Pożegnanie z Iranem.

Nocleg na dziko w Iranie.

Trochę się zasiedzieliśmy. To prawda. Nie żałujemy jednak żadnego dnia spędzonego na Keshmie i trzeba przyznać, że do ostatniej chwili zastanawialiśmy się czy jeszcze trochę nie przedłużyć naszego pobytu na wyspie. Jeżeli mielibyśmy kilka lat mniej (nie żebyśmy się czuli staro, ale skoro mamy wrócić przed 30-stką…), to w ogóle nie byłoby tematu i pewnie siedzielibyśmy jeszcze dobre pół roku.

Wizowy hat-trick w Teherenie i powrót w wielkim stylu.

Tak więc w morzu łez i zapewnień, że na pewno jeszcze kiedyś wrócimy, odpłynęliśmy w kierunku lądu. Następnie 18-godzinna podróż pociągiem do Teheranu. Martwiliśmy się co będziemy robić tyle czasu, okazało się że większość drogi przespaliśmy. Do stolicy przyjechaliśmy pełni obaw. Z wizami to nigdy nic nie wiadomo, w sieci znajdujesz informacje, że nie ma problemu, a później baam… pani w okienku ma zły dzień, komuś na górze nie spodobało się Twoje zdjęcie paszportowe i kończą się marzenia o odwiedzeniu kolejnego kraju.

Keszm

Ostatnie wspólne zdjęcia…

Keszm

…i czas się pożegnać :(

Rugged Phone

Pociąg na trasie Bandar Abbas – Teheran okazał się całkiem komfortowy, a 18-godzinna podróż zleciała szybciej niż myśleliśmy.

Przedział dzieliliśmy z sympatyczną parą nowożeńców z Bandar.

Przedział dzieliliśmy z sympatyczną parą nowożeńców z Bandar.

Przed ślubem ciało przyszłej panny młodej zdobione jest za pomocą henny. Zgodnie z tradycją rytuał ten przyniesie jej szczęście.

Przed ślubem ciało przyszłej panny młodej zdobione jest za pomocą henny. Zgodnie z tradycją rytuał ten przyniesie jej szczęście.


Uff...rowery i bagaże dojechały w całości.

Uff…rowery i bagaże dojechały w całości.

Na szczęściu w naszym przypadku tak nie było. Z wyrobieniem trzech wiz: azerskiej, kazachskiej i uzbeckiej, uwinęliśmy się równo w tydzień (tutaj możecie poczytać więcej na ten temat). Sami byliśmy szczerze mówiąc zaskoczeni takim obrotem sprawy. Poszło zadziwiająco szybko i bezproblemowo. Chociaż i tak uważamy, że te wszystkie procedury, numery referencyjne, listy polecające to niepotrzebna biurokracja i zawracanie ludziom głowy. O kosztach tego wszystkiego nie wspominając.

Dom naszej gospodyni w Teheranie - Firuze (z lewej) zawsze jest pełen gości.

Dom naszej gospodyni w Teheranie – Firuze (z lewej) zawsze jest pełen gości.

Paździory na salonach ;)

Paździory na salonach ;)

Prawdziwa uczta dla podniebienia przygotowana przez naszą nową znajomą Tubę.

Prawdziwa uczta dla podniebienia przygotowana przez naszą nową znajomą Tubę.

Bazar piątkowy na miejskim parkingu.

Bazar piątkowy na miejskim parkingu. Super sprawa.

Bazar piątkowy na miejskim parkingu.

Kilka pięter wypełnionych ubraniami, starociami oraz rękodziełem.

Bazar piątkowy na miejskim parkingu.

W Teheranie udało nam się również spotkać z nie widzianym przez 10 lat kuzynem Piotrka, Dawidem i jego dziewczyną.

W Teheranie udało nam się również spotkać z nie widzianym przez 10 lat kuzynem Piotrka, Dawidem i jego dziewczyną.

Po trzech miesiącach lenistwa, czuliśmy jakby zaczynali naszą podróż na nowo. Byliśmy bardzo podekscytowani, ale również lekko poddenerwowani. Dla mnie największą zmorą był brak kondycji. Na szczęście kolejne dni pokazały, że nie jest z nią wcale tak najgorzej. Oczywiście byłoby o wiele trudniej, gdybyśmy wybrali drogę przez Czalus, jednak można powiedzieć, że wymiękliśmy, a może po prostu poszliśmy za głosem rozsądku i postanowiliśmy jechać o wiele mniej wymagającą trasą przez Kazwin.

