Mujnak. Nad brzegiem pustyni.

Uzbekistanmuynakstatki

Pierwszym obowiązkowym punktem na trasie naszej podróży po Uzbekistanie jest Mujnak. Niegdyś miasto portowe nad Jeziorem Aralskim i prężnie działający ośrodek przetwórstwa rybnego. Zielona oaza wśród pustynnych terenów Azji Środkowej. Dziś, smutny obrazek ludzkiej głupoty. Miejsce, w którym doszło do jednej z największych katastrof ekologicznych w dziejach ludzkości.

Na początek trochę faktów.

Jezioro Aralskie, zwane również Morzem Aralskim, było w przeszłości czwartym, co do wielkości jeziorem na Ziemi. Było. Na początku XX wieku władze radzieckie podjęły decyzję, że na pustynnych terenach wzdłuż rzek (Amu-daria i Syr-daria) zasilających jezioro, powstaną pola uprawne, na których będzie hodowana na masową skalę bawełna. Skutkiem wadliwego systemu irygacyjnego, poprowadzonego w celu nawadniania ogromnych połaci ziemi, 30-70% wody odbieranej Amu-darii i Syr-darii, nie tylko nie docierało do jeziora, ale również nie zasilało pól. Po prostu wsiąkało w glebę lub parowało. W latach 60-tych poziom wody w jeziorze zaczął systematycznie opadać. Rozpoczął się proces wysychania, który trwa do dziś. W tym czasie, zgodnie z planem, dzięki „białemu złocie” Uzbekistan stał się największym eksporterem bawełny na świecie. Obecnie odległość linii brzegowej od Mujnak to około 150 kilometrów.

Proces wysychania jeziora niósł, a w zasadzie wciąż niesie, ze sobą wiele negatywnych następstw. Poczynając od załamania się przemysłu przetwórstwa rybnego, w wyniku którego pracę straciło kilka tysięcy osób, przez zaostrzenie się klimatu w regionie (wzrost amplitudy temperatur i pustynnienia), do pogorszenia się warunków zdrowotnych lokalnej ludności. Obszar dawnego dna jeziora (obecnie pustynia Aral-kum) pokryty jest mieszanką soli, środków ochrony roślin wypłukiwanych przez lata z pól oraz resztek broni biologicznej (na Wyspie Odrodzenia na Jeziorze Aralskim znajdował się w przeszłości tajny poligon radziecki). Występujące na terenie dawnej niecki jeziora zjawisko burz solnych (na podobieństwo burz piaskowych), skutkuje przenoszeniem szkodliwego materiału na znaczne odległości.

Władze radzieckie mimo świadomości zaistnienia procesu wysychania jeziora, zbagatelizowały problem, uznając za cel najwyższy obecne potrzebny społeczeństwa republik związkowych. Na dzień dzisiejszy przeprowadzenie procesu rewitalizacji jeziora, przez wzgląd na postępujące pustynnienie oraz intensywne parowanie wód, na większości obszaru jest niemożliwe.

Piachem po oczach.

Żeby nie było tak lekko i kolorowo zanim dotrzemy z granicy do Mujnak, mamy do pokonania 400 kilometrów stepu. Pierwszego dnia, mimo porannego incydentu z granicy (tutaj możecie poczytać więcej) jedzie się dobrze. Nawet dziurawa droga czy zimne podmuchy wiatru nie stanowią żadnego problemu. Wjazd do kolejnego kraju niesie ze sobą zawsze powiew świeżości, nową energię do działania.

Drugiego dnia cała moc uleciała wraz morderczym wiatrem w twarz, połączonym z ulewnym deszczem. Gdybyśmy mieli jakąkolwiek opcję rozstawienia namiotu w suchym miejscu, z całą pewnością zrobilibyśmy to już na 30 kilometrze. Każdy z kolejnych 50 kilometrów był walką z własnymi słabościami. Próbą przekonania siebie, że za chwilę na horyzoncie pojawi się miejsce, gdzie będziemy mogli ściągnąć przemoczone ubrania, napić się ciepłej herbaty i w końcu odpocząć. Ten dzień został ochrzczony najtrudniejszym dniem naszej podróży. Dokulaliśmy się do posterunku milicji (posterunki kontrolne znajdują się na wjeździe/wyjeździe do/z każdego okręgu), gdzie zdesperowanemu Piotrkowi prawie udało się wyprosić możliwość nocowania. Na szczęście oficerowi zaświtało w głowie, że 6 kilometrów dalej znajduje się czajchana. Mimo ogromnego zmęczenia, ostatnie kilometry pokonaliśmy ekspresowo.

Kolejnego dnia dostaliśmy wiatr w plecy oraz trochę pomogliśmy sobie autostopem, więc udało się nam pokonać prawie 200 kilometrów. W okolicach Kungrad (90 kilometrów od Mujnak) zauważyliśmy, że gleba w wielu miejscach pokryta jest białym proszkiem. Dopiero przy wyjeździe z miasta zapytani o drogę panowie potwierdzili nasze przypuszczenia, że to sól naniesiona z Arala. W nocy nawiedziła nas (prawdopodobnie) wspomniana powyżej burza piaskowa, czy też solna. Silne podmuchy wiatru wzbijały w powietrze znaczne pokłady piachu. My wraz z namiotem, mimo sporych obaw, na szczęście zostaliśmy na swoim miejscu.

Szczerozłoty uśmiech.

Szczerozłoty uśmiech.

Bawełna

Bo bawełna dobrem narodowym jest.

To nie śnieg.

To nie śnieg.

