Niekończące się pokłady tureckiej gościnności.

IMGP7126

Wolontariat w Stambule oraz Pamukowej był ciekawym przeżyciem oraz wyśmienitą okazją, by dać naszym kolanom trochę odpocząć. Podczas trzech tygodni spędzonych na lenistwie, mieliśmy wystarczająco dużo czasu, by zatęsknić za pedałowaniem. Cieszyliśmy, że znowu wracamy na szlak, KU PRZYGODZIE ! :) Jednak kto by się spodziewał, że w ciągu kilku dni, w drodze do Kapadocji, spotka nas ich aż tyle. Życzliwość Turków jest niemożliwa, a przykładem tego mogą być poniższe historie.

Historia nr 1 – Rodzina championów.

Godzina mniej więcej 19-sta, do miasta Eskisehir zostało nam około 25 kilometrów. Na liczniku tego dnia ustukane już 90 kilometrów, więc nawet nie mamy zamiaru pchać się do wielkiego miasta, tylko zatrzymać na noc na stacji benzynowej, do której mamy niecałe 5 kilometrów. Ni stąd ni zowąd pojawia się obok mnie starszy facet na motorze, wita, jednak widząc moją zaskoczoną minę odjeżdża i po chwili zrównuje się z Piotrkiem i dłuższą chwilę jadą obok siebie rozmawiając, po czym odjeżdża. Czeka jednak na nas na poboczu ok.3 kilometrów dalej. Okazuje się, że mieszka w Eskisehir i zaprasza nas do siebie. Próbujemy wytłumaczyć, że nie damy rady dojechać, że jesteśmy zmęczeni. Jednak jest tak uparty i albo faktycznie nie rozumie naszych wymówek albo nie chce rozumieć. W końcu dajemy się namówić, bo dostajemy obietnicę, że będzie tylko z górki. Bierzemy numer telefonu i umawiamy się, że jak dojedziemy do centrum miasta to będziemy dzwonić, żeby nasz nowy znajomy nas odebrał i wskazał drogę do mieszkania. Gdy odjeżdża, ja w dalszym ciągu rozważam opcję zatrzymania się na stacji. Jednak Koksal wyraźnie przejrzał moje plany i czeka na nas przy stacji, by upewnić się, czy przypadkiem nie zmieniliśmy zdania. Dalszą drogę jedzie powoli i prowadzi nas aż do samego serwisu rowerowego, którego jest właścicielem. Dostajemy przytulny kącik na piętrze, nad serwisem. Na jaw wychodzi również, że trafiliśmy do gniazda rowerowych championów. Gokay, syn właściciela, jest w pierwszej dziesiątce tureckich kolarzy górskich, córka Eda – jest najlepsza w Turcji w tej dyscyplinie i w przyszłym roku jedzie na olimpiadę do Brazylii, a młody Anil, który trenuje razem z nimi, również zdobywa trofea w swojej kategorii wiekowej. Spędzamy miły wieczór i postanawiamy zostać dzień dłużej. Czujemy się w ich towarzystwie tak dobrze, że moglibyśmy tam siedzieć nawet tydzień. Na pożegnanie dostajemy jeszcze prezenty – sznury modlitewne i dywanik do modlenia (tego jednak przyjąć nie możemy ze względu na brak miejsca w sakwach). Eskisekir opuszczamy ze smutkiem, jakbyśmy znali się z ekipą ESbike pół życia, a nie 1,5 dnia.
IMGP6889

IMGP6890

IMGP7060

Historia nr 2 – Internet z dostępem do śniadania.

Wjeżdżamy na stację benzynową w małej wiosce i pytamy pracowników o wifi. Niestety takowego nie ma, ale jeden z panów ożywiony możliwością udzielenia komuś pomocy, prowadzi Piotrka do biura po drugiej stronie ulicy i chwilę później mamy dostęp do internetu. Siedzimy na krawężniku i po chwili z pobliskiej piekarni wychodzi pracownik i zaprasza nas na herbatę, oprócz której oczywiście dostajemy świeżo upieczony chlebek.
IMGP7070

Historia nr 3 – Nauczyciel gościnności.

