Oddech zimy, smaki młodości i białe myszki.

Armenia-vanadzor

Po krótkim odpoczynku w Erywaniu, który i tak został przedłużony o jeden dzień, obieramy kierunek na południe. Do przejechania mamy ponownie nudny, płaski odcinek Równiny Ararackiej. Ostatnie wytchnienie przed kilkudniowym przejazdem przez góry. Po drodze odwiedzamy klasztor Chor Wirap, z którego roztacza się przepiękny widok na Ararat (jeden z najczęściej spotykanych motywów na pocztówkach z Armenii – Chor Wirap z Araratem w tle). My jednak tego szczęścia nie mamy, niebo zachmurzone, musimy zadowolić się zwiedzaniem lochów i podziwianiem panny młodej.

Chor Wirap („Głęboki Loch”) jest popularnym miejscem pielgrzymkowym i turystycznym. Nazwa pochodzi od 6-metrowego lochu, w którym przez 13 lat więziono i torturowano św. Grzegorza Oświeciciela, który naraził się królowi Trdatowi nawracaniem Ormian, będących w tym czasie narodem pogańskim, na chrześcijaństwo. Grzegorz nie zginął w lochach, dzięki cudownemu uzdrowieniu. Siłą wiary uleczył targanego szaleństwem króla, czym przyczynił się do jego nawrócenia. Armenia jako pierwsze państwo przyjęło chrześcijaństwo jako religię państwową, a sam Grzegorz stał się pierwszym katolikosem Apostolskiego Kościoła Ormiańskiego.

IMGP2444

IMGP2445

Zejście do lochu.

Zejście do lochu.

IMGP2460

Kolejny dzień rozpoczęliśmy 20-kilometrowym podjazdem, wspinając się 1000 metrów w górę. Niby później było z górki, ale nogi nie do końca miały ochotę na dalszą współpracę. Przejeżdżaliśmy ponownie przez Areni, słynące z produkcji wina, więc żal było nie kupić tego smacznego trunku na jednym z przydrożnych straganów. Tym razem postanowiliśmy spróbować dwóch rodzajów: z owoców grantu oraz jeżyn (o ile dobrze udało nam się zrozumieć). Wina smakiem przypominały typowe słodkie jabole, które ukradkiem pijało się na pierwszych w życiu imprezach. Piotrkowi bardzo smakowały te wspomnienia, mi kojarzyły się trochę gorzej.

Tęczowo nr 1.

Tęczowo nr 1.

IMGP2515

Chyba  nie damy rady załadować na bagażnik ;)

Chyba nie damy rady załadować na bagażnik ;)

Kilka kilometrów dalej znaleźliśmy rozjazd prowadzący do klasztoru Noravank, będącego naszym kolejnym celem. W miejscu tym można również za opłatą obejrzeć grotę, w której odkryto pozostałości najstarszej winiarni świata (pojemniki na wino oraz prasy do wyciskania winogron) oraz UWAGA – najstarszy skórzany but! Wiek owych znalezisk archeologowie oceniają na 5,5-6 tysięcy lat. Za radą stróża/przewodnika obiektu, postanawiamy zostawić rowery i udać się do klasztoru autostopem. Pięć minut później jechaliśmy z sympatycznymi Ormianami krętą, malowniczą drogą wijącą się dnem kanionu. Sam klasztor również znajduje się w przepięknej scenerii skał w odcieniach czerwieni i różu. Panowie z którymi przyjechaliśmy są na tyle hojni, że gdy tylko dojeżdżamy na miejsce proponują, że mogą nas również zabrać z powrotem. Umawiamy się na daną godzinę i ruszamy na zwiedzanie kompleksu klasztornego.

Armenia-vanadzor
Klasztor Noravank.

Klasztor Noravank.

IMGP2572

IMGP2575


W Jeghegnadzor, na rozstaju dróg znajdujemy kamping, który wygląda całkiem sympatycznie, jednak nikogo nie zastajemy i postanawiamy jechać dalej. Od tego momentu droga niestety zaczyna piąć się w górę, więc nie ujeżdżamy nawet kilometra i pytamy w jednym z gospodarstw o możliwość rozbicia namiotu. Właściciel odsyła nas na pobliski kamping. Na szczęście, gdy wspominamy o tym, że jest zamknięty, wykręca numer do właściciela owego miejsca, a ten bez problem pozwala nam się rozgościć na jego terenie. Do dyspozycji woda, prąd, internet i przestronna altana, która jest jak zbawienie podczas ulewnej nocy.

