My kontra jedna piąta świata, czyli Kapelusze i Kapcie atakują Chiny.

Chiny

Godzina 8:45. Czekamy przed wielką bramą zamkniętą na cztery spusty. Emocje sięgają zenitu. Oto przed nami kolejna wielka przygoda. Państwo Środka, Chińska Republika Ludowa lub po prostu Chiny. Jeden z najstarszych ośrodków cywilizacyjnych, najludniejszy kraj świata, zróżnicowany etnicznie, religijnie i krajobrazowo. Wielki Mur Chiński, Terakotowa Armia, ryż, zupka chińska, zielona herbata, made in China, komunizm, Mao. Zostawiamy w tyle gościnnych mieszkańców Azji Centralnej, z którymi mogliśmy się bez problemu porozumieć na rzecz Chińczyków, ludzi o skośnych oczach, krzyczących w niezrozumiałym dla nas języku. Nowy świat. Jaki będzie i czy będzie dał się lubić?

Durne zasady.

Odprawa po kirgiskiej stronie przeszła szybko i bezproblemowo. Bach pieczątka i do widzenia. W drodze do chińskiej granicy musieliśmy się jeszcze zatrzymać na kilku posterunkach pośrednich. U celu okazało się, że Chińczycy jeszcze zamknięci. Piętnaście minut chłodu poranka podgrzewanego uczuciem ekscytacji. Otworzyli bramę. Sprawdzają paszporty i odsyłają do kolejnego punktu kontroli granicznej.

Chiny

Jeszcze tylko żelazna brama i witajcie Chiny ;)

Siedzimy w poczekalni. Nie musimy marznąć. W końcu wpuszczają, a raczej tylko wypuszczają po drugiej stronie budynku. Paszportów nie oddają. Co teraz? Nikt nam nic nie mówi. Z wyczytanych i zasłyszanych informacji wiemy, że będziemy musieli wziąć taksówkę do właściwego punktu granicznego, oddalonego o 120 kilometrów. Tam kierowca taksówki odda nam nasze paszporty, które dostanie od celnika. Nie możemy jechać na rowerach. Nie możemy jechać tirem. Musimy wziąć taksówkę. Takie zasady. Durne zasady, stworzone po to, by wysysać z ludzi pieniądze. Zagraniczni turyści, Europejczycy, bogacze. Mają pieniądze, niech płacą.

Przed budynkiem stoją dwie taksówki pasażerskie. Gdzie mamy załadować rowery? Po jakimś czasie podjeżdża pick-up. Może jakimś cudem by się udało nam zmieścić na pace cztery rowery i dwadzieścia sakw, ale kierowca chce nie tylko 100 juanów od osoby, ale dodatkowo 50 juanów od roweru (w sumie około 90 zł/os.). Chyba sobie żartuje. Gdy próbujemy negocjować cenę, odchodzi obrażony.

Mamy czas, poczekamy. Kombinujemy. Grupa Kirgizów z dziesięcioma wielkimi beczkami miodu podpowiada, że my jechać tirem nie możemy za to nasze rowery tak. Byle nie był na chińskich rejestracjach. W pobliżu kręci się kierowca pick-upa, coś tam szepcze, po czym jeden z Kirgizów dodaje: no ale to też kosztuje. Coś tu śmierdzi, każdy chce na nas ubić interes. Odrzucamy pomoc i postanawiamy łapać stopa dla naszych rowerów na własną rękę.

Czas leci, biorąc pod uwagę zmianę czasu, wielkimi krokami zbliża się przerwa obiadowa. No, ale jak to? Dopiero co wstaliśmy o 7 rano. Jak na złość, z przodu kolejki same chińskie maszyny. Pojawia się kirgiska tablica. Bingo! Jak celnik wyrazi zgodę nie ma problemu. Jasne, że za darmo. Ładujemy szybko rowery i tyle je widzieliśmy. Teraz nasza kolej. Nagle okazuje się, że żaden z taksówkarzy nie ma miejsca. Urażona duma czy coś takiego. Jeden w końcu pęka i stawia wyżej możliwość zarobienia 400 juanów.

Blisko, coraz bliżej, awaria.

Kierowca pędzi jak szalony, mijamy te wszystkie niebezpieczne tereny, przez które nie pozwolono nam jechać. Pomalowane tęczowymi kolorami góry, pastwiska oraz niewielkie wioski, w których życie toczy się spokojnym rytmem. Tylko tego naszego tira z rowerami jakoś nie widać. Mimo tego, że jesteśmy pewni dobrych intencji Kirgiza, jakoś w środku czujemy delikatny niepokój. Raczej nie byłoby nam na rękę, gdyby przepadł z całym naszym dobytkiem.

Dojeżdżamy na miejsce w porze obiadowej. Musimy czekać. Okazuje się jednak, że ma to swoje plusy – w motelu dla kierowców wcinamy lagmana. Wersja chińska, przygotowywana „na świeżo” okazuje się o niebo lepsza od tych, które jadaliśmy do tej pory. Nie jakieś tam odgrzewane kluchy – wszystko tworzy się na naszych oczach. Przerwa obiadowa dobiega końca, dostajemy paszporty, a w międzyczasie dociera również na miejsce Kirgiz z naszymi rowerami. Na darmo w dokumentach szukamy nowych pieczątek, bo co się okazuje? Do posterunku to my musimy jeszcze kawałek podjechać. Zasiadamy w poczekalni wraz z innymi podróżnymi. Dostajemy do wypełniania druczki, pokryte krzaczkami, które w żaden sposób nie dają się rozszyfrować. Dobrze, że ktoś wie, piąte przez dziesiąte, co wpisać, w którą rubryczkę. Wygląda jednak na to, że na odprawę będziemy musieli poczekać. Komputery i rentgeny zostały skutecznie unieruchomione awarią prądu.