Dopiero co rozpoczął się Ramadan i wszyscy nam mówią, że w każdym większym mieście stoi namiot, w którym po zachodzie słońca rozdają jedzenie. Piotrek darmowej wyżerki nie odpuści, uparł się żebyśmy wjechali do Emirdag i znaleźli nocleg przy meczenie lub w parku. Niestety mamy problem, z parku odsyłają nas do hotelu, w którym ceny lekko nas przerażają. Spotykamy tam młodego nauczyciela, który dwa miesiące temu był w Bytomiu, więc lody zostają szybko przełamane, a on widocznie stawia sobie za cel, żeby znaleźć dla nas jakiś tani nocleg. Jednak z jego informacji wynika, że raczej na żaden z hoteli nie będzie nas stać, więc grzecznie dziękujemy i postanawiamy wyjechać gdzieś za miasto, w poszukiwaniu miejsca na namiot. Jako, że pada przeraźliwie czekamy chwilę na przejaśnienie, co daje Nanilowi czas na chwilę namysłu, telefon do żony i gdy mamy już odjeżdżać proponuje, że możemy spać u niego. Przyjmujemy zaproszenie, nasz gospodarz prowadzi nas do swojego mieszkania, jednak informuje, jak gdyby nigdy nic, że niestety musi nas opuścić, bo jest umówiony ze znajomymi, po czym zostawia nam, obcokrajowcom poznanym pół godziny wcześniej, swoje piękne mieszkanie, ze wszystkimi wygodami do dyspozycji. Przez pół nocy nad miastem szaleje burza, tym większa jest nasza radość, że zamiast pływać w namiocie zasypiamy w ciepłym łóżeczku. Wstajemy wcześnie rano, Nanil proponuje nam jeszcze wspólne śniadanie, jednak widząc jego zmęczenie, grzecznie dziękujemy, by mógł spokojnie wrócić do ciepłego jeszcze łóżka.
IMGP7094

Historia nr 4 – Manewry na mieście.

Co się odwlecze to nie uciecze. Po 5 minutach zatrzymujemy się w centrum, by zrobić sobie zdjęcie przy wieży zegarowej. Dosłownie 30 sekund. Już podchodzi do nas starszy pan, wita się i przedstawia jako funkcjonariusz policji. Piotrek pyta czy mamy jakieś problemy, ten jednak kręci głową i z twarzą pełną powagi mówi „ciorba, ciorba”, wskazując na knajpkę po drugiej strony ulicy. Również on wyraźnie nie chce słyszeć sprzeciwu i mimo tego, że mieliśmy plan wyjechać tego dnia wcześnie, posłusznie dajemy się zaprosić na poranną zupę. Jednak na tym nie koniec. Nasz dobrodziej stawia sobie za punkt honoru, pokazanie nam miasta, a że w Emirdag nie ma nic ciekawego, odwiedzamy kolejno fryzjera, budkę z kebabami, kawiarnię, sklep z cukrem, stragan z melonami, zamknięty bazar oraz biuro, w którym nasz emerytowany policjant prowadzi sprzedaż choinek. Zostaliśmy przedstawiani w każdym z tych miejsc oraz na życzenie starszego pana, musiałam wszędzie wykonać pamiątkowe zdjęcie. Moglibyśmy tak chodzić cały dzień, jednak po jakiejś godzinie dajemy lekko do zrozumienia naszemu przewodnikowi, że musimy już jechać. Pożegnaliśmy się i jakieś 2 kilometry dalej, okazało się że jesteśmy śledzeni. Nie widzieliśmy przecież jeszcze domu i pięknych choinek w ogrodzie, gdzie starszy pan przesiadł się z samochodu na rower i odprowadził do wyjazdu z miasta, żebyśmy przypadkiem się nie zgubili.
IMGP7106

IMGP7112

IMGP7113

IMGP7114

IMGP7118

IMGP7119

IMGP7121

IMGP7122

Historia nr 5 – Rowerzystka w pończochach.

