Północ-południe

miniatura

Jak to się mówi: “co się odwlecze, to nie uciecze”. W 2013 roku planując urlop, który miał być dla nas małym rowerowym sprawdzianem, spośród kilku opcji ostatecznie wybraliśmy Portugalię, która gdzieś tam ciągle nie dawała spokoju, od 2011 roku, kiedy to nie udało nam się tam dotrzeć autostopem. Zaplanowaliśmy trasę z północy na południe kraju, liczącą około 1000 km, konkretnie z Porto, w którym mieliśmy wylądować, do Faro, z którego mieliśmy wrócić do Anglii 14 dni później. Poniżej relacja dzień po dniu z tego oto wyjazdu.

9 września
Podróż rozpoczęliśmy w Bognor Regis, naszym ówczesnym (jeszcze obecnym) miejscu zamieszkania, na południu Anglii. Najpierw pociągiem do przesiadkowego serca Londynu, czyli Victorię, a później autobusem na Lotnisko Stansted. Pierwszą część trasy rowery jechały jeszcze w całości, natomiast na rzecz przewiezienia ich na lotnisko i włożenia do samolotu, zostały przez Piotrka rozkręcone i zapakowane do kartonów, czemu z dużym zaciekawieniem przyglądali się ludzie na dworcu autobusowym. Trochę było związanego z tym stresu, ponieważ pierwszy raz lecieliśmy samolotem z rowerami, więc trochę się martwiliśmy czy aby na pewno kartony mają odpowiednie wymiary, czy przejdą bez problemu odprawę, no ale przede wszystkim w jakim stanie doleci ich zawartość.

Wszystko ładnie zapakowane i w drogę

Wszystko ładnie zapakowane i w drogę

10 września
Noc spędziliśmy na lotnisku. Po bezproblemowej odprawie, opóźnionym o dwie godziny locie, zmęczeni, ale zadowoleni znaleźliśmy się w naszej upragnionej Portugalii. Rowery na szczęście nie ucierpiały podczas lotu, Piotrek sprawnie poskręcał je “do kupy” i byliśmy gotowi do drogi. Z poczty znajdującej się na lotnisku wysłaliśmy nasze kartony do Zosi mieszkającej w Faro, znalezionej na facebooku, która zgodziła się przetrzymać je dla nas kilka dni.
Pierwsze wrażenie jakości dróg – masakra, prawie jak w Albanii. Na szczęście później było już tylko lepiej. W drodze z lotniska do Porto trochę się pogubiliśmy, ale z pomocą miejscowych w końcu udało się nam znaleźć właściwą drogę. Pierwsze większe miasto, więc oczywiście zaczęło się od kłótni, nie umieliśmy się zorganizować, więc oczywiście nie zobaczyliśmy w Porto praktycznie nic. Ale nawet to “nic” na naszej drodze nam się podobało. Kilka ciekawych mostów, piękne kolorowe stare kamienice, dzielnica Vila Nova de Gaia (oczywiście bez degustacji, bo piwnic je oferujących było tak dużo, że nie umieliśmy się zdcydować ) oraz jedna piękna panorama musiały nam wystarczyć.

Kolorowe kamienice w Porto.

Kolorowe kamienice w Porto.

Most Ponte Dom Luis I i okolice.

Most Ponte Dom Luis I i okolice.

Bez problemu udało nam się wydostać z miasta i ruszyliśmy dalej na południe, by pierwszy dzień zakończyć w Silvalde. Na nocleg wybraliśmy nadmorski parking.

Plaża tuż obok naszej miejscówki do spania.

Plaża tuż obok naszej miejscówki do spania.

To co w pierwszy dzień rzuciło nam się od razu w oczy, to dobrze rozbudowana infrastruktura rowerowa. Dobrze oznakowane i ciekawe krajobrazowo ścieżki prowadziły nas później przez pół kraju, aż do Lizbony. Południowa część okazała się znacznie gorzej zaopatrzona w tym zakresie.

