Perełka Pamiru. Dolina Bartang.

Bartang

Po ostrym wycisku, którego dostarczyła mi pierwsza 4-tysięczna przełęcz, zaczynam mieć niemałe wątpliwości, jak to w ogóle będzie z tym Pamirem. Dopytuje Piotrka o magiczną Dolinę Bartangu, o której wcale nie tak dawno dowiedzieliśmy się z blogów Huberta oraz Ani i Szymona. Drogę stanowiącą alternatywę dla popularnej M41. Skoro wszyscy wybierają Pamir Highway, może fajnie by było, właśnie na przekór pojechać coś innego – pomyśleliśmy. Coś dzikszego, bardziej nieprzewidywalnego i co się z tym wiąże, mniej asfaltowego i bardziej wymagającego. No tak, ale jak tu teraz porywać się z motyką na słońce, skoro grządki z wielkim trudem, ledwo co przekopane. Do tego doszły nas słuchy, że dolina może być na jednym z fragmentów nieprzejezdna z powodu wysokiego stanu wód w rzece. Co jeżeli przejedziemy połowę drogi i trzeba będzie zawracać? Niby czuje się lepiej, apetyt wraca, jednak same spacery na wysokości 4000 metrów przyprawiają o przyspieszony oddech i mocniejsze bicie serca. Piotrek litościwie proponuje, że jeżeli się boję lub nie mam siły, możemy jeszcze zmienić trasę. O nie. Wolę żałować, że spróbowałam i kombinować w razie trudności, niż przez całe życie pluć sobie w gębę, że nie dałam nawet szansy tej przygodzie. Klamka zapadła, jedziemy Bartangiem.

a-10

Bartang

Bartang

Z wizytą na księżycu.

Ze spierzchniętymi od silnego wiatru ustami i jeszcze gorszymi nochalami, opuszczamy Karakul. Na rozgrzewkę 25 asfaltowych kilometrów, biegnących w kierunku najwyższej na naszej drodze przełęczy, Ak-Baital. Z tą jednak będzie nam dane zmierzyć się w drodze powrotnej. Może i dobrze, jest szansa, że przez miesiąc uda się trochę poprawić formę i wjechać na nią o własnych siłach. Odbijamy na prawo, w bezkresne pustkowie. Poruszamy się po płaskowyżu. Wokół nas księżycowy krajobraz, w oddali majestatyczne, ośnieżone szczyty. Ciężko jednak w pełni cieszyć się tym surowym pięknym, gdy głowa pęka z bólu. Rozbijamy się w miarę wcześnie, znajdując dogodne miejsce na kamping. Ciężko przewiedzieć, co czeka nas dalej. Jedynym plusem wysokości, okazuje się wzmożona senność. Możemy spokojnie położyć się o godzinie 19-ej, by bez problemu przespać kolejne 12 godzin.

Wstajemy wypoczęci. Samopoczucie również dopisuje. Męczący ból głowy zniknął za sprawą magicznej tabletki. Nawet ja, wielka przeciwniczka faszerowania się środkami przeciwbólowymi, nie widzę innej rady. Trzeba w końcu zrobić jakiś pożytek, z wiezionej przez tysiące kilometrów, prawie że nie tkniętej apteczki, zanim jej zawartość zdąży się przeterminować.

Bartang

a-12

a-11

a-16

a-15

Walka z żywiołem.

Jedziemy w dolinie rzeki, by następnie znowu powrócić na otwarty teren, gdzie zostajemy wystawieni na niszczące działanie wiatrów. Z zaciekawieniem wypatrujemy jakichkolwiek przejawów życia. Niestety nie dzieje się w tej sferze zbyt wiele. Jak widać nawet zwierzęta, nie mają ochoty mieszkać w tych trudnych, pustynnych warunkach, chociaż tablice informacyjne zapewniały, że mieszka ich tu naprawdę sporo. Zaledwie jeden świstak i stado niezidentyfikowanych osobników. Jakieś kozice czy coś.