Wyjazd z Teheranu był lekko nerwowy, o czym przypominało mi moje dygocące kolano, którego nie potrafiłam w żaden sposób uspokoić. Szaleńcza jazda ulica miasta trwała 30 kilometrów, później było już tylko lepiej. Im mniejsze miasta na naszej drodze, tym z większym entuzjazmem byliśmy witani. Zdążyliśmy już prawie zapomnieć jak wielkie zainteresowanie mogą wzbudzać nasze rowery… i my. Albo jedno i drugie razem wzięte.

Tak się rozpędziliśmy, że przejechaliśmy ponad setkę, kończąc pierwszy dzień pedałowania, na polu wśród betonowych bloków.

Wyjazd z Teheranu.

Wyjazd z Teheranu.

Jak człowiek jest głodny, każde miejsce nadaje się do gotowania.

Jak człowiek jest głodny, każde miejsce nadaje się do gotowania.

Nocleg na dziko w Iranie.

Nocleg w placówce Czerwonego Rogalika.

Noc była chłodna, jednak wraz kolejnymi promieniami słońca robiło się coraz cieplej. Nie ujechaliśmy 3 kilometrów, gdy zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej na poranną toaletę. Postoje w Iranie mają to do siebie, ze lubią się przeciągać. To jeden z drugim i trzeci chcą wiedzieć co my za jedni, ktoś zaprasza na śniadanie lub herbatę, ktoś inny ma złotą radę lub miejsce godne polecenia, a sesja zdjęciowa to już w ogóle element obowiązkowy. Nie inaczej było i tym razem.

W Kazwin zatrzymaliśmy, żeby uzupełnić zapasy żywieniowe. Myślami byliśmy już w Azerbejdżanie, więc nie było nam w głowie żadne zwiedzanie. Czego oczywiście wieczorem żałowaliśmy kilkukrotnie musząc się tłumaczyć z tego tytułu naszym gospodarzom z Czerwonego Półksiężyca (czy też jak zwykliśmy mawiać Rogalika). „Jest pięć miast, które będąc w Iranie trzeba odwiedzić i jednym z nich jest Kazwin”. „Kazwin ma tyle pięknych, historycznych miejsc, jak mogliście je przegapić?” Nie było innej rady, musieliśmy obiecać, że wrócimy w przyszłości i nadrobimy zaległości. W sumie to nie jest głupi pomysł, bo patrząc na mapę Iranu, to zobaczyliśmy tyle, co nic.


IMGP8545

Słit focie z rana.

Słit focie z rana.

Pierwszy pan z lewej był jedynym etatowym pracownikiem, reszta chłopaków to wolontariusze.

Pierwszy pan z lewej był jedynym etatowym pracownikiem, reszta chłopaków to wolontariusze.

Na nocleg w punkcie Czerwonego Półksiężyca zapałaliśmy się całkiem przypadkiem. Za Kazwin, jeden pan zatrzymał samochód przy drodze, po czym z portfela wyciągnął plakietkę, coś w stylu legitymacji z symbolem Czerwonego Półksiężyca tłumacząc, że jeszcze 15 kilometrów… ciężko się było dogadać czy pan nas chce zaprosić do siebie, a legitymacja ma nas upewnić w przekonaniu, że nie jest terrorystą, czy faktycznie będzie przy drodze jakiś punkt tejże organizacji. Mimo podjazdu z wiatrem w twarz, zaufaliśmy mu, że u celu czeka nas coś dobrego i zdecydowaliśmy, że damy rade wykrzesać jeszcze z siebie trochę siły i przejechać te 15 km… tak jeżdżąc samochodem ludzie czasami mają mylne pojęcie o odległościach. Tak więc +10 i dojechaliśmy w promieniach zachodzącego słońca na miejsce. Warto jednak było dla tak miłego wieczoru trochę się pomęczyć.