11 września
Pierwsza noc w Portugalii nie należała do zbyt komfortowych, nie dość że naszym zmęczonym pedałowaniem ciałom ciężko się było przyzwyczaić do twardego podłoża, to jeszcze jakaś grupka młodzieży urządziła sobie na “naszym” parkingu głośną imprezę. Na szczęście śniadanie z widokiem na ocean szybko pozwoliło nam zapomnieć o niezbyt przyjemnej nocy. Droga to Sao Jacinto, skąd mieliśmy przeprawić się promem do Aveiro, prowadziła przez malownicze tereny, najpierw piękne lasy, a następnie laguny. Coraz bardziej nam się podobała ta Portugalia.

Laguna w pobliżu Aveiro.

Laguna w pobliżu Aveiro.

Temperatura podczas jazdy dała nam się trochę we znaki, więc w Aveiro najpierw odpoczywaliśmy, a dopiero później poszliśmy wykafelkowanymi uliczkami, zobaczyć wykafelkowane domki. W miasteczku spróbowaliśmy również jednego z lokalnych przysmaków Ovos Moles, czyli żółtka w opłatku.

Elewacje kamienic wyłożone ceramicznymi płytkami (azulejos).

Elewacje kamienic wyłożone ceramicznymi płytkami (azulejos).


Aveiro nazywane jest również małą Wenecją.

Aveiro nazywane jest również małą Wenecją.

Po wyjeździe z Aveiro, kierowaliśmy się bardziej w głąb kraju, do lasu Buccaco, co wiązało się również ze zmianą krajobrazu na bardziej górzysty. Zaczęły się pierwsze podjazdy, pierwsze marudzenie i pierwsza guma. Na szczęście mechanik naszego teamu Piotr P. szybko poradził sobie z wymianą i mogliśmy ruszyć dalej…żeby zatrzymywać się co chwilę na odpoczynek.

Mechanik teamu w akcji.

Mechanik teamu w akcji.

Słońce zaczęło już zachodzić za górami, więc Piotrek w jednej z mijanych wiosek zapytał gospodarza o rozbicie namiotu obok jego domu, ten natomiast zaprowadził nas kawałek dalej do swojego sadu, gdzie pozwolił nam przenocować. Chwilę później wrócił by przywieźć nam na taczce dwa wiadra wody. Wzięliśmy szybką kąpiel w lodowatej wodzie i położyliśmy się zadowoleni do snu. Jednak nasza radość nie trwała zbyt długo, gdyż okazało się, że śpimy pod wiaduktem kolejowym, biegnącym jakieś 50-60 metrów nad nami. Niestety czynnym, więc zaliczyliśmy kolejną niespokojną noc, wybudzani gwałtownym dudnieniem.

12 września
Niewyspani, jednak pełni nowych sił ruszyliśmy przez Luso (taki nasz polski Ciechocinek) do Mata National do Bucaco, czyli w wolnym tłumaczeniu Lasu Narodowego Bucaco, najsłynniejszego w całej Portugalii lasu, w którym 27 września 1810 roku rozegrała się bitwa. Na jego terenie znajdują się również pozostałości klasztoru, założonego przez Karmelitów w XVII wieku oraz pałac królewski z XIX wieku, obecnie spełniający funkcję luksusowego hotelu, otoczony pięknymi ogrodami w stylu…a co ja tam będę pisać o walorach tego miejsca i tak zostałam wyśmiana przez Piotrka “hahaha po to przyjechaliśmy do Portugalii, żeby zobaczyć jak wygląda las?” (to ja planowałam trasę naszej wycieczki).

Bussaco Palace Hotel.

Bussaco Palace Hotel.

Leśne skarby Bucaco.

Leśne skarby Bucaco.