Jak na połowę września, słońce przypieka naprawdę mocno. Znalezienie kawałka cienia, jakiegokolwiek schronienia graniczy z cudem. Lepiej jechać w tym skwarze, przyjmując wiatr nad twarz, z nadzieją, że za kolejnym pagórkiem przyjdzie wytchnienie, niż siedzieć i czekać na zbawienie. Nie jest lekko. Ale kto powiedział, że będzie? Nawet jeżeli w tym momencie nie potrafimy maksymalnie docenić wyjątkowości tego przeżycia, piękna krajobrazu, później, po fakcie, będziemy we własnym mniemaniu małymi bohaterami, a najtrudniejsze momenty będą równocześnie tymi, które będziemy wspominać najlepiej. Mówimy nigdy więcej, a jednak gdzieś tam w środku jesteśmy małymi sadomasochistami i jeżeli nadarzy się okazja, zrobimy to znowu.

Bartang

a-13

a-14

Błądząc w ciemnościach.

Znajdujemy zaznaczony na mapie „starożytny kalendarz”. Fajnie jakby ktoś mógł nam teraz objaśnić, o co w tej kupie, poprzeplatanych ze sobą białych i czarnych kamieni chodzi. Nad rzeczką tworzymy coś na kształt naszej małej oazy, w której przyjmujemy herbatę i trochę kalorii. Do miejsca, które Piotrek wybrał, jako potencjalne miejsce noclegowe zostało 14 kilometrów. Powinniśmy je zrobić bez problemu. Mijamy niezliczone ilości krów i owiec oraz prowizoryczną chatę pasterzy. Tylko oni są na tyle szaleni, by siedzieć na tym pustkowiu. W ich oczach, można dostrzec coś na kształt obłędu.

Niespodziewanie zaczynamy piąć się w górę po zboczu. Strome serpentyny wypruwają z nas resztki sił. Jak się później okaże, nawet wśród miejscowych przełęcz Kok Jar, wzbudza respekt, a ostre i niebezpieczne zakręty budzą grozę. Na szczęście, poruszających się dół Doliny Bartangu, wybraliśmy łatwiejszą opcję. Po serii serpentyn w górę, zaczyna się długi zjazd. Oboje zgodnie stwierdzamy, że podróż w przeciwnym kierunku, w tym wypadku byłaby niemałym hardcorem. Gdy słońce zaczęło zachodzić za góry, my wciąż jechaliśmy w dół. Nocleg znaleźliśmy już w całkowitych ciemnościach – kawałek płaskiego terenu, na którym istniało sporo prawdopodobieństwo, że nie zostaniemy zbombardowani przez turlające się ze zboczy kamienie.

Chwila grozy.

Po długiej nocy, moc energii rodziła przeczucie, że tego dnia uda nam się pokonać naprawdę długie dystanse. Dzień jednak, jak na złość okazywał się zbyt krótki, a droga zbyt wymagająca, by nasz poranny optymizm znalazł swoje odzwierciedlenie w rzeczywistości. Na naszej drodze pojawiło się trochę zieleni w postaci nielicznych drzew oraz intensywnej żółci traw, wyrastających z błotnistych bajorek. Po przerwie obiadowej zaczęło się pchanie. W niektórych miejscach, by zaoszczędzić sił, pchaliśmy we dwójkę jeden rower, po czym wracaliśmy po drugi i zabawę zaczynaliśmy od początku.

Na szczycie, nagle i niespodziewanie naszym oczom okazała się pierwsza na naszej drodze wioska, Gudara. Widok małej, zielonej oazy, z góry przypominającej starannie zaplanowane osiedle, z rzędem nowych domów, był irracjonalny. Prędzej spodziewałabym się kilku starych, podniszczonych chat, rozrzuconych bez ładu i składu. Zaczęłam uzupełniać obrazek o brakujące elementy, morskie fale i plaże z leżakami, gdy nagle przypomniałam sobie, że nowe domy, powstały w miejsce tych, które zostały zniszczone.7-go grudnia zeszłego roku ziemia w Dolinie Bartangu zatrzęsła się z siłą 7,5 stopni w skali Richtera. Na szczęście nikt poważnie nie ucierpiał, jednak zniszczenia dotknęły kilka wiosek, a bez dachu nad głową (w środku zimy) zostało kilkuset Pamirców, których zbudowane z kamieni i gliny domy, złożyły się jak domki z kart.

