Obowiązek meldunkowy w Uzbekistanie.

Meldunek w Uzbekistanie

Każdy cudzoziemiec przybywający do Uzbekistanu w celach turystycznych powinien kolekcjonować karteczki. Nie z Myszką Miki i Królem Lwem w segregatorze, a z nazwą hotelu w paszporcie. Nieszczęsny obowiązek meldunkowy. Czy tak naprawdę, aż taki straszny? I jak do tego wszystkiego mają się funkcjonariusze policji? Sprawdzają czy nie sprawdzają?

O jednym takim, co kolekcjonował karteczki.

Jak podaje MSZ „należy obowiązkowo w ciągu 72 godzin po przybyciu [do Uzbekistanu] dokonać meldunku w miejscowym OWIR (rejonowy wydział MSW)”. Nikt tutaj, ani na granicy nie wspomina słowem, że obowiązku meldunkowego należy dopełnić każdego dnia. Wiadomo jednak, że człowiek przygotowując się do podróży czyta, wertuje cały internet, żeby wiedzieć co i jak. Znajduje więc informację, że należy meldować się codziennie w OWIRZE, gdzie dadzą świstek, który należy włożyć do paszportu. Można też o rejestrację poprosić w hotelu/hostelu, w którym się nocuje. Ale jak codziennie spać w hotelu, przecież to musi kosztować fortunę. Na rowerach jedziem przecież. Ograniczony budżet mam. To człowiek szuka dalej w tej sieci i znajduje informację, na jednym, drugim forum, że sakwiarze mają fory – mogą meldować się co 3-4 dni. Żadnych oficjalnych informacji. Wszystko poczta pantoflowa. Co zrobić, trzeba uwierzyć pogłoskom i wybrać wygodniejszy wariant. Oczywiście w trakcie poszukiwań trafia na różne historie innych człowieków, których deportowano z kraju za brak odpowiedniej ilości karteczek w paszporcie, o aresztowaniach, wysokich grzywnach. Trochę lęka się więc człowiek, ale wizja płacenia codziennie za nocleg, okazuje się straszniejsza, więc postanawia ryzykować. Pierwszego meldunku dokonuje przepisowo, już drugiej nocy w przydrożnej czajchanie. Przez pięć kolejnych nocy śpi po krzakach, polach, ukradkiem u ludzi, by kolejny świstek dostać w hostelu w Chiwie. W drodze do Buchary w ogóle się nie przejmuje, jakby nawet chciał, to na pustyni nie ma gdzie się zameldować. Czasem na posterunkach pytają człowieka gdzie śpi, odpowiada że w namiocie i nikomu to nie przeszkadza. W Bucharze dwa dni bumeluje u warmshowersów, by na ostatnią noc przenieść się do hostelu. Już nawet nie o ten świstek chodzi, internetu się zachciało. Później znowu pustynia, historia się powtarza. W Samarkandzie melduneczek i wystarczy mu już tych karteczek. Na jednym posterunku policji w drodze do Doliny Fergańskiej nie podoba się, że nie meldował się regularnie co 5 dni, więc tłumaczy, że na granicy jak wjeżdżał to mu powiedzieli, że jak na rowerze jedzie, to co tydzień wystarczy. No chyba, że tak. Przed samą granicą z Kirgistanem wskakuje jeszcze jeden lewy meldunek, bo dobry Uzbek chciał pomóc, to nabazgrał na kartce, że człowiek u niego spał. Dumny człowiek przybywa na granicę ze swoimi 5 świstkami w paszporcie, a tam nikt go nawet o nie nie pyta, więc człowiek jest zły, że nie potrzebnie wydał tyle pieniędzy na hostele.

Meldunek w Uzbekistanie

Jak widać właściciele hosteli mają mniej lub bardziej profesjonalne podejście do sprawy meldunku.

Meldunek w Uzbekistanie

Kolekcja.

Tak to mniej więcej wyglądało w naszym przypadku. Trochę się martwiliśmy o to całe meldowanie, baliśmy się, że będą sprawdzać na każdym kroku, że żaden hotel nie będzie nas chciał zarejestrować w sytuacji, gdy nie będziemy mieli karteczek za ubiegłą/ubiegłe noce, że na granicy będą ostro wypytywać o luki między kolejnymi meldunkami. W praktyce okazało się tak, jak to zazwyczaj bywa. Bezproblemowo.

Kontrola.