Zanim jednak dotarliśmy do celu, pokonać musieliśmy 2,5 – kilometrowy podjazd, tym bardziej Piotrek był sfrustrowany, że to wszystko po to, żeby zobaczyć LAS. Miał nadzieję, że chociaż panorama z punktu widokowego na Coimbrę będzie imponująca. Niestety. Mi natomiast las się podobał, nawet bardzo, taki tajemniczy, lekko ponury, z bujną roślinnością, trochę jak w bajce. No ale to w końcu TYLKO LAS. W drodze do Coimbry Piotrek złapał kolejną gumę, na szczęście mieliśmy jeszcze jedną dętkę. Coimbra, ohh Coimbra na nasze nieszczęście okazała się jednym wielkim podjazdem, wszędzie pod górkę. Z braku sił i weny odwiedziliśmy jedynie najstarszy i najważniejszy uniwersystet Portugalii, zobaczyliśmy panoramę miasta, zregenerowaliśmy siły w parku i ruszyliśmy dalej.

Uniwersytet w Coimbrze.

Uniwersytet w Coimbrze.

Po kolejnych morderczych podjazdach w upale, w pewnym momencie nadszedł taki kryzys, że musiałam się zatrzymać i zapłakać. Na szczęście na stacji benzynowej, gdzie Piotrek poratował mnie zimną colą (która później stała się synonimem nagrody po ciężkich podjazdach) oraz jeszcze zimniejszą wodą ze szlaucha. Pomogło. Po wyjeździe z tych wszystkich terenów zabudowanych, dróg szybkiego ruchu, trafiliśmy w końcu na bardziej przyjazne tereny, spokojne dróżki wśród rozległych winnic. Dzień i nasze siły zaczęły chylić się końcowi, więc widząc przydrożny kościółek, postanowiliśmy zapytać o możliwość noclegu. Jednak kościół jak i budynki mu towarzyszące okazały się puste, więc pomyśleliśmy, że tym lepiej dla nas, bo nikt nie będzie nam przeszkadzał. Rozbiliśmy namiot, znaleźliśmy również kran z zimną wodą. Oczywiście Piotrka kąpiel przebiegła bez żadnych niespodzianek. Ja miałam mniejsze szczęście, akurat ktoś podjechał pod kościół. Szybko owinęłam się ręcznikiem, mając nadzieję, że ów człowiek nie będzie księdzem i nie zbluzga mnie za grzeszne zachowania na terenie kościoła. Fernando, przemiły starszy pan, pełniący funkcję stróża, na początku trochę był zaskoczony naszą obecnością. Na migi wytłumaczyliśmy, że zwiedzamy jego piękny kraj na rowerach i chcielibyśmy zostać na noc. Fernando zaprosił nas do siebie do domu, jednak byliśmy tak zmęczeni, że postanowiliśmy zostać gdzie jesteśmy, a on odjechał, po czym wrócił po jakimś czasie z prezentem dla nas – reklamówką pysznych jabłuszek. Niedługo po jego powtórnym przybyciu, zaczęło się zjeżdżać pod kościół coraz więcej aut (na jakieś wieczorne spotkanie w jednej z salek) i widzieliśmy jak biedny staruszek musiał się tłumaczyć wszystkim zdziwionym parafianom ze swoich nietypowych gości (pewnie dlatego wolał nam zabrać do siebie do domu).

Nocleg “na parafianina”.

Nocleg “na parafianina”.

13 września
Nocleg obok kościółka okazał się strzałem w dziesiątkę – cicho i spokojnie. W końcu wyspaliśmy się jak trzeba. Do południa udało nam się dojechać z powrotem do wybrzeża. Nie oznaczało to jednak łatwiejszej jazdy, górki i pagórki w Portugalii są praktycznie wszędzie, nawet nad morzem. W górę i w dół, w górę i w dół… i tak bez przerwy. W Vieria de Leira kupiliśmy dodatkową dętkę, wzięliśmy w końcu porządną kąpiel oraz próbowaliśmy się zanurzyć w oceanie. Niestety tylko próbowaliśmy. Mimo wysokiej temperatury woda była lodowata, zakończyło się jedynie na moczeniu stópek. Wciąż jednak mieliśmy większy problem, kolejny dzień nie udało nam się kupić butli z gazem (wszędzie były na nabijanie, a my potrzebowaliśmy nakręcanej), więc tęskniło nam się już trochę za ciepłym jedzonkiem. Ileż można jeść sardynki z puszki lub nutellę na obiad? Jak się okaże: jeszcze kilka dni damy radę.