Gdy zjechaliśmy do wioski, wszystko nie wyglądało już tak kolorowo. Resztki zniszczonych domów oraz namioty służące jako tymczasowe schronienie dla tych, którzy jeszcze nie zdołali sobie poradzić ze skutkami trzęsienia. Zanim się obejrzałam Piotrek już wpraszał się na herbatę do pierwszego domu z lewej, którego gospodarz wraz synem zajęci byli jego odbudową. Ugoszczeni zostaliśmy w sąsiadującym namiocie przez ojca gospodarza. Staruszek poopowiadał nam nieco o trzęsieniu ziemi, jak również o życiu mieszkańców doliny. Na stole, czyli plastikowym obrusie rozłożonym na dywanie, pojawiły się herbata, świeży chleb oraz słodycze. Na odchodne, nie wiedząc jak się zachować w zaistniałej sytuacji, zapytaliśmy gospodarzy ile powinniśmy zapłacić, jednak Ci kategorycznie odmówili przyjęcia pieniędzy.

Bartang

Bartang

Bartang

Bartang

Naciągaczom i pracownikom parków narodowych mówimy stanowcze „nie!”.

Przy jednym z domów zatrzymał nas jegomość, który poinformował nas, że znajdujemy się na terenie parku narodowego, że możemy bez problemu zatrzymać się na noc we wsi, po czym z przyniesionego przez syna nesesera, zaczął wyciągać jakieś ulotki z mapą i pieczęciami. Oznajmił, że jeżeli jedziemy od Karakul, to powinien nas skasować za 3 dni pobytu na terenie parku, on jednak zrobi nam przysługę i wystarczy, że zapłacimy mu za jeden. My jednak biorąc go za naciągacza, powiedzieliśmy, że nic od nas nie dostanie i pojechaliśmy. Gdzieś tam w głowie świtały jakieś przeczytane urywki informacji o bezpodstawnie pobieranych opłatach. Ostrzeżenie, żeby nie dać się oskubać. Na wyjeździe z wioski spotkaliśmy kolejnego typa, który pokazując nam te same papiery oraz dodatkowo legitymację, żądał od nas uiszczenia opłaty. My jednak dalej szliśmy w zaparte i pojechaliśmy dalej, zostawiając na drodze przeklinającego za nami faceta. Po chwili zaczęły pojawiać się wątpliwości. Co jeśli pomyliliśmy fakty i powinniśmy byli zapłacić? Piotrek chcąc uciszyć moje wyrzuty sumienia obiecał, że jeżeli w kolejnej wiosce będą chcieli od nas jakiś chajs, to im damy. Dla świętego spokoju. Jadąca za nami przez pewien czas ciężarówka, wzbudziła we mnie podejrzenie, że oto jadą za nami, żeby uregulować interesy. Przy wjeździe to kolejnej wioski, samochód nas wyprzedził i nikt więcej nie pytał tego dnia o pieniądze, zamykając całą sprawę.

Wielka odbudowa.

Widząc rozpoczynający się za wioska podjazd, postanowiliśmy tego dnia nie kontynuować dalszej jazdy. Obok ostatnich zabudowań zapytaliśmy o możliwość rozbicia namiotu, a Sasha nie miał z tym żadnego problemu. Jedząc kolację, oglądaliśmy z podziwem jak cztery energiczne kobiety, zajmują się budową domu.