Rano zauważamy, że przez noc pobliskie szczyty pokryła warstwa śniegu. Na plecach czujemy oddech goniącej nas zimy. W Vayk robimy małe zakupy, a sprzedawca sklepie elektronicznym, w którym kupujemy bateryjkę do licznika, tak bardzo chce się nam w jakikolwiek sposób przysłużyć, że finalnie nie musimy za nią płacić. W drodze na Przełęcz Worotan (2344 m n.p.m.) znajdujemy na poboczu dobrej klasy telefon. 50 nieodebranych połączeń, 8% baterii. Oddzwaniamy. Próbujemy dogadać się w jakikolwiek sposób z Iranką po drugiej stronie. Nie do końca rozumie, że jesteśmy około 300 kilometrów od Erywania i nie bardzo nam po drodze ani na rękę brać taksówkę (podobno na jej koszt, by dostarczyć zgubę. Na dodatek czas ucieka, bo bateria jest na wyczerpaniu. Zaczynam mieć poczucie, że ta historia szybko się nie skończy. Na szczęście jestem w błędzie. Odbieramy telefon. Tym razem męski głos, rozmowa przechodzi na rosyjski, a Piotrek próbuje wytłumaczyć naszą lokalizację. Nie mijają dwie minuty, a nasz rozmówca zatrzymuje przy nas samochód. Tłumaczymy, że znaleźliśmy telefon przy drodze, a ten wściekły dzwoni do jego właścicielki, która oskarżyła go o kradzież. Nie chcemy wnikać w szczegóły, informujemy szczęśliwą Irankę o przekazaniu jej telefonu w bezpieczne ręce i kontynuujemy wspinaczkę. Jest chłodno, ale świeci słońce, więc w krótkim rękawku jedzie się całkiem przyjemnie, jednak po dotarciu na przełęcz temperatura spada dwukrotnie, a zimne podmuchy wiatru zachęcają jedynie do ubrania kilku kolejnych warstw ubrań i zjazdu w dół. Niestety ten był wyjątkowo krótki. Mijamy malownicze Jezioro Spandarian i znajdujemy miejsce na biwak, za jakimś na wpół opuszczonym budynkiem.

Piotrka fantazyjne zdjęcie przez pomarańczowe szkiełko okularów.

Piotrka fantazyjne zdjęcie przez pomarańczowe szkiełko okularów.

Przełęcz Worotan (2344 m n.p.m.)

Przełęcz Worotan (2344 m n.p.m.)


Jezioro Spandarian

Jezioro Spandarian

Noc była zimna. Rano z lekką obawą uchylam drzwiczki namiotu. Biało. Na szczęście to jeszcze nie śnieg, a gęsta mgła. Po drodze co chwilę mijamy pasterzy, zmierzających ku dolinom z wielkimi stadami owiec i kóz. Dojeżdżamy do Zorac Karer (czy też Karahundż), nazywanego armeńskim Stonehenge, z tą różnicą na plus, że nie ma tłumów i zwiedzanie jest darmowe.

Na Zorac Karer składa się grupa ponad dwustu częściowo obrobionych, bazaltowych bloków skalnych. Największe sięgają prawie 3 metrów, a ich waga może dochodzić do 10 ton. Część kamieni posiada w okolicach górnej krawędzi otwory o średnicy 4-5 centymetrów.

Miejsce nie tylko znane jest pod różnymi nazwami, ale także w świecie nauki krążą odmienne teorie co do jego przeznaczenia oraz daty powstania. Według jednej z nich Karahundż jest najstarszym na świecie obserwatorium astronomicznym (przez wzgląd na zagadkowe otwory), datowanym na VI w p.n.e., według innej pełnił funkcję świątyni zbudowanej na cześć pogańskiego boga Słońca, czczonego przez Ormian w Starożytności. Niemieccy archeolodzy po przeprowadzeniu szczegółowych badań wytoczyli natomiast hipotezę, jakoby zespół kamiennych bloków stanowił nekropolię z epoki średniego brązu i żelaza.

IMGP2717

IMGP2739

Jednemu z pasterzy zamarzyła się kariera modela.

Jednemu z pasterzy zamarzyła się kariera modela.

IMGP2742

O co w tym chodzi?

O co w tym chodzi?