Rowerowe selfie.

Rowerowe selfie.

Z naszego przewodnika wynikało, że przed Nazare powinien znajdować się camping. Jechaliśmy poboczem ruchliwej drogi i nagle dojrzałam go w oddali. Nie myśląc już o niczym innym tylko o odpoczynku pędziłam ile sił w nogach i nagle bach, przeleciałam przez kierownicę i leżę. Wstałam,wszystko mnie bolało, ale pierwsze co najpierw sprawdziłam czy z rowerem nic się nie stało. Na szczęście tylko mój superancki dzwoneczek z uśmieszkiem zginął, ja zarobiłam tylko kilka niezłych siniaków i otarć. Jak się okazało po krótkim dochodzeniu, winna całego tego zamieszania była szyszka. Także rowerzyści mali i duzi, uwaga na szyszki! Są bardzo niebezpieczne i atakują znienacka. Camping jak na złość okazał się dla nas za drogi, więc tego dnia jeszcze trochę musieliśmy się napedałować, by końcu ulokować się na campingu w Sao Martinho do Porto, gdzie wyprosiliśmy korzystną cenę za nocleg..

14 września
Po poprzednim długim dniu na rowerze, obudziliśmy się zmęczeni jak mopsy, ale to już chyba stało się dla nas normalne. Mimo, że zmarnowani, jak zwykle w dobrym humorze i ciekawi co przyniesie kolejny dzień. Pośmialiśmy się trochę z Piotrka, bo odcisnął mu się szlaczek z karimaty na czole, ze mnie – bo oczy miałam spuchnięte jak po walce bokserskiej i w drogę. Zaliczyliśmy parę przystanków, w przydrożnych krzakach, bo Piotrka żołądek zaczął buntować się przeciwko nieproporcjonalnej ilości podjazdów w porównaniu do długości przerwy po śniadaniu. Te krzaki to się takie z rzepami okazały, więc się powczepiały tu i ówdzie, a i publika dopisała, bo to bardzo uczęszczana droga była, więc się wszyscy trochę znowu pośmialiśmy…no prawie wszyscy :) Do Peniche, dojechaliśmy przez Caldas da Rainha i Obidos, w sam raz na obiad. W menu kolejny dzień to samo. Na półwyspie Peniche, odwiedziliśmy twierdzę Fortaleza de Peniche, w której niegdyś znajdowało się więzienie, obecnie natomiast pełni funkcję muzeum. Tego dnia zawitaliśmy również do Santa Cruz, którego atrakcją jest skała z dziurką w środku, zwana “ryczącą skałą”. Podobno w czasie przypływu, wydaje dźwięki, a raczej ryki. Niestety tego dnia nie była zbyt aktywna, więc musiałam przeprowadzić własną symulację.

Fortaleza de Peniche.

Fortaleza de Peniche.

Rycząca skała w Santa Cruz.

Rycząca skała w Santa Cruz. (kliknij i zobacz jak ryczy)

15 września
Noc spędziliśmy na campingu w Ericereirze, po czym z rana ruszyliśmy ostro pod górkę do Sintry. Po drodze zatrzymaliśmy się na targu z lokalnymi specjałami, gdzie zakupiliśmy pyszne kozie sery i świeżutki domowy chleb. Palce lizać! Na jednym z przydrożnych straganów chcieliśmy kupić domowej roboty winko, Piotrek wolał jednak najpierw zapytać sprzedawcę o pewien szczegół:
Piotrek: Panie, dalej będzie tak stromo pod górę?
Sprzedawca: Oj będzie, będzie…
Piotrek: A to ja jednak podziękuję za to wino.
Sprzedawca: …yyy… to znaczy z górki będzie, z górki.
(Oczywiście rozmowa przebiegała w sposób mniej płynny, w języku mieszano-migowym).

Sintra.

Sintra.



