątpliwej świeżości mięso zaspokaja nasz głód. Nie wybrzydzamy. Ważne, że w brzuszku jest pełno i będziemy mieli gdzie spać. Zamawiając, nie zapytaliśmy o ceny, więc obstawiamy ile zapłacimy.

P: Niedobre, ale wiesz jednak trochę tego mięsa było, a mięso zawsze w cenie. 50 000 sum? (ok. 33zł)
O: No co Ty, tyle to zapłaciliśmy za pyszny obiad (4 szaszłyki, chleb, sałatka, jogurt, 4 piwa) w Samarkandzie.

Normalnie płacimy około 20 000 – 30 000 sum. Idziemy do kuchni rozwiać wątpliwości. Faceci dyskutują, naradzają się, liczą. W międzyczasie ucinamy pogawędkę z typami siedzącymi na sofach. Ci pierwsi wychodzą z kuchni i podają kwotę: 136 000 sum. Cooooo? Że jak? Ale za co? Od razu widzimy, że coś jest nie halo i ktoś tu próbuje nas nieźle naciągnąć. Pytamy tych na sofie o ceny, ale szybko orientujemy się, że to znajomi szefa i nie znajdziemy w nich sojuszników. Dyskusja toczy się z szefem, ten drugi tylko kręci się nerwowo ze spoconym czołem, co tylko utwierdza nas w przekonani, że coś jest nie tak. Dresik zaczyna wyliczać: „mięso 70 000, zupa 30 000, sałatki 12 000, ….,serwis 10000.” „Oszalałeś człowieku co to za ceny, jaki serwis?” Facet jest niewzruszony i ostro upiera się przy swoim. „Dzwonimy na policję?” – pyta Piotrek, ten jednak wzrusza obojętnie ramionami: „a dzwońcie sobie”. Nie mamy numeru telefonu. Zresztą nie wiemy czy jest do końca dobry pomysł. Będą na pewno chcieli zobaczyć paszporty, a że nie dopełniliśmy obowiązku rejestracyjnego, jeszcze sami możemy ściągnąć na siebie problemy. Postanawiam pójść do czajchany naprzeciwko i spytać o ceny. Na ulicy próbuję zatrzymać radiowóz, jednak ten tylko przyspiesza na mój widok. U konkurencji właściciel podlicza ile zapłacilibyśmy u niego, za ten sam posiłek. „Przy kilogramowej porcji mięsa, około 60 000 sum”. Kilogram mięsa? Przeciętnie 4 szaszłyki dają wagowo pół kilograma i jesteśmy najedzeni jak bąki. Pytam o numer na policję, nikt nie zna. Wychodzę z obrażoną miną. Wracam do Piotrka, który próbuje próbuję przekonać właściciela knajpy, żeby ten zmniejszył rachunek do rozsądnej kwoty.

O: Naprzeciwko zapłacilibyśmy połowę mniej – mówię.
U: U mnie takie, a nie inne ceny. Trzeba było od razu mówić siostra, że u Was mało pieniążków, to bym Wam coś innego zaserwował.
O: Po pierwsze żadna siostrą, po drugie: co byś nam dał? chleb i herbatę za 50 000 sum?

Zaczynam się gotować. Nie dość, ze gościu robi nas ostro naciąga, to jeszcze próbuje z nas zrobić idiotów. Idę spakować nasze rzeczy i wyciągnąć rowery na zewnątrz. Bez względu na dalszy bieg wydarzeń, nie chce być na łasce tego cwaniaka. Piotrek nie do końca popiera moje zdanie.

P: Co robisz? Gdzie teraz w ciemnościach, w tej ulewie znajdziemy nocleg?
O: Nie mam pojęcia. Coś wymyślimy. Jedno jest pewne: JA TU NIE ZOSTAJE – mówię ze łzami w oczach.

W końcu szefu wielkodusznie skreśla kilka pozycji z rachunku. Do zapłacenia mamy 80 000 sum. Szczerze mówiąc chciałabym zwyzywać faceta, pokazać mu środkowy palec i wyjść, jednak wpajane przez całe życie wartości, na to nie pozwalają. Na dodatek wiem, że sami się wkopaliśmy nie pytając o ceny. Nie chodzi mi nawet o te cholerne pieniądze, to nie jest jakaś astronomiczna suma, ale o fakt, że facet kłamie prosto w twarz. Tak bardzo przyzwyczailiśmy się do dobroduszności i uczciwości spotykanych na drodze ludzi, że nie mogę uwierzyć, że ktoś rujnuje ten piękny obrazek. Budowana przez miesiące niezachwiana ufność i wiara w drugiego człowieka, zostaje nadszarpnięta.
W końcu poddajemy się, płacimy i zbieramy się do wyjścia.

U: Brat nie zostajecie na noc?
P: …

Wychodzimy. Ostatnia nadzieja we właścicielu czajchany po drugiej stronie drogi. Może zlituje się i okaże dobre serca, chcąc ratować dobry wizerunek Uzbeków. Tłumaczę, że nie mamy gdzie spać, że zostaliśmy na lodzie, że niestety jedyne, na co nas stać w obecnej chwili to herbata. Ten początkowo próbuje się wykręcić, twierdząc że nie ma warunków, że to nie to hotel, jednak ostatecznie godzi się, żebyśmy zostali na noc. Przychodzi brat właściciela, pijemy herbatę, rozmawiamy. Napięcie trochę opada. Nie mogę zasnąć, tak jakoś przykro, smutno. Po głowie kołata się pytanie: dlaczego?

Kolejnego dnia, po primaaprilisowych żartach, humory mamy nie najlepsze. Jedziemy skwaszeni. Piotrek oznajmia, że przez tydzień nie tknie się mięsa, po czym jak gdyby nigdy nic, godzinę później w czajchanie zamawia samsę (ciasto nadziewane mięsem i cebulą, pieczone w tradycyjnym piecu tandoor). Natury nie oszukasz. Po południu pojawiają się pierwsze oznaki trawienia wewnętrznego żalu, zaczynamy żartować z całej sytuacji i się śmiać się z własnej naiwności. Od tej pory, zamawiając nawet herbatę w najgorszych norach, będziemy pytać o cenę.

IMGP0488

IMGP0490pano

IMGP0495

IMGP0502

IMGP0483