IMGP2786

Po małym pikniku w towarzystwie megalitycznych kamieni ruszyliśmy w dalszą drogę. Falista rzeźba terenu oraz wiatr w twarz dał mi się ostro we znaki. Zamiast śpiewu ptaków słyszałam już tylko chrzęst butelki ocierającej się o błotnik, a ubrane tego dnia po półrocznej przerwie buty trekkingowe, ciążyły jak kule u nóg. Mimo słonecznej pogody nad moją głową krążyła chmura burzowa, która finalnie znalazła ujście w deszczu łez. Piotrek na szczęście wyczuł tym razem, że bardziej od głupich docinek potrzebna mi odrobina pomocy i czułe słówko podnoszące na duchu.
Po dojechaniu do Goris rozpoczęliśmy poszukiwania noclegu. Każde z odwiedzonych miejsc nie pasowało do stanu naszych kieszeni. Najtańszą opcją było łóżko w dormie za 5000 dram/os. Prawie w tej samej cenie mieliśmy w stolicy dwójkę! Mimo ogromnych chęci położenia się do ciepłego łóżka, byliśmy coraz bliżej podjęcia decyzji o rozbiciu namiotu gdzieś za miastem. Z pomocą przyszedł nam na szczęście taksówkarz, który wskazał drogę na prywatną kwaterę, gdzie przywitano nas gorącą herbatą i kolacją. W pokoju nie było niestety ogrzewania, na szczęście ciężkie kołdry wypchane pierzem pełniły swoją rolę znakomicie.

W środku nocy przebudził mnie Piotrek. Zerwał się ze snu i gapił z niepokojem na moją poduszkę. Po chwili zaczął ją trącać, czekając aż coś się wydarzy, a finalnie wyskoczył z łóżka trzymając ją w ręce i zaczął przestraszony zrywać poszewkę. Na moje pytanie „co się dzieje” odpowiedział dopiero za entym razem. Tak jakby czekał, na moment gdy nabierze pewności co do swoich przypuszczeń. „W poduszce jest mysz” – powiedział w końcu. „Dlaczego miałby kłamać, wymyślać coś takiego lub robić sobie ze mnie żarty w środku nocy” – pomyślałam. Jednak po kilku minutach konsternacji, w ciągu których Piotrek nadal walczył z poduszką, mój umysł zaczął w końcu się wybudzać, „jakim cudem tam weszła, to niemożliwe”. Piotrek jakby wyrwany z amoku obrócił w rękach kilkukrotnie „podejrzaną”, dokładnie przyglądać się szwom, po czym stwierdził: „masz rację”. Mimo wszystko resztę nocy przespałam na poduszce męża. Rano mieliśmy niezły ubaw z całej tej nocnej akcji.

W planach mieliśmy wycieczkę do monastyru Tatew. Dobrze że zorientowaliśmy się w porę, że prowadząca do niego kolejka linowa tego dnia z racji poniedziałku jest nieczynna. Nie mogliśmy jednak nie wykorzystać doskonałej pogody, więc postanowiliśmy pojechać autostopem do oddalonej o kilka kilometrów wsi Khndzoresk.

Stary Khndzoresk nazywany jest ormiańską Kapadocją. Do skalnej osady prowadzi wisząca nad głębokim wąwozem kładka o długości 160 metrów, zbudowana jako dodatkowa atrakcja dla zwiedzających. Zapewniam, że spacer na drugą stronę może dostarczyć sporo wrażeń. Stary Khndzoresk, dziś opustoszały, w końcu XIX w. był największą wsią we wschodniej Armenii, liczył między innymi 1800 domostw, 27 sklepów, 7 szkół i 4 kościoły.

IMGP2862

IMGP2874

IMGP2875

Wnętrze skalnego mieszkania wraz z wyposażeniem.

Wnętrze skalnego mieszkania wraz z wyposażeniem.

Kolejnego dnia wyruszyliśmy, również autostopem, do klasztoru Tatew. Piotrek oglądając zza okna nowoczesnej kolejki malowniczą drogę, prowadzącą do kościółka nie mógł odżałować, że nie zdecydowaliśmy na jazdę rowerami. Mi jakoś przykro nie było, w ostatnich dniach serpentyniaste podjazdy wystarczająco dały mi w kość, a przejazd kolejką był równie widokowy. Długość trasy jaką pokonuje „Wings of Tatev” to 5750 metrów, co czyni ją najdłuższą tego typu konstrukcją na świecie. Bilet w obie strony kosztuje 4000 dram/os. My byliśmy poza sezonem, więc tłoczno nie było. Jednak tym którzy wybierają w miesiącach wakacyjnych polecamy wykupić bilety online, co pozwoli uniknąć czekania, gdyż może się okazać, że miejsca na kilka kolejnych godzin są wyprzedane.

Tym razem zamiast podjazdu, malowniczy widok podjazdu.

Tym razem zamiast podjazdu, malowniczy widok podjazdu.

IMGP2920

Po naszym powrocie w Goris panowało wielkie poruszenie. Główna droga prowadząca do centrum obstawiona była policją i wojskiem, a dorośli oraz dzieci z balonikami w kolorach żółci, czerwieni i błękitu tłumnie wylegli na ulice. Goris przygotowywało się na przyjazd głowy państwa. Prezydencka świta mijała nas kilka godzin później, zmierzając tak jak my w kierunku granicy z Iranem. Nie dość, że prezydent nie był łaskaw zatrzymać się i porozmawiać z zapalonymi rowerzystami z Polski, to jego ekipa wyposażona w kilkanaście wypasionych samochodów dała nam do zrozumienia, że mamy zmiatać z drogi, bo trochę im się spieszy. Pierwsze 15 kilometrów za Goris było z dół, po kolejnych 15-stu – tym razem w górę – mieliśmy dość.