W samej Sintrze nie zabawiliśmy zbyt długo, w sumie to tylko rozejrzeliśmy się po mieście i ruszyliśmy do najbardziej wysuniętego na zachód miejsca w Europie (nie licząc wysp), czyli Przylądka Cabo da Roca. Sympatyczne, ciekawe widokowo miejsce, ale wiało przeokrutnie, nawet bluzy musieliśmy ubrać, żeby nie zmarznąć.A dalej z Cabo da Roca już tylko z górki, piękny długi zjazd do samego Cascais.

...

Po drodze zgubiłabym prawie sandały, na szczęście jakaś miła pani jadąca za mną, poinformowała mnie o fakcie ich spadania z bagażnika głośnym trąbieniem (“Na co babo tak trąbisz…??? A sandały mi spadły…dziękuję bardzo”). W Cascais wpadliśmy w małą euforię, gdyż do Lizbony zostało nam niecałe 30 km, a godzina była jeszcze młoda, więc stwierdziliśmy,że na pewno bez problemu znajdziemy jakiś tani nocleg, a konkretnie camping, który upatrzyliśmy sobie na mapie. Niestety nasza radość jak się później okazało, była przedwczesna. Najpierw okazało się, że “nasz” camping nie istnieje, później zapaliła się mała iskierka nadziei, bo był jakiś inny, jednak dostać się do niego można wyłącznie autostradą. Olaliśmy wszystkie hotele, hostele, postanowiliśmy dotrzeć do tego campingu. Naszą wspinaczkę z rowerami, rozpoczęliśmy już po ciemku, w dzielnicy Belem. Najpierw próbowaliśmy jechać, później dało się już tylko pchać. Po drodze grupka chłopaków pokazała nam na telefonie, który wjazd, który zjazd, wszystko wydawało się banalnie proste. Jednak gdy już dotarliśmy do wjazdu na autostradę wszystko nam się kompletnie pomieszało, sparaliżował nas strach na widok tych wszystkich pędzących w ciemnościach samochodów, usiedliśmy w rowie…i siedzieliśmy, czekając na cud. I ten o dziwo nastąpił, w postaci dobrych ludzi w samochodzie, którzy zaoferowali, że na awaryjnych światłach eskortują nas do campingu. To co działo się przez kolejne 5-10 minut na tej autostradzie, było najbardziej przerażającymi minutami w moim życiu i wolałabym więcej czegoś takiego nie powtarzać. Pędzimy jak szaleni za naszym przewodnikiem, w ciemnościach, bez jakiegokolwiek oświetlenia, z prawej i lewej stromy wyprzedzają nas z zawrotną szybkością dziesiątki aut, po drodze mijamy pełno wjazdów, zjazdów, trzeba uważać z każdej strony, żeby nie zostać staranowanym. Na dodatek dziury, w które wpadamy co jakiś czas. Nasza głupota. Docieramy na miejsce cali i zdrowi, składając niemalże pokłony naszym wybawicielom. Na szczęście, na campingu mają wolne miejsca (gdyby nie mieli, chyba byśmy rozbili namiot przed bramą), rozbijamy szybko namiot, siadamy i wtedy dopiero puszczają nam nerwy. Po morzu łez, zatamowanych niczym innym jak ciepłym drinkiem, zasypiamy w lepszych już humorach, w postanowieniu, że Lizbonę zwiedzimy komunikacją miejską.

16 września
Tak jak poprzedniego dnia postanowiliśmy, tak też uczyniliśmy i na bilecie całodniowym, uprawniającym nas do przejazdu metrem i autobusami zwiedzaliśmy Lizbonę. W dzielnicy Belem spróbowaliśmy słynnych babeczek z kremowym nadzieniem oraz odwiedziliśmy Pomnik Odkrywców, natomiast w najstarszej dzielnicy Lizbony, Alfamie, włóczyliśmy się wąskimi uliczkami i gapiliśmy na żółte tramwaje.

Jedna z uliczek Alfamy.

Jedna z uliczek Alfamy.

Symbole Lizbony - żółte tramwaje i…

Symbole Lizbony – żółte tramwaje i…

..,windy.

..,windy.