Z rana zostały nam niecałe 2 kilometry do przełęczy, a później już tylko przyjemny zjazd w dół. Kilometry mijały nam jak szalone, a widoki cieszyły oczy. Taki Iran to mi się podoba – góry, rzeki, nawet jezioro się znalazło. Wieczorem znaleźliśmy przyjemną miejscówkę na rozbicie namiotu. Później już tylko kolacja, ognisko i grzanie stópek.

Droga w Iranie.
Teraz już tylko z górki.

Teraz już tylko z górki.

IMGP8581

Człowiek-galaretka.

Człowiek-galaretka.

Sefid Rud Lake.

Sefid Rud Lake.

Nocleg na dziko w Iranie.

Grzejemy stópki :)


W strugach deszczu.

Poranek przywitał nas ciepłymi promieniami słońca. Zresztą odkąd wyruszyliśmy z Teheranu, nie mogliśmy narzekać na pogodę. Niestety po kilkunastu kilometrach, na horyzoncie pojawiły się ciemne chmury, a my wjechaliśmy w jakby całkiem inny mikroklimat. Zrobiło się chłodno i wilgotno. Ohoo to chyba znak, że zbliżamy się do Morza Kaspijskiego. Mżawka z czasem zamieniła się w regularny deszcz, który towarzyszył nam do samego wieczora. Z początku nie sprawiało nam to większego problemu. Dopiero od kilku dni byliśmy w drodze, więc frajda z jazdy była wciąż na tyle świeża, że żadne niesprzyjające warunki nie mogły nam jej zepsuć. Jadąc nie czuliśmy zimna, jednak każdorazowa próba małego odpoczynku lub przerwa na łyk herbaty, kończyła się dygotaniem. Droga oraz otaczający krajobraz wyglądał tak swojsko i znajomo, że zaczęłam sobie wyobrażać, że jedynie kilometry dzielą nas od domu. Jeszcze chwila i wejdę do ciepłego mieszkania, napiję gorącej herbaty, a na koniec zakopię pod świeżą, pachnącą kołdrą.

Dojechaliśmy do stacji benzynowej. Piotrek spytał właściciela sąsiadującej restauracji o opcje noclegowe. Z miejscem na robicie namiotu było raczej ciężko, ale powiedział że nie będzie problemu jeżeli prześpimy się w pokoju modlitewnym dla kobiet. Zdarzyło nam się już kilkukrotnie nocować w takim miejscu, więc propozycję przyjęliśmy z radością. Tego typu pomieszczenia są zwykle niewielkie 3×3 metry, a ich jedynym wyposażaniem jest dywan. Zawsze jest elektryczność. Można coś podładować, uzupełnić dziennik lub poczytać książkę. Tym razem naszym marzeniem, było jedynie ściągniecie z siebie zimnych i przemoczonych ubrań oraz zawinięcie w śpiwór.

Właściciel restauracji wiedząc, że w pokoju modlitewnym nie jest wcale cieplej niż na dworze, zaproponował nam, żebyśmy przyszli się ogrzać do jego przybytku. Z zaproszenia chętnie skorzystaliśmy i kilka minut później siedzieliśmy koło buchającego gorącem grzejnika, popijając herbatę i próbując wytłumaczyć skąd się wzięliśmy, po co i dlaczego. Morteza, jego małżonka oraz dwójka przyjaciół chciała wiedzieć więcej, niż przeciętnie spotykani przez nas Irańczycy. Restauracja przez cały wieczór świeciła pustkami, więc dlaczego by się nie podszkolić na przykład z historii Polski. Piotrek musiał się trochę nagimnastykować, a wszyscy pękali ze śmiechu, gdy za pomocą rysunków tłumaczył skąd się wziął orzełek w naszym godle.

Morteza zaproponował nam możliwość noclegu w restauracji. Wiązało się to jednak z tym, że on również musiałby zostać. Mimo jego dobrych chęci, podziękowaliśmy. Było dla nas oczywiste, że trzeba mu wyjaśnić, że my sobie damy radę, a on może spokojnie jechać do domu, do syna, którego nie widział cały dzień.

Uwaga ludzie, jedzie król.