Po całym dniu pedałowania znajdujemy przytulne miejsce na nocleg, na stacji benzynowej. Jednak 95 kilometrów o godzinie 18-stej daje Piotrkowi pewnego rodzaju niedosyt, bo marudzi że moglibyśmy się jeszcze przejechać po okolicy w poszukiwaniu innego miejsca. Niechętnie się zgadzam, a raczej nie mam nic do gadania widząc upartą minę mojego męża. Chcąc dojechać do parku wjeżdżamy w osiedle domków jednorodzinnych. Zatrzymuje nas chłopak na skuterku i informuje, że zaprasza nas na ajran. Ok, czemu nie, w końcu to jeden z naszych tureckich przysmaków. W domu poznajemy mamę i tatę Aliego. Mimo protestów, na stole oprócz pysznego, domowego ajranu, pojawia się cała masa smakołyków, które musimy zjeść. Dostajemy oczywiście prezenty, które mimo oporu musimy przyjąć. Z pończoch udaje mi się jakoś wymigać, jednak chusta założona na moją głowę przez mamę Aliego, już na niej zostaje. Nie mogę przecież złamać serca tej uroczej kobiecinie, która wyraża swoje zachwyty nad tym, jak pięknie w niej wyglądam. Wiem również, że przyda mi się w Iranie. Nie mogąc już ogarnąć tego całego potoku dobroci z ich strony, nie przyjmujemy zaproszenia na noc i Ali prowadzi nas nad pobliskie jezioro, doskonałe miejsce na biwak. Byłoby. Nadciągające chmury burzowe finalnie wygoniły nas na stację benzynową, którą opuściliśmy 2,5 godziny wcześniej 
IMGP7232

IMGP7234

IMGP7236

IMGP7238

Historia nr 6 – W ochronie marzeń.

Podjeżdżamy rano na stację, żeby złapać trochę internetu i sprawdzić dalszą drogę i okazuje się, że mało by brakowało, a przegapilibyśmy piękne, słone jezioro (Jezioro Tuz – drugie co do wielkości jezioro w Turcji). Zmieniamy naszą trasa i postanawiamy nadrobić trochę kilometrów, żeby zobaczyć to cudo. Przy zjeździe na jezioro, zatrzymuje nas samochód, którego kierowca informuje nas, że jedziemy w tym samym kierunku, więc jeżeli chcemy, to może nas podwieźć. Jako, że jest dopiero godzina 9-ta, a słońce już pali niemiłosiernie, korzystamy z propozycji i ładujemy nasze rowery na pakę. Adil okazuje się pracownikiem ochrony fabryki soli usytuowanej przy jeziorze. Na miejscu informuje nas, że dzisiaj z racji niedzieli fabryka jest nieczynna, więc nici również ze zwiedzania jeziora. Robimy smutne minki, w rezultacie czego Adil gdzieś dzwoni, po czym zadowolony informuje, żebyśmy pakowali się z powrotem do samochodu, bo jedziemy na wycieczkę. Nie wierzymy we własne szczęście. Jezioro Tuz okazuje się przepiękne. Woda jest przejrzyście czysta, a całe dno pokryte grubą warstwą soli. Na pamiątkę możemy nawet zabrać jeden z pięknych kryształów.
IMGP7273

IMGP7277

IMGP7281

IMGP7285

IMGP7299

IMGP7306

  • Loreta Tomankiewicz

    Och aż mi się milej na sercu zrobiło… to niesamowite, że tak daleko od swojego kraju ludzie Was traktują jak rodzinę! Oby tak dalej! :*