17 września
Lizbona nie oczarowała nas na tyle, żebyśmy zostali dłużej. To nawet nie chodzi o samą Lizbonę, tylko o to że to miasto, a my jakoś bardziej lubimy naturalne krajobrazy niż sztuczne twory, szum wiatru niż gwar miasta.
Skomplikowaną, ale nie biegnącą przez autostradę drogą, udało nam się wydostać z campingu, tym razem przez Belem w dół, a dalej do portu, skąd przedostaliśmy się promem na Półwysep Setubal, gdzie udało nam się w końcu zakupić butlę z gazem. Zwycięska mina Piotrka po wyjściu z Decathlonu – bezcenna. W miejscowości Setubal zapakowaliśmy się na kolejny prom, do Trói. Tam pomyliły tam się kierunki i zamiast, na południe pojechaliśmy na północ i dojechaliśmy do dziwnego kompleksu mieszkalnego/hotelowego dla bogaczy. Zawróciliśmy z powrotem i pedałowaliśmy tak sobie wśród upału i wydm, a później wśród wydm i upału. Później doszło jeszcze trochę drzew. Po drodze, mijając na tym gorącym pustkowi dwóch autostopowiczów cieszyłam się, że jadę rowerem. I dalej poruszając się tym naszym pustkowiem nagle znak w prawo: campismo. To sobie pomyśleliśmy jedziemy. I tak po 5 km i 50 podjazdach i zjazdach dojechaliśmy do celu. Po drodze oczywiście parę razy przeszło nam przez myśl, że ktoś sobie jaja z nas robi i na pewno na końcu drogi nie ma żadnego campingu. Cena była przystępna, a camping rozległy, ale bardzo spokojny i klimatyczny, o wspaniałej plaży (Praia da Gale) nie wspominając. Ciepłą kolację prosto z kuchenki serwował masterchef Piotr, a spokojny rytmiczny szum fal ukołysał nas do snu. Przepiękny wieczór.

Praia da Gale cała do naszej dyspozycji.

Praia da Gale cała do naszej dyspozycji.

18 września
Do Santiago do Cacem dojechaliśmy z ogromną ochotą skomsumowania pysznych owoców morza, jednak ceny w restauracji skutecznie nas zniechęciły. Chcąc uniknąć wjazdu do przemysłowego Sines, którego kominy widać już z oddali, wybieramy jakiś skrót i bardzo szybko się gubimy. Piotrek zaczepił jakiegoś chłopa, żeby spytać o drogę, a ten okazał się Panem Władysławem z Ukrainy (dziadkowie byli Polakami). Pan Władzio , który opiekuje się od 12 lat końmi na farmie swoje portugalskiego pana (sam o nim tak mówił i wydawał się niestety być niewolnikiem swojego “pana”), wyciągnął z szopy swój stary rower i podjechał z nami kawałek, żeby pokazać właściwą drogę. Trochę pogawędziliśmy po drodze, co jak widać było sprawiło Panu Władysławowi ogromną przyjemność, aż ciężko mu się z nami było rozstać. Po ciepłym pożegnaniu ruszyliśmy dalej. Nie obyło się niestety bez przejechania kawałka drogi przez autostradę, a później zgubienia na obrzeżach Sines, ale finalnie dojechaliśmy do Porto Covo, gdzie znaleźliśmy fajną restauracyjkę, w której zamówiliśmy ryż z owocami morza, tzw. Arroz de Marisco. Oczekując na obiad, dostaliśmy do stołu zestaw “narzędzi”, kołki, kleszcze i takie tam inne. Trochę byliśmy rozbawieni, a jednocześnie zmartwieni, jak zdołamy się tym wszystkim obsłużyć. Jakoś się udało, a jedzenie trzeba przyznać było pyszne. Niestety restauracja zostawia u nas niemiłe ostatnie wrażenie, gdyż kelnerka doliczała nam do rachunku rzeczy, których nie zamawialiśmy i na dodatek nie widziała w tym nic nadzwyczajnego, nawet nie raczyła przeprosić.

Morskie przysmaki.

Morskie przysmaki.