Noc była na tyle ciepła, że rano w końcu nie musieliśmy tracić czasu na suszenie namiotu. Po małym pchaniu na rozgrzewkę i zjeździe, który rozgrzał również nasze hamulce, dojechaliśmy do wioski Rukhch, gdzie zostaliśmy zaproszeni przez Sarata na herbatę. Okazało się, że dwa dni wcześniej nocowała u niego para Polaków. Oprócz herbaty na stole pojawił się chleb oraz sałatka z pomidorów i cebuli, którą wciągnęliśmy z takim smakiem, że aż nam się uszy trzęsły. Trochę się stęskniliśmy za świeżymi warzywami. Sarat, czy inaczej Sasha, jak o sobie mówił, od 18 lat jeździł na roboty do Moskwy. W tym roku nie pojechał. Musiał zostać, by odbudować swój dom. Piotrek w ramach podziękowania za zaproszenie, kupił od żony Sarata, ręcznie dziergane, tradycyjne, grube pamirskie skarpety.

W Rukhch działo się najwięcej. Co krok budowano nowy dom. Wszystkie identyczne. Ludzie przyglądali nam się z zainteresowaniem, uśmiechali lub zapraszali na herbatę. Po wyjeździe z wioski, oczarowani otaczającym krajobrazem poczuliśmy nagłą potrzebę postoju. Piotrek bawił się w rzece, budując tamę, ja urządziłam sobie małą kąpiel i łapałam przyjemne promienie słońca.
Bartang

Bartang

Bartang family

Bartang

Wielkie nadzieje i mała przeprawa.

We wsi Savnob postanowiliśmy odwiedzić sklep. Niestety niepotrzebnie narobiliśmy sobie zbyt wielkich nadziei. Marzyliśmy o zimnej coli i lodach, na miejscu zastaliśmy makaron, ciastka, cukierki i herbatę. Okazało się, że tak mniej więcej wygląda zaopatrzenie każdego sklepu w Dolinie Bartangu. Zresztą w całym Pamirze, z wyjątkiem kilku miejsc, można znaleźć niewiele więcej.

Zgodnie z zapowiedzią Sarata, po wyjeździe z wioski, czekał nas podjazd. Palące słońce raczej nie pomagało w jego pokonywaniu. Po dotarciu na szczyt zobaczyliśmy w dole wioskę Nisur i pnąca się nad nią drogę, prowadzącą do Jeziora Sarez, którego zwiedzanie możliwe jest wyłącznie za okazaniem specjalnego pozwolenia, o które można ubiegać się w Duszanbe. Mimo braku przepustki gdzieś tam w głowie plątała się myśl, że można by spróbować na tzw. „krzywy ryj”, jednak widząc stan rzeczy – morderczy podjazd, w momencie porzuciliśmy ten ryzykowny pomysł.

Dojechaliśmy do rzeki. Mimo tego, że na przeciwnym brzegu widzieliśmy kontynuację naszej drogi, nie było mowy o jej przekroczeniu. Musieliśmy skorzystać z objazdu, nadrabiając kilka kilometrów do najbliższego mostu, by na końcu okazało się, że fragment drogi i tak jest zalany. Po rozpakowaniu rowerów, przeniesieniu wszystkiego przez rzekę i ponownym załadunku, mieliśmy dość. Zmęczeni, z utęsknieniem wypatrywaliśmy dogodnego miejsca pod namiot. Na horyzoncie pojawiła się wioska, a wraz z nią zielone polanki.

Bartang

Bartang

Doktor Alisz.

