Ponure urodziny, górskie serpentyny – Rumunii c.d.

IMGP3900x

Po świątecznym odpoczynku, trzeba było zebrać tyłki i ruszyć w dalszą drogę. I tak o ile w Niedzielę Wielkanocną pogoda była jeszcze jako taka, to w Poniedziałek – dzień naszego wyjazdu, oczywiście od rana, za oknami panowała na całego zimowa aura. Przez myśl przeszło mi, czy by nie zostać w Paltynosie dzień dłużej, jednak szybko odgoniłam myśli o wskoczeniu z powrotem pod ciepłą jeszcze kołderkę, gdyż wiedziałam, że zapewne dnia kolejnego sytuacja się powtórzy.

Droga do Suczawy, gdzie zrobiliśmy małą przerwę, przebiegała na przemian to w śniegu, to w deszczu. Odpuściliśmy sobie zwiedzanie miasta, by na nowo rozpocząć walkę z kapryśną pogodą. Cały dzień byłam naburmuszona i zła, to na przedłużającą się zimę, to na Piotrka, że moje 27-me urodziny spędzać muszę w takich warunkach. Pretensje do męża mojego miałam tym większe, gdyż on w swoje urodziny, mimo początku marca, pogodę miał jak na zamówienie.

To nie jest zwykłe miasto. To jest Suczawa, miasto partnerskie Sosnowca ;)

To nie jest zwykłe miasto. To jest Suczawa, miasto partnerskie Sosnowca ;)

Opcja spania w namiocie z miejsca odpadła, zaczęliśmy więc rozglądać się za jakimś innym noclegiem. Nie wiem czy wyglądaliśmy tak tragicznie czy w okolicy panowała jakaś cicha zmowa właścicieli pensjonatów przeciwko biednym rowerzystom, jednak wszyscy zgodnie twierdzili, że wolnych pokoi niestety nie posiadają, mimo iż widać było że obiekty świecą pustkami.

IMGP3890x

IMGP3888x

Na ostatnich siłach dojechaliśmy do monastyru w Varatec, a że rozpętała się w międzyczasie konkretna śnieżyca, było po 19, byliśmy przemoczeni, zmarznięci, głodni i nie mieliśmy planu B, byliśmy w stanie błagać siostrzyczki, żeby przyjęły nas pod swój dach. Te jednak rozumiały nas bardziej, niż można się było tego spodziewać. Nie dość, że dostaliśmy ciepły pokój, to jeszcze gorący posiłek. Gdyby nie obecność jednej z siostrzyczek, myślę że Piotrek pochłonąłby obiad włącznie z talerzem.

Kolejny poranek niczym nas nie zaskoczył – śnieg niestety nie zniknął, a nawet sporo go przybyło…w sumie to przybywało, bo wciąż sypało. Na szczęście po zjechaniu ze wzgórza, na którym usytuowany był monastyr, okazało się że nie ma tragedii i biało jest tylko gdzieniegdzie. Kilka serpentyn pod górkę i przez następne 20 kilometrów w dół, dzięki pomyślnym wiatrom mknęliśmy 30-40 km/h.

IMGP3883x

IMGP3871x

Piatra Neamt okazała się całkiem sympatycznym miejscem, więc postanowiliśmy nadrobić zaległe świętowanie urodzin i wbraliśmy się na obiad. Ja wymyśliłam sobie, że mam smaka tylko i wyłącznie na rumuńskie gołąbki (sarmale), więc kiedy kelner oznajmił, że aktualnie ich nie mają, byłam tak zawiedziona, że zamówiłam wyłącznie deser. Przynajmniej mój gość wyszedł z urodzin najedzony :) Zimno wciąż nam dokuczało, więc po raz kolejny odpuściliśmy sobie spanie w namiocie i w miejscowości Bicaz zatrzymaliśmy się w motelu.

IMGP3916x

IMGP3908x

Następnego dnia po przebudzeniu, nawet pruszący śnieg nie popsuł nam humoru i odczucia podekscytowania, spowodowanego zbliżającym się górskim odcinkiem trasy. Do pokonania mieliśmy parę kilometrów niezłych podjazdów. Jednak opłacało się, droga z Bicaz-Chei do Lacu Rosu, która odcinkami wiodła wśród pionowych skalnych ścian, okazała się niezwykle malownicza. W pewnym momencie ubraliśmy nawet kaski, z obawy że jakiś zwał śniegu lub głaz może spaść nam na głowę. Szkoda, że ochranicza nie miałam na ramieniu, bo to właśnie w tą część ciała zostałam ugodzona przez jedną z śnieżnych kul, powodując tym, jak się można domyślić, niemały popłoch. RATUUUUNKU LAWINA! 😉

Collagex

BeFunky Collagex

IMGP4001x

Dojechaliśmy do miejscowości Lacu Rosu (Czerwone Jezioro), w którym znajduje się również jezioro o tej samej nazwie (które oczywiście było zamarznięte), z nadzieją że to już koniec podjazdów. Okazało się, że byliśmy tak mniej więcej w połowie drogi. Na szczęście pogoda dopisała w najważniejszym momencie, gdy w końcu dotarliśmy na przełęcz, mogliśmy cieszyć oczy przepięknym widokiem. Wraz z każdym następnym kilometrem zjazdu w kierunku Gheorgheni, robiło się coraz cieplej, aż w końcu znaleźliśmy się na dnie rozległej kotliny, gdzie drogę wśród ospałych wiosek przyjemnie umilało nam słońce. Termometr na liczniku oszalał z radości, pokazując +10C.
IMGP4017x

W momencie, gdy postanowiliśmy szukać noclegu, okazało się, że niedawno minęliśmy ostatnią z wsi. Ja wracać się nie lubię. Czasami jednak warto. Do kolejnej wspinaliśmy się kolejne 20 kilometrów, po to by na miejscu zastać bardziej zimowy obrazek. Pierwszymi zabudowaniami we wsi Liban okazał się przydrożny zajazd. Upatrzyliśmy sobie na jego podwórzu trochę trawki. Jeden telefon do szefa i już namiot rozłożony, a Piotrek pichci pyszną kolację na kuchence. Był nawet plan na jakieś małe piwko, ale wraz ze zmorkiem, zimno skutecznie wygoniło nas do śpiworów.

IMGP4025x

  • Loreta Tomankiewicz

    Oj biedna Olusia! Wiem jak to jest, gdy kobieta sobie coś ubzdura i tak już musi być. Mam nadzieję, że jednak pojadłaś w innym miejscu tymi gołąbkami! Trzymam dalej za Was kciuki i czekam na kolejny wpis!

    ps. dochodzą do Ciebie moje smsy?

  • Wiolaha

    Pozdrawiam Was kochani. Czekam na każdy wpis i piękne zdjęcia.