Tego dnia mamy już na liczniku “setkę”, gdy dojeżdżamy do Almograve, gdzie mamy nocować na campingu. Niestety okazuje się, że nie istnieje i musimy jechać kolejne 20 kilometrów do Zambujera do Mar. Dojeżdżamy na styk, zanim zapada zmrok.. Właścicielka jest niemiła, a ceny wygórowane, ale mimo to zostajemy.

19 września
Wstaliśmy z samego rana i pojechaliśmy zjeść śniadanie na plaży (co poniektórzy jeszcze w piżamkach). Był piękny poranek, plaża jeszcze pusta…no prawie, oprócz jednej pani, która poszła się kąpać nago, a prąd morski ukradł jej ubrania :) Po pysznych bułeczkach z miodem, zostałam poproszona o rękę i nawet się zgodziłam. Dzień zaczęliśmy, więc w wyśmienitych humorach.

Zambujera do Mar.

Zambujera do Mar.

Tego dnia mieliśmy w planach Sagres i Przylądek Świętego Wincentego, jednak w Bispo zmieniliśmy plany i odbiliśmy na wschód, w kierunku Lagos, decydując że czas rozpocząć urlop na urlopie,czyli po prostu trochę odpocząć i poleniuchować. Piotrek tego dnia miał jakiś kryzys i mimo tego, że na początku byłam przeciwna zmianie planów (bo przecież musimy tam pojechać i to zobaczyć, bo taki był plan), w końcu uświadomiłam sobie, że nic nie musimy, jak nie dojedziemy do kolejnego “gdzieś tam najbardziej wysuniętego punktu Europy”, to przecież nic się nie stanie.
W Lagos, według naszego przewodnika miały być dwa campingi, a że był tylko jeden to tym lepiej, bo przynajmniej nie marnowaliśmy czasu na zastanawianie się który wybrać (gdyby były dwa, to zapewne wybralibyśmy ten drugi). Taki nietypowy dość ten ‘nasz’ camping, na osiedlu pomiędzy blokami i hotelami, ogrodzony wysokimi betonowymi murami, przyozdobionymi paskudnym “graffiti”; spalona słońcem twarda ziemia bez źdźbła trawki i kilkach wysuszonych drzew. Stan sanitariatów przemilczę. Jednak chyba i tak najbardziej podobała mi się oldschoolowa tara do prania. Kilka razy już widziałam takie na campingach, ale takiej wielkiej, betonowej jeszcze nie. W każdym razie wcale nam to nie przeszkadzało, bo nie zamierzaliśmy siedzieć na campingu. Rozbiliśmy namiot i poszliśmy na plażę świętować.

Lagos. Skaliste plaże pięknie kontrastują z błękitem morza.

Lagos. Skaliste plaże pięknie kontrastują z błękitem morza.

Jedna z “kurczących się” plaż.

Jedna z “kurczących się” plaż.

20 września
Dzień upływa nam miło na plażowaniu oraz degustacji lokalnych specjałów. Jakich to dokładnie nie wiemy, bo nie wybieramy z karty, tylko zdajemy się miłą starszą panią, która nas obsługuje. Ona mówi po swojemu, my po swojemu. W wyniku czego zostaje nam zaserwowane jakieś mięsko i jakaś rybka. Nieważne co, ważne że dobre.

21 września
Przemieszczamy się dalej na wschód, do Armacao de Pera, które obraliśmy jako kolejne miejsce odpoczynku, bardziej ciche i spokojne niż Lagos. Niby tylko 40 km, ale droga nam się strasznie dłuży, bo wieje silny wiatr, nie dość że prosto w twarz, to jeszcze na dodatek gorący. Na miejsce dotarliśmy w miarę wcześnie, więc zostawiliśmy tylko wszystkie rzeczy na campingu i ruszyliśmy na plażę, by beztrosko odpoczywać i pluskać się w wodzie, która na szczęście w tych rejonach już nie jest tak lodowata, jak na zachodnim wybrzeżu. Na dopełnienie dnia, regionalne winko wieczorową porą na plaży. Piotrkowi tak zasmakowało, że w przypływie ekscytacji całą naszą wycieczką i Portugalią z jej wspaniałymi winami, postanowił wykupić na nie abonament, z wysyłką do Anglii. I oto tak teraz co miesiąc dostajemy pięć win, którymi raczymy nasze podniebienia, wspominając piękną Portugalię. Oczywiście nie. Rano czar prysł, a kolejny Piotrka pomysł został tylko śmieszną anegdotką.