Już upatrzyliśmy miejsce, już w myślach gotowaliśmy pyszny makaron i układaliśmy w śpiworkach, gdy nagle na naszej drodze pojawiło się dwóch chłopaków, z których jeden zagadnął nas płynną angielszczyzną. Od słowa do słowa, zaprosił nas na nocleg do swojego ogrodu. Nie do końca mając ochotę na wieczorek towarzyski, nie wiedząc jak odmówić, podążyliśmy przez całą wioskę do domu Alisza. I bardzo dobrze, gdyż w innym przypadku stracilibyśmy okazję spędzenia wieczoru w towarzystwie wspaniałej pamirskiej rodziny. Alisz oraz jego przyjaciele, którzy bardzo szybko dowiedzieli się o naszych odwiedzinach, dbali o to byśmy czuli się dobrze, a w naszych czarkach nie zabrakło herbaty. Alisz opowiedział nam o swoich planach na przyszłość. 16-letni chłopak w dresie, przypominający wyglądem naszych blokersów, marzy o tym, by studiować medycynę i zostać lekarzem. Nie planuje wielkiej, zagranicznej kariery, myśli praktycznie. Miejscowy lekarz nie ma zbyt dobrej opinii, Alisz chciałby, więc zająć jego pozycję i leczyć mieszkańców doliny. Po pewnym czasie dołączył do nas ojciec Alisza, z którym przeszliśmy na rosyjski i przegadaliśmy resztę wieczoru. Mirnazar był dumny z bycia Pamircem i grubą linią oddzielał swoich braci od Tadżyków, oczywiście uznając mieszkańców Pamiru za tych lepszych, bardziej gościnnych, pracowitych i mądrzejszych. Po kolacji obejrzeliśmy tradycyjny pamirski dom, a Alisz dał nam mały popis swoich tanecznych umiejętności, przy dźwiękach lokalnej muzyki.

Obudził mnie śpiew ptaków. Jeden szczebiotał po jednej stronie namiotu, drugi odpowiadał mu z przeciwnej strony. Nie wiem tylko czy było tak naprawdę, czy wciąż śniłam. Podczas śniadania, wyszła na wierzch tęsknota Mirnazara za Związkiem Radzieckim. Według niego w tamtych czasach żyło się dużo lepiej. Każdy miał pracę, co włożyć do gara, każdemu również przysługiwała bezpłatna opieka medyczna. Teraz wszystko przesiąknięte jest korupcją, władze mają gdzieś obywateli, pragnąc napełnić jedynie własne kieszenie. On sam jest po operacji nerki, potrzebna jest kolejna, jednak jego zwyczajnie na to nie stać. Mimo wątpliwego stanu zdrowia, w przydomowym ogródku hoduje tabakę, której sprzedaż przynosi mu niewielki, jednak jakikolwiek zysk.

Bartang

Uczta.

Droga łagodnie meandrowała wraz z rzeką. Skończyły się podjazdy, więc kolejne kilometry pokonywaliśmy bez większych trudności. Zadowoleni z osiągniętego tego ranka wyniku, rozłożyliśmy się na trawie w cieniu, by oddać się rozkoszy usmażenia upolowanych w sklepie jajec. Po przerwie zrobiło się jakby bardziej zielono. Zdarzało się, że jechaliśmy w tunelu utworzonym przez biegnące po obu stronach krzaki, widząc jedynie gromadzące się nad nami coraz ciemniejsze chmury. Zapytany o pogodę miejscowy, uspokoił nas, zapewniając, że nie będzie padać. I tak faktycznie było, do wieczora niebo zrobiło się czyste. Na naszej drodze pojawiły się piaszczyste odcinki, a następnie wjechaliśmy w malowniczy kanion. W ostatnich promieniach słońca, podziwialiśmy różnokolorowe ściany i ich fantazyjne kształty.

Od rana wokół naszego namiotu panował ruch. Poprzedniego wieczoru, nie mając zbyt wielkiego wyboru, przeszliśmy przez mostek na drugą stronę rzeki, gdzie wypatrzyliśmy kawałek w miarę płaskiego trawnika. Okazało się, że rozbiliśmy się w strategicznym punkcie wioski.

Po drodze widząc kobiety rozpalające piec, zapytaliśmy o możliwość zakupu chleba. Nie obyło się bez tradycyjnego zaproszenia na herbatę. Kolejny raz zostaliśmy bardzo ciepło i serdecznie przyjęci przez pamirską rodzinę. Zapytani o tradycyjną potrawę, zgodnie i ze śmiechem odpowiedzi „szir czaj”. Szir czaj to nic innego jak słona herbata z mlekiem i masłem, do której wrzuca się połamany w kawałki chleb. Lepiej nie porównywać tego napoju do pijanej przez nas herbaty, tylko potraktować jak oryginalną zupę. W innym wypadku, raczej nie przejdzie przez gardło. Chociaż i to danie znalazło swojego wielbiciela, Piotrek mlaskał z zadowolenia. Pożegnaliśmy się z naszymi dobrodziejami, dostając na drogę świeżutki chleb oraz siatkę owoców i warzyw. My jednak mieliśmy ochotę na deser, chodziły za nami jakieś pyszne ciasteczka. Niestety w sklepie tym razem nie było nawet ciasteczek. Musiały nas zadowolić twarde cukierki, imitujące snikersy.