Kolejnego dnia pogoda była łaskawsza. Co prawda nadal było zimno, wilgotno i wietrznie, ale na szczęście przestało padać. Dodatkowo sporo otuchy dodawali nam ludzie w mijanych miejscowościach, który tego dnia jakby oszaleli. Na każdym kroku przyjazne okrzyki, wyznania miłosne oraz posyłane w naszym kierunku całusy. Piotrek, który jako mężczyzna jest zazwyczaj w centrum zainteresowania i to o niego zwykle ten cały szum, jechał dumny jak paw, jak ukochany przez lud król, objeżdżający swoje włości.

Nocleg na plaży? Dlaczego by nie. Rozbiliśmy namiot, rozwiesiliśmy na sznureczku mokre ubrania z poprzedniego dnia, odkładając na później gotowanie kolacji. Ja grzałam się w śpiworze, a Piotrek nie wiedzieć dlaczego kręcił się jeszcze na zewnątrz. Chwilę później dyskutował już z irańską rodzinką, która przyjechała na plażę samochodem. Wiedziałam już co się święci, czekałam tylko kiedy… „Olaaa, oni mówią, że w nocy zamarzniemy i mamy iść spać do nich do domu.” Ja jednak nie specjalnie miałam ochotę na składanie namiotu i pakowanie wszystkiego na nowo. Oswoiłam się już z myślami, że coś zjemy i pójdziemy wcześnie spać. Byłam zmęczona, a wiedziałam że jeżeli przystaniemy na ich propozycję, wieczór nie skończy się szybko. „Podziękuj i powiedz, że nam tu dobrze.” 10 minut później: „Olaaa, ale on bardzo nalega i wygląda na to, że nigdzie się bez nas nie ruszy.” Co za uparci ludzie – pomyślałam poirytowana, jednak widząc bezsilną minę Piotrka wymiękłam i zaczęłam pakować graty.

Iraj oraz jego rodzina okazali się oczywiście przemiłymi ludźmi. Zjedliśmy wspólną kolację, wpadli znajomi z wizytą, a pytaniom i rozmowom nie było końca. Jeszcze oglądanie rodzinnych albumów, wspólne sesje zdjęciowe. Wzięliśmy gorący prysznic, wypraliśmy brudne i przemoczone ubrania, położyliśmy się spać na mięciutkim perskim dywanie pod pachnącą kołderką. Same plusy, a oni prawie że siłą musieli nas do tego wszystkiego zmusić.

Wodoodporne obuwie w polskim stylu.

Wodoodporne obuwie w polskim stylu.

11!

11!

Morze Kaspijskie. Widok z naszej miejscówki na plaży.

Morze Kaspijskie. Widok z naszej miejscówki na plaży.

Uparty Iraj (trzeci z lewej), jego rodzina, sąsiedzi oraz my.

Uparty Iraj (trzeci z lewej), jego rodzina, sąsiedzi oraz my.

Z dziewczynami.

Z dziewczynami.

Pożegnanie z Iranem.

Rano spod ciepłej kołdry: „Piotreeek, powiedz im że nigdzie nie jedziemy, że zostajemy do jutra.” Niestety Iraj szybko rozwiał nasze wizje, delikatnie dając do zrozumienia, że czas wstawać. Chciał przed wyjściem do pracy, zjeść z nami wspólne śniadanie i pożegnać u wrót domu.

Ostatnie 30 kilometrów w Iranie. W Astarze zrobiliśmy małe zapasy, gdyż wszyscy straszyli, że ceny w Azerbejdżanie będą trzykrotnie wyższe, po czym ruszyliśmy na granicę. Przy pierwszej bramie, panowie poinstruowali nas gdzie jechać i dodali, żebyśmy się spieszyli gdyż za 10 minut zamykają. Trochę nas przetrzymali, pytali dokładnie gdzie byliśmy, dlaczego tak długo, po czym zabrali paszporty i kazali chwilę poczekać. Z obiecanych 5 minut zrobiło się 30. W międzyczasie zaczęło dokuczać nam zimno. Zaczęłam skakać próbując się trochę ogrzać. Poskutkowało. Panowie celnicy zaprosili nas do środka. Zaproponowali herbatkę, dali ciasteczka. Milo się gawędziło, pojawiły się nasze paszporty, a w nich stempelek wyjazdowy. Usłyszeliśmy jeszcze masę dobrych słów na drogę i trzeba było się pożegnać. Bye bye Iran. Coś czuje, że jeszcze tu wrócimy.