Degustacja lokalnych win. Porches faworytem

Degustacja lokalnych win. Porches faworytem

22 września
Tego dnia postanowiliśmy odwiedzić Albufeirę. Nawet w planach mieliśmy zostanie na którejś z plaż, które zachwalał nasz przewodnik. Okazało się jednak, że te nasze, w Armacaco de Pera, są duże ładniejsze i bardziej przestronne, więc wyszła mała wycieczka rowerowa tam i z powrotem. Po południu wymyśliliśmy sobie ucztę z grillowanych ryb i owoców morza. Tym razem jednak w naszym wykonaniu (ileż można przepłacać w restauracjach). Na rzecz tego obiadu, zakupiliśmy nawet grilla (który nie był jednorazowy, ale przez nas został użyty tylko raz). Obiad wyszedł nam wyśmienity, jedynie Espada, nazywa przez nas “szpadą”, z której smakiem wiązaliśmy duże nadzieje, nam nie wyszła. Przedobrzyliśmy z długością grillowania. Natomiast po obiedzie odkryliśmy, że na campingu znajduje się basen, a że nikt z niego akurat nie korzystał, mieliśmy go na wyłączność i urządziliśmy sobie konkurs skoków do wody.

Deserek.

Deserek.

23 września
Ostatni dzień. Ruszamy do Faro, a w zasadzie najpierw na lotnisko, gdzie w specjalnej szafeczce zostawiamy sakwy i wszystkie tobołki, po czym już na lekko, udajemy się do Faro w poszukiwaniu Zosi, u której czekają na nas kartony. Mamy trochę problemów, najpierw z Piotrkiem, który łapie jakąś kontuzję kolana (dobrze, że w ostatnie dzień, szkoda że w ogóle) i ciężko mu się, pedałuje, później ze znalezieniem Zosi mieszkania, na ogromnym blokowisku, z przedziwną numeracją. Na szczęście wszystko dobrze się kończy, pakujemy rowery z powrotem do kartonów i nudzimy się do rana w oczekiwaniu na lot.

24 września
Powrót do Anglii.
Na koniec jeszcze taka krótka historia. Przy odprawie bagażowej okazało się, że obsługa lotniska jest bardzo skrupulatna i sprawdza bagaże co do kilograma. Przed nami kilkanaście osób musiało przepakowywać walizki. Mi zrobiło się już ciepło, bo w jeden z naszych kartonów przekraczał limit wagowy o kilogram, a owinięty sto tysięcy razy taśmą, ciężko byłoby otworzyć, a później zakleić w stosunkowo krótkim czasie, który pozostał do lotu, więc prawdopodobnie wybralibyśmy opcję dopłaty za nadbagaż. Kilogram ten natomiast, stanowiła sól morska, którą Piotrek nabył sobie w ramach pamiątki z wakacji. Gdy nadeszła nasza kolej, obsługa widząc gabaryty kartonów, poprosiła o zważenie, tylko jednego z nich. Na wagę poszedł, więc ten lżejszy. I tak o mały włos udało nam się uniknąć zakupu najdroższego kilograma soli w naszym życiu.

Na zakończenie krótki filmik podsumowujący naszą rowerową wycieczkę ( dla tych którym nie chce się czytać ;p ).

  • Pingback: Sprzęt na wycieczkę rowerową. - slomianykapelusz.pl()

  • rg

    hm, wyprawa świetna – fakt, ale znam takich którzy rowerami z Polski pojechali do Portugalii, obecnie są na południu Czech…

    • Piotr

      Wyprawa to chyba dla tej 2-tygodniowej wycieczki zbyt wielkie słowo 😀 ale fakt – było super :)