Pietia hapaj bombony.

IMGP5718

Góry Strandża miały być ostatnim miejscem, które chcieliśmy odwiedzić w Bułgarii. Łańcuch górski Strandży znajduje się w południowym-wschodzie kraju oraz w europejskiej części Turcji. Strandża należy do gór niskich, a wysokość najwyższego szczytu Yıldız Dağları (na terenie Turcji) wynosi jedynie 1031 m n.p.m.

No tak, ale żeby do tej Strandży się dostać, mieliśmy jeszcze kawałek drogi do przejechania. Znowu znaleźliśmy się w Płowdiwie, ale tak jak wcześniej tylko na chwilę. Słyszeliśmy, że Stare Miasto jest bardzo ładne i nawet były plan, żeby zostawić gdzieś rowery i trochę pozwiedzać, ale finalnie został porzucony. Po opuszczeniu Płowdiwu, strasznie się rozpadało, na dodatek jechaliśmy drogą szybkiego ruchu, więc niezbyt ciekawie. Na noc zatrzymaliśmy się przy stacji benzynowej, pod zadaszeniem. W nocy ze snu wyrywały nas co jakiś czas, okropnym hałasem pędzące po dziurawej drodze (akurat na wysokości stacji) tiry. Dźwięk był na tyle intensywny, że czasem wydawało mi się, że któryś z nich pomylił drogę i jedzie wprost na nasz namiot. Wieczorne stwierdzenie Piotrka nie martw się w nocy nie będą jeździć , jakoś się nie sprawdziło.

Od rana lało jak z cebra. Po sprawdzeniu prognozy pogody, która jednoznacznie pokazywała opady w całej okolicy, aż do samego wieczora, postanowiliśmy zostać na naszej stacji do następnego dnia. Ruch na stacji był znikomy, obsługa miła, był internet, toaleta, daszek nad głową…po co moknąć kolejny dzień, gdy od następnego dnia ma świecić słońce. Obsługa zgodziła się bez problemu, czasem tylko podjeżdżający samochodami klienci, dziwnie patrzyli na nasz namiot. Ale to nic, nam było cieplutko, milutko i ani myśleliśmy, żeby pchać się na ten deszcz. Trochę niezręcznie poczuliśmy się około 16-stej, gdy przestało padać i zza chmur nieśmiało zaczęło wychylać się słońce. My jednak przygotowani psychicznie na cały dzień lenistwa, tłumaczyliśmy sobie ten fakt, jako chwilowe przejaśnienie. Gdy przejaśniło się całkowicie, było już przecież za późno, żeby gdziekolwiek jechać. Zanim złożymy namiot, spakujemy się, to minie trochę czasu. I co przejedziemy 20 kilometrów i znowu będziemy musieli się zatrzymać. Bez sensu.
IMGP5610

Od rana, na szczęście świeciło słońce, więc pełni energii i wypoczęci ruszyliśmy z impetem w dalszą drogę. Pod wieczór dojechaliśmy do Topołowgradu, w którym jak informowały powiewające na wietrze transparenty, miał odbywać się w tych dniach jakiś festiwal. Miasto, mimo licznych sklepików i kafejek, wydawało się jakby wymarłe. Nie wiedzieliśmy o co chodzi. Na noc zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej, przy wyjeździe z miasta.
W Elhowie, do którego dojechaliśmy z samego rana, w przeciwieństwie do Topołowgradu, ruch panował jak w ulu. O 10-tej wszystkie kawiarnie usytuowane przy miejskim deptaku były pełne, na ławeczkach żwawo konwersowała starszyzna, a przez miejscowy bazar, na którym sprzedawano głównie warzywa i zioła, ciężko było się przecisnąć.
IMGP5629
Od Elhowa droga były mocno pagórkowata, a mnie oczywiście jak na złość zaczęło znowu boleć kolano. Żar lał się z nieba, więc postanowiliśmy zrobić sobie mały odpoczynek. Przy przydrożnym kraniku, spotkaliśmy chłopaków ze straży granicznej. Chwilę pogadaliśmy i okazało się, że w okolicy zdarza się bardzo dużo nielegalnych przekroczeń granicy (głównie przez imigrantów z Syrii, Afganistanu, Iraku), stąd tak duża aktywność patroli, które mijały nas praktycznie co chwilę.

Z głównej drogi zjechaliśmy na Brushlyan, w mniejszą leśną i wokół nas zapanowała dzicz. Przez kilkanaście kilometrów jechaliśmy dziurawą drogą, osłonięci od słońca gęstym baldachimem drzew. Dojechaliśmy w końcu do małej wioski (jak się później okazało, mającej 16-stu mieszkańców), gdzie w pierwszym domu zapytaliśmy o możliwość rozbicia namiotu. Starszy pan bez zastanowienia, poinstruował nas, gdzie na podwórzu mamy zostawić rowery. Nawet się nie obejrzeliśmy a już poganiał, żebyśmy wchodzili do małej altanki na podwórzu (jego królestwa) i napełniał kubeczki rakiją.
IMGP5646
IMGP5644
Rano po pożegnaniu z Mamczilem, ruszyliśmy dalej przez lasy oraz małe, odludne wioseczki, by w końcu dotrzeć do Brushlyanu, w którym postanowiliśmy zatrzymać się na kilka dni.
IMGP5641

IMGP5654

IMGP5660
W Brushlyanie mieszkamy u babci Nany, która jak to mają w zwyczaju babcie, karmi nas smakołykami. Gotuje wyśmienicie, a my mamy kolejną okazję, by posmakować tradycyjnej bułgarskiej kuchni. Nanka w szczególności upodobała sobie Piotrka, którego raz po raz zachęca: Pietia hapaj bombony, Pietia pitie rakijkę. Nie muszę chyba mówić kto dostaje zawsze dwa razy większą porcję 
Od 1982 roku wieś Brushlyan jest rezerwatem historycznym oraz architektonicznym, przez wzgląd na tradycyjne piękne i dobrze zachowane domy. Dom babci Nanki liczy sobie 150 lat, natomiast muzeum prowadzone przez babcię Tankę, znajduje się we wnętrzach 200-letniego domu. We wsi raczej zbyt wiele się nie dzieje, czas płynie powoli, a dla nas główną atrakcją jest stado koni, które swobodnie spaceruje jej uliczkami.
IMGP5674

IMGP5683

IMGP5684

IMGP5730

IMGP5736

IMGP5768

  • Loreta Tomankiewicz

    Zaśliniłam całą klawiaturę! Sama bym hapała to co było na talerzu 😛

  • Joanna Owczarzak

    babcia Tanka pacyfistka 😉