Od rana padał deszcz, więc okuci w przeciwdeszczowe ubrania zmagaliśmy się z kolejnymi podjazdami. Po prawie pół roku jazdy w dobrych warunkach, trzeba przestawić się na poranną rozkminkę w stylu: „co ubrać, żeby było mi ciepło, żebym nie zmokła, ale jednocześnie się nie ugotowała”. W większości przypadków opracowana taktyka jest podczas dnia kilkukrotnie zmieniana. Na podjeździe musisz się rozbierać, na dłuższy zjazd ubierać. Piotrkowi aż tak bardzo nie przeszkadza zmaganie się z podjazdem w dodatkowej warstwie, ja natomiast muszę się trochę rozebrać, inaczej czuję, że się duszę. Co to za problem ubrać się lub rozebrać? Niby niewielki, ale jeżeli człowiek musi zatrzymywać się co 10-20 minut to z czasem robi się to nudne i czasochłonne. Podjazd. Mimo niskiej temperatury, wylewam z siebie poty i marzę tylko, o tym żeby w końcu dojechać do końca wzniesienia. Jeżeli wiem, że zjazd będzie długi zawsze staram się ubierać dodatkową warstwę, żeby spokojnie pędzić w dół. Mam w perspektywie krótki zjazd – zaciskam zęby i chwilę marznę. Proste. Często jest jednak tak, że nie wiadomo jak długi będzie zjazd, więc niejednokrotnie zdarzało się, że ubrałam polar, czapkę i rękawiczki, by ściągnąć je kilometr dalej lub nie włożyłam dodatkowej warstwy i jechałam 5-10 kilometrów z nadzieją, że za chwilę zacznie się kolejny podjazd i będę mogła się trochę rozgrzać.

W Kapan mieliśmy dwie opcje jechać w kierunku granicy główną drogą lub wybrać mniejszą, ryzykując że w pewnym momencie skończy się asfalt. Taksówkarze byli na szczęście dobrze zorientowani i doradzili, żeby wybrać drugą opcję, gdyż nie tylko unikniemy na drodze ruchu ale również nie zmarzniemy w nocy. Jakość nawierzchni również miała być bardzo dobra. Od Kapan zaczęła się kolejna kilkunastokilometrowa wspinaczka. Bardzo szybko wjechaliśmy w chmury, więc nie minęła chwila a byliśmy cali mokrzy. Na nocleg wybraliśmy jedną z przydrożnych altanek. Dach nad głową oraz małe ognisko pozwoliły nam ogrzać zmarznięte paluszki oraz rozwiesić i trochę przesuszyć mokre ubrania.

W chmurach.

W chmurach.

IMGP2964

Uwaga miny!

Uwaga miny!



Deszczowa aura nie zachęcała z rana do kolejnego podjazdu. Liczyliśmy, że uda nam się tego dnia pokonać ostatni trudny odcinek i dojechać pod irańską granicę. Tego dnia wariował nie tylko nasz GPS, przez którego mało brakowało, a byśmy się zgubili. I tak nadrobiliśmy trochę drogi. Również aplikacja, w której sprawdzamy przekrój wysokościowy trasy oszalała. W planie mieliśmy 11-sto kilometrowy podjazd, który w rzeczywistości okazał się cztery razy dłuższy. Na szczęście na 2270 metrowej przełęczy czekała nagroda – 25 kilometrowy zjazd w promieniach słońca. Alternatywna do głównej drogi trasa, mimo tego że wymagająca, okazała się strzałem w dziesiątkę, a ostatni zjazd wart całego trudu.
Tęczowo nr 2.

Tęczowo nr 2.

I ponad chmurami.

I ponad chmurami.

Koniec armeńskich podjazdów, teraz będzie już tylko z górki.

Koniec armeńskich podjazdów, teraz będzie już tylko z górki.

IMGP3008

Namiot rozstawiliśmy w sadzie owocowym, w sąsiedztwie rzeki, będącej naturalną granicą z Iranem. W linii prostej od kolejnej przygody oddzielało nas 100 metrów, w rzeczywistości kilka, góra kilkanaście godzin. Trzy tygodnie w Armenii zleciały szybko, może nawet zbyt szybko. Trzy tygodnie ostrego pedałowania w pięknych okolicznościach natury, były fizycznie bardzo męczące, jednak po Gruzji niezwykle kojące dla mojego samopoczucia.