Piotrek w roli kata i Buzłudża w pełnej krasie.

IMGP4939

W drodze z Wielkiego Tyrnowa do Gabrowa złapała nas burza, co spowodowało lekkie opóźnienie w naszych (Piotrka) planach. Tego dnia chcieliśmy dojechać na Przełęcz Szipczeńską (1185 m n.p.m.), z której dnia kolejnego planowaliśmy zdobyć Buzłudżę (1441 m n.p.m.). Jak Piotrek się na coś uprze, to się uprze i nie ma mocnych, żeby coś pokrzyżowało jego zamysły 

Morderczy podjazd.

Do Gabrowa (329 m n.p.m.) dotarliśmy dopiero około 19-stej, więc mieliśmy 1,5 godziny, żeby wjechać na przełęcz zanim zrobi się ciemno, a do pokonania 20km i ponad 800 metrów przewyższenia. Od początku było wiadome, że to się nie uda, ale tak jak już pisałam, jak Piotrek się na coś uprze… Po drodze oczywiście mówił: jak będziesz się chciała gdzieś zatrzymać to daj znać, jednak widziałam w jego oczach, że jest to raczej niewskazane. Dzielnie pedałowałam, żeby mąż mój był zadowolony i osiągnął zamierzony dla nas cel. Jechało się ciężko, ale nie najgorzej. Dopóki było jasno. Później było dalej ciężko, ale już gorzej, bo ja zbyt wiele w ciemnościach nie widzę, droga była nieoświetlona, a skromne lampki w moim rowerze na zbyt wiele się nie przydawały. Tak sobie brnęliśmy w ciemnościach, mijani jakimś cudem przez kierowców, którzy zapewne myśleli: co ci idioci na rowerach robią po ciemku na tej drodze. To było jedno z najdłuższych 5 kilometrów w moim życiu, ale w końcu się udało. Dojechaliśmy do pierwszych zabudowań, które niestety nie były schroniskiem, gdzie poinformowano nas, że musimy podjechać jeszcze kawałek dalej. Ten kawałek musiałam już dopchać rower, bo nogi miałam jak z waty i nie mogłam ruszyć pod górę. Schroniska nie znaleźliśmy, ale w pierwszym napotkanym zajeździe, właściciele zgodzili się udostępnić nam kawałek trawnika. Piotrek nie mógł wyjść z podziwu, że nie zrobiłam awantury i prawie nie marudziłam po drodze. W zajeździe udało mu się wynegocjować dla nas prysznic. Gorąca kąpiel po ciężkiej drodze – coś pięknego. Taaak… Piotrek był pierwszy. Ja wychodząc z założenia, że woda będzie ciepła, skierowałam na siebie strumień…lodowaty strumień. Jak już się cała zamoczyłam, to stwierdziłam że mimo bólu, prawie że fizycznego, który sprawiała mi ta kąpiel, umyję się. Jednak to przelało czarę goryczy. Zmarznięta, głodna i obrażona poszłam spać.
IMGP4928

IMGP4936

IMGP4942

IMGP4947

Po porannych fochach, ruszyliśmy w kierunku Buzłudży. Szło nam dość opornie, bo nocne wojaże dnia poprzedniego, dały o sobie znać silnym zmęczeniem. Jednak było warto, widoki u góry i klimat miejsca wynagrodziły wszystkie trudy. Niestety ich nie uśmierzyły 😉
IMGP4976

IMGP4975

IMGP4964

IMGP4969

IMGP4965

Pomnik komunizmu od środka.

U podnóża Hadżi Dimityr, bo tak brzmi oficjalna nazwa Buzłudży, w 1891 r. grupa bułgarskich socjalistów zorganizowała tajne zebranie. Wydarzenie to było początkiem zorganizowanego ruchu socjalistycznego w Bułgarii, a dla jego upamiętnienia na szczycie został wzniesiony monument, który stał się w późniejszym czasie symbolem socjalizmu w Bułgarii. Obecnie pomnik ten, przypominający kształtem katowicki Spodek, jest w opłakanym stanie. Jednak mimo to przyciąga turystów z całego świata. Co ciekawe do środka można wejść nielegalnym wejściem, dziurą w jednej ze ścian. Co nie omieszkaliśmy zrobić. We wnętrzu monumentu spotkaliśmy turystów z Chin, z którymi wspólnie chcieliśmy się przedostać do sąsiadującej z głównym budynkiem wieży. Niestety nie udało się. Przejście do niej prowadziło przez najniższy poziom, w którym zalegała gruba warstwa lodu. Uznaliśmy, że jest to zbyt niebezpieczne, żeby po omacku lawirować wśród gruzu, po śliskiej tafli.IMGP4959

IMGP4956

IMGP4955

IMGP4952

Darmowy nocleg w hotelu.

Po wspaniałym zjeździe z przełęczy zatrzymaliśmy się w Szipce, żeby bułgarskimi przysmakami nieco podładować poziom energii. Po obiedzie, podczas tankowania benzyny, okazało się że coś jest nie tak z naszym Primusem. Diagnoza: zepsuła się pompka. Fakt ten skutecznie wprawił Piotrka w zły humor i dalszą drogę tego dnia jechał zastanawiając się czy będzie się dało jakoś pomóc naszej kuchence. W miasteczku Kałofer chcieliśmy znaleźć nocleg, ale jakoś nam nie szło, więc wyjechaliśmy czym prędzej z powrotem na główną drogę, z nadzieją że szybko coś znajdziemy, ponieważ zaczynało robić się ciemno. Długo nie musieliśmy szukać, w przydrożnym hotelu udało nam się załatwić nocleg dla rowerków, a sami usytuowaliśmy się z namiotem na skarpie po przeciwnej stronie drogi. W restauracji hotelowej oczywiście było wifi, z którego przy zimnym piwku postanowiliśmy skorzystać. Po jakimś czasie podeszła do nas kelnerka i poinformowała, że grupa gości odwołała rezerwację i szef zaprasza nas, żebyśmy spali w jednym z pokoi. Za darmo. Człowiek to ma czasem jednak szczęście  IMGP4987