IMGP9396

Muynak

Uzbekistan

Powietrze wypełnione beznadzieją.

Do Mujnak zostało nam 60 kilometrów, które częściowo pokonujemy autostopem. Tego dnia wiatr wieje nam znowu prosto w twarz. Kilkanaście kilometrów przed miejscowością wdajemy się w krótką dyskusję z Tolikiem, spotkanym na drodze nauczycielem historii. „Pamiętam morze. Oczywiście, że się kąpałem” – wspomina. „W Mujnak to z nikim się po rosyjsku nie dogadacie. Aral odszedł, Ruscy i Kazachy, wszyscy wyjechali. Zostali sami Karapałkacy”– dodaje. [Karakałpacja – autonomiczna republika w granicach Uzbekistanu, na jej terenie znajduje się Mujnak.] Jest energiczny, radosny, o wydarzeniach z przeszłości mówi bez przejęcia czy żalu.

Wjeżdżamy do miasta. Jedziemy główną ulicą, wzdłuż której ciągną się bielone chaty z niebieskimi okiennicami i drzwiami. W powietrzu unosi się zapach beznadziei. Ktoś czasem przemknie z jednej strony ulicy na drugą. Panie w kawiarni, do której wchodzimy się na chwilę ogrzać, nawet nie wstają z miejsca. Klienci wpadają tu chyba raczej rzadko. Po wyjściu, przed budynkiem spotykamy grupkę chłopców. Znają kilka słów po angielsku. Pytają czy mamy długopis. Akurat mam trzy, tylu jest chłopaków. Cieszą się jakby dostali najlepszy w swoim życiu prezent. Jeden z nich ma na imię Elbrus. Jedziemy „nad morze”. Chociaż doskonale wiem, że nie ma żadnego morza, czekam chyba na jakiś cud. Na miejscu patrząc ze skarpy, na rozciągającą się po horyzont pustynię, na której leżą w rządku poukładane wraki statków, przechadzają się leniwie krowy, próbuję sobie wyobrazić, że kiedyś w tym miejscu była błękitna tafla wody, tętniło życie. Niewyobrażalne. Przygnębiające.

Tolik.

Tolik.

Jest woda! No tak, ale to jeszcze nie Aral.

Jest woda! No tak, ale to jeszcze nie Aral.

IMGP9459

Elbrus (po lewej) z ekipą.

Elbrus (po lewej) z ekipą.

IMGP9478

Muynak

123456

Muynak

Pomnik przedstawiający z jednej strony powierzchnię Jeziora Aralskiego w 1960 roku, z drugiej – obecnie. Co roku nanoszone są poprawki, co roku niebieskiego koloru ubywa.

IMGP9481

IMGP9490

Muynak

IMGP9537

IMGP9552

IMGP9560

IMGP9565

Morze Aralskie

W drodze do muzeum wchodzimy do sklepu. Tłumek ludzi wskazuje na to, że chyba jest w czym wybierać. Duże pomieszczenie, wypełnione licznymi półkami świeci pustkami. Do wyboru makaron, jakieś słodycze, ziemniaki i cebula. W muzeum oglądamy film pokazujący historię Jeziora Aralskiego. W pomieszczeniu jest tak zimno, że na szybko przeglądamy wystawę i ruszamy na poszukiwania ciepłej zupy.
IMGP9601

Nie ma jak w domu.

Po wyjeździe z miasta szukamy miejsca na rozbicie namiotu. Robi się coraz ciemniej, a odpowiedniego miejsca jakoś brak. Piotrek w końcu pyta chłopaków jadących na rowerze, o jakieś ustronne miejsce na nocleg. Starszy z chłopaków Bekpolat, po chwili zastanowienia i telefonie do mamy, zaprasza nas do domu. Na wejściu przeprasza za brak prądu „W dzień nie ma, powinni włączyć za 10-15 minut.” Siedzimy przy stole (w Uzbekistanie tradycyjnie siedzi się na dywanie/materacu przy niskim stoliku) z całą rodziną oraz sąsiadką, która w tym przypadku ma najwięcej do powiedzenia. Jedyna umie płynnie mówić po rosyjsku. Przez cały wieczór zabawia nas rozmową, pełni rolę tłumacza oraz dba o to, żeby wszystko zniknęło z naszych talerzy. Pijemy hektolitry herbaty z mlekiem, która smakuje dobrze jak nigdy dotąd. Wieczór upływa w przyjemnej atmosferze, a rodzina zapisuje się w moim sercu, jako jedna z tych, którą zapamiętam na pewno na długo.

Uzbecka rodzina

Wraz z Bekpolatem (w zielonym) i jego najbliższymi.

IMGP9604

IMGP9609

Przy domu obowiązkowo tandoor, czyli tradycyjny piec do wypieku chleba.

Przy domu obowiązkowo tandoor, czyli tradycyjny piec do wypieku chleba.

  • HubertS

    Jestem zawsze pod wrażeniem tych, którzy przez te pustynie na rowerach dojechali do resztek jeziora Aralskiego. Nie wiem, czy mi by wystarczyło wytrwałości w tych warunkach, ale pewnie razem się lepiej napędzacie. Fajnie się ten kawałek czyta, choć opowiada o przygnębiających okolicach i losach. A znacie te klipy nakręcone (chyba) nad Aralem, ze 30 lat temu? (https://www.youtube.com/watch?v=4k7o_pYLMlI – tak od 4:40 naprzód) – tak to sobie wyobrażam, correct me if I’m wrong :) Pozdro – i wiatru w plecy!