Nie mieliśmy sytuacji, żeby zatrzymano nas w celu sprawdzenia, czy posiadamy w paszporcie odpowiednią liczbę karteczek. Owszem przechodziliśmy kilka kontroli na posterunkach milicji, znajdujących się na granicach sąsiadujących prowincji. Gdy pierwsze trzy razy usłyszeliśmy podczas takich kontroli: „paszporty, registracja”, robiło nam się ciepło. Nie chodziło jednak o to, co mamy w paszportach,. Na owych posterunkach funkcjonariusze mają po prostu obowiązek odnotowania w wielkiej księdze naszego przejazdu. Zwyczajnie chcieli spisać dane z paszportu. W większości przypadków wystarczyło wcisnąć kit, że dokumenty mamy gdzieś na dnie i pokazać kserokopię pierwszej strony paszportu, która była zawsze pod ręką. Policjanci na posterunkach często pytali, jednak bardziej z czystej ciekawości, gdzie jedziemy, gdzie śpimy, co jemy i jak nam się podoba w Uzbekistanie. Tylko raz mieliśmy sytuację, gdy funkcjonariusze zaczęli dopytywać o kwitki w paszporcie i dosyć ostro sugerować, że nie dopełniliśmy obowiązku meldunkowego. Zrobiło się trochę nerwowo, na szczęście Piotrek zachował zimną krew i wytłumaczył, że na granicy powiedziano nam, że musimy meldować się raz na tydzień. Panowie odpuścili.

Noclegi.

Podczas naszego pobytu w Uzbekistanie spaliśmy:
• 12 razy w namiocie (w polu, na czyjejś posesji, obok czajchany)
• 4 razy w czajchanie
• 5 razy u uzbeckiej rodziny, z czego 2 noce za pośrednictwem portalu warmshowers
• 6 razy w hostelu (3 noce w Chiwie, 1 noc w Bucharze, 2 w Samarkandzie).

Uzbekistan

Tak zwany nocleg z widokiem.

Uzbekistan

Uzbekistan

W sumie 27 nocy, z czego 7 płatnych (6 w hostelu, 1 w czajchanie). Najtańsze hostele oferowały nocleg w granicach 10$/os. ze śniadaniem. Ciężko było cokolwiek zejść z ceny. Wszędzie standard czystości był bardzo dobry, a śniadanie syte i smaczne. Dla zainteresowanych podaję adresy:

Hostel Rumi, Darvozai Sallohhona 19, 200100 Buchara
Laliopa Guest House, Rakhmanov street 11A, 220900 Chiwa
Irgashev’s Guest House, Lakhuti Street 135, 140103 Samarkanda

Co prawda właścicielka hostelu Rumi dopytywała o nasze luki w rejestracji, jednak bardziej w trosce o to żebyśmy nie nabawili się żadnych problemów. Chciała nawet dzwonić do znajomego z OWIRU, jednak uznaliśmy to za wysoce niewskazane. Dopóki problemy nas nie spotkały, nie próbowaliśmy ich szukać sami tak jak pewna para Francuzów.

W Iranie spotkaliśmy parę rowerzystów z Francji, z którymi podczas dalszej podróży utrzymywaliśmy kontakt mailowy. Wjechali do Uzbekistanu kilka dni przed nami i starali się trzymać zasady: meldunek co trzeci dzień. Gdy dojechali do Taszkientu postanowili zatrzymać się u znajomego. Było bardzo miło, więc chcieli zostać u kolegi dłużej niż 2 noce, jednak nie wiedzieli co w takiej sytuacji począć w kwestii meldunku. Postanowili pójść do biura OWIRU i zapytać. Po pierwsze policja uświadomiła ich, że wysoce niewskazane jest nocowanie u lokalnej ludności, po drugie przyczepiła się do braku świstków w paszportach. Rejestracji powinni dokonać codziennie, a nie co 3 dzień. Funkcjonariusze kazali zapłacić wysoką karę (ok. 1000$/os.), którą Francuzi po długich negocjacjach zamienili na deportację z kraju. Historia zakończyła się dla nich nie najgorzej, ponieważ deportowano ich do Kirgistanu, który był ich kolejnym celem, a z racji obchodów jakiegoś święta musieli czekać kilka dni, które pozwolono im przeczekać w mieszkaniu znajomego, jednak najpierw musieli się najeść trochę nerwów.

Na granicy.

Wjeżdżając do Uzbekistanu od strony Kazachstanu, nikt nie poinformował nas o obowiązku meldunkowym. Przekraczając granicę uzbecko – kirgiską nikt nie liczył karteczek, baa nikt nawet na nie nie spojrzał.

Reasumując, nie taki meldunek w Uzbekistanie straszny jak go malują. A może znowu po prostu mieliśmy szczęście 😉 Z racji posłyszanych tu i ówdzie informacji, wydaje się że z biegiem lat władza nieco poluźnia obowiązującego zasady. Jak widać co bardziej aktywni funkcjonariusze mogą starać się skomplikować życie, ale wydaje się że raczej nie nam, Polakom. Wszystkie historie dotyczące deportacji oraz kar, które gdzieś tam przewinęły się podczas naszej podróży, dotyczyły Francuzów, Niemców czy Anglików. Dla Uzbeka nadal jesteśmy jak bracia z sowieckiego sojuza. U nas nie jest lekko, my nie zadzieramy nosa, z nami można pogawarit.

Uzbekistan

Wielkie suszenie po wilgotnej nocy.

Uzbekistan

Po lewej właściciele czajchany, którzy przyjęli nas na noc pod swój dach.