20161017_143736

Wyrwani z podniecenia, orientujemy się, że zrobiło się ciepło. W końcu możemy z siebie zrzucić kurtki, czapki oraz grube skarpety. Celnicy korzystając z wolnego czasu, zaczynają uważnie przyglądać się pakunkom podróżnych. Konfiskują oburzonym Kirgizom świeże owoce, warzywa, kiełbasy i siatki pełne kurutu – produkty, których wwożenie na terytorium Chin jest niedozwolone. Marcin w obawie przed utratą ostatniego kawałka suszonego mięsa, postanawia go zjeść. Oczywiście nie sam 😉

Po dwóch godzinach wraca prąd. Odprawa na szczęście przebiega w miarę sprawnie, co nie zmienia faktu, że przekroczenie granicy zajęło nam prawie cały dzień. Żeby nadrobić stracony czas, próbujemy łapać stopa zaraz za posterunkiem. Widząc jednak, że szanse mamy niewielkie, postanawiamy pedałować.

Powitalny kilof.

Nie minęło 20 minut, a znowu dojeżdżamy do posterunku. Paszporty, spisywanie danych. Jak tak to ma wyglądać to ja pięknie dziękuje. Dzień chyli się ku końcowi, więc próbujemy podpytać policjantów na migi, czy może namiot gdzieś koło posterunku by się dało rozbić. Sympatyczne chłopaki, ale albo udają, że nie rozumieją o co nam chodzi albo nie chcą rozumieć, gdyż z uporem wskazują na pobliski hotel.

Dojeżdżamy do głównej drogi, prowadzącej do Kaszgaru. Wszyscy zgodnie stwierdzamy, że nawet nie ma sensu na nią wjeżdżać. W zasięgu oczu pojawia się budynek, wyglądający na opuszczony. Sprawdzamy z bliska. Faktycznie, w domu oraz w zagrodzie nie ma żywej duszy, jednak wszędzie jest podejrzanie czysto. Za czysto, jak na opuszczone miejsce. Postanawiamy jednak, że zostajemy. W jednym z pomieszczeń, na podejście rozbijamy moskitiery i po kolacji wskakujemy do śpiworów.

Kasia, która w międzyczasie poszła na małe siku, wróciła lekko zaniepokojona. Ktoś zatrzymał samochód na głównej drodze, na wysokości domku, tak jakby nas obserwował. Pojazd odjechał, po czym przejechał bardzo powoli w przeciwnym kierunku.

Na równe nogi postawiło nas głośne stukanie do okna. W drzwiach pojawiła się grupa mężczyzn. Kilku z nich w rękach trzymało kilofy. Ups! Chyba mamy kłopoty. Przybysze niestety nie mówią po rosyjsku, po angielsku tym bardziej. Kluczowe słowo „turist”, zdają się na szczęście raczej rozumieć, gdyż zamiast rzucać w naszym kierunku kilofami, przyjaźnie szczerzą zęby. Na migi pytamy czy możemy zostać na noc, panowie na to, że wszystko spoko, ale normalnie to raczej oni tu śpią. Zaproponowaliśmy, że przeniesiemy się na zewnątrz, ale panowie tylko uścisnęli przyjaźnie dłonie naszych mężczyzn, pożegnali się i wrócili z powrotem do auta. No to możemy powiedzieć, że pierwszy bliższy kontakt z lokalną ludnością mamy za sobą.

imgp4356

My chcemy tędy.

Dzień przywitał nas słońcem, a mało brakowało, że to my witalibyśmy słońce. Wstaliśmy wcześnie z wielkim planem. Chcieliśmy jak najszybciej dojechać do Kaszgaru. Po miesiącu jedzenia makaronu z cebulą, nasze żołądki nie mogły się już doczekać spotkania z miejscową kuchnią. Kilometry leciały jak szalone, asfalt zrobił się tak gładki, że czasami wydawało mi się, że płynę zamiast jechać. Niestety do czasu. Na drodze pojawiły się bramki. Przyszedł pan, który wytłumaczył nam łamaną angielszczyzną wyuczoną regułkę, że niestety, ale nie możemy jechać tą drogą, gdyż to autostrada, jest duży ruch i jest to bardzo niebezpieczne. Popatrzyliśmy na siebie, na pustą drogę, trzy pasy (w jedną stronę) i pobocze. Niestety nasze prośby były daremne. Musicie zawrócić. Nie uśmiechało nam się pedałowanie pod górkę 10 kilometrów z wiatrem twarz. Nawet chęć szybkiego znalezienia się w Kaszgarze, została odrzucona na drugi plan. My chcemy jechać tędy, bo nam bliżej, bo nie chcemy nadrabiać kilometrów, bo tak! Usiedliśmy przy drodze, w towarzystwie pana pobierającego opłaty, ćwicząc z pomocą słownika nasz chiński. Odrzuciliśmy propozycję płatnej podwózki, próbowaliśmy łapać stopa. Wiedzieliśmy, ze jesteśmy na straconej pozycji, a mimo to nie ruszaliśmy się z miejsca. Zadzwonił telefon. Możecie jechać. Możemy jechać!? Udało się, pierwsze starcie: my kontra bramkarze na autostradzie, wygrane!

imgp4357