Bartang

Bartang

Bartang

Bartang

Bartang

Bartang

Bartang

Kompani podróży.

Mając dość pedałowania tego dnia, postanowiliśmy rozejrzeć się za dogodnym miejscem na nocleg. Gdy w zasięgu naszego wzroku, po drugiej stronie rzeki pojawiła się maleńka wioska z cudownie zieloną trawą, oboje wiedzieliśmy, że to idealna miejscówka. Piotrek chciał kogoś zapytać o pozwolenie, szukał, wołał, jednak oprócz pasących się beztrosko krów, w wiosce nie było żywej duszy. Wkrótce po drugiej stronie rzeki zobaczyliśmy, nadjeżdżających rowerzystów, z powiewającą u boku biało-czerwoną flagą. Tego wieczoru, jak również przez kolejny miesiąc, nie byliśmy sami. Kasia i Marcin okazali się wspaniałymi ludźmi i jednocześnie idealnymi kompanami podróży. Wspólnie przemierzaliśmy bezdroża Tadżykistanu, uciekaliśmy przed zimą z Kirgistanu i zajadaliśmy pierwsze pierożki w Chinach.

Nadszedł ostatni odcinek naszej podróży przez Bartang. Pojawiły się pierwsze asfaltowe odcinki, a wioski wyrastały na naszej drodze jedna za drugą. Ktoś się do nas uśmiechnął, ktoś zerwał dla nas jabłko z pobliskiego drzewa, aż w pewnym momencie dojechaliśmy do głównej drogi. Nie było w tym jakiejś radości, poczucia ulgi. Raczej smutek, że skończyło się coś pięknego. Dolina Bartangu okazała się miejscem magicznym, a jej mieszkańcy ludźmi o wielkich sercach. W Bartangu każdego dnia droga była naszą własnością, a rozgwieżdżone niebo było na wyciągnięcie ręki.

MSR Hubba Hubba HP

  • Pingback: Takie rzeczy tylko w Wachanie. - Słomiany Kapelusz()

  • Pingback: Wysoko, wyżej, Ak-Baital. - Słomiany Kapelusz()

  • HubertS

    Tak jak sobie obiecałem, nadrabiam zaległe teksty znajomych. Ciekawie poczytać o tych samych miejscach, widzę że mieliście podobne dylematy – jechać, nie jechać, a co jak będzie nieprzejezdnie? Fajnie, że Wam się też udało, i nie trzeba sobie pluć w tę brodę :) (a u Piotrka już pewnie znów jest w co pluć!). Kiedyś spotkamy się jeszcze z Belkami i obgadamy wszystkie zakręty. Za to jak o papiery z parku chodzi, to chyba jest prawda – jak znalazłem pana, któremu dostarczałem zdjęcia, poprosił mnie o dane do wpisania w księdze parku za te same „zaległe” trzy dni, nie mówiąc nic o pieniądzach, tylko wspominając, że teoretycznie ta opłata powinna być pobierana. Chyba dopiero to wszystko jest tam w powijakach, i rowerzystom raczej odpuszczają. Ciekawe – czy już był w Gudarze homestay, który latem był podobno na wykończeniu?

    A musieliście też wjechać do Roshorv i nadrobić tą bezsensowną wspinaczkę, czy droga była przejezdna na brodzie przy ujściu tej małej rzeczki poniżej? (tam, gdzie na fotce Piotrek niesie rower) Pozdro! Hubert

  • Kim sunny

    Good