Kanion Okatse i Gruzińska Droga Wojenna.

Jeden pancerny i jego rower.Jeden pancerny i jego rower.

Mija właśnie miesiąc odkąd wjechaliśmy do Gruzji. W związku z tym, że do Iranu chcemy wjechać dopiero w połowie października, musieliśmy jakoś rozplanować czas na Kaukazie. Na początku miało być mniej więcej po równo – półtorej miesiąca w Gruzji, miesiąc w Armenii. Plany jednak nieco ewaluowały przez wzgląd na to, że we wrześniu odwiedzą nas w Gruzji nasze Mamy. Oznacza to, że w krainie gór i wina zostajemy kolejny miesiąc. Poniżej kolejna dawka naszych przygód, tym razem wizyta w Kanionie Okatse oraz relacja z Gruzińskiej Drogi Wojennej.

Kanion Okatse.

O (przeszukując internet): Znalazłam fajne miejsce, na pewno Ci się spodoba.
P (oglądając zdjęcia kładek zawieszonych nad przepaścią): WOowow! Musimy tam koniecznie jechać.

Tak mniej więcej wyglądała Piotrka reakcja po zobaczeniu zdjęć z Kanionu Okatse. W linii prostej znajdowaliśmy się akurat 4 kilometry od tej atrakcji, GPS wskazywał jednak że drogą będzie to ponad dwadzieścia kilometrów. Dodatkowo z opisów wynikało, że droga jest kręta i prowadzi stromo pod górkę. Byliśmy tak zmęczeni swanecką pętlą, że daliśmy za wygraną. Postanowiliśmy odpocząć chwilę w Kutaisi (możemy polecić Hostel Kutaisi by Kote), a na wycieczkę do kanionu wybrać się marszrutką, co miało być dodatkową atrakcją.

Podobno jeżdżą jakieś bezpośrednie marszrutki z Kutaisi do Gordi, sąsiadującego z kanionem, nam jednak nie udało się takowej znaleźć. Kierowcy marszrutek kręcili głowami i odsyłali nas do taksówkarzy. Znaleźliśmy jednak połączenie do Choni, gdzie mieliśmy przesiąść się na marszrutkę do Gordi, jednak ta przyjechała po pół godziny oczekiwania tak przeładowana, że kierowca nawet się nie zatrzymał. Następna z informacji miejscowych miała jechać dopiero za 3 godziny. Został jedynie autostop. Udało się bez większych problemów, a wspinając się zdezelowanym autem, po serpentynach prowadzących do Gordi cieszyliśmy się, że porzuciliśmy pierwotny pomysł dojazdu do kanionu rowerami.

Dotrzeć do kanionu z Gordi można na dwa sposoby: wziąć taksówkę lub przespacerować się 2,5 kilometrową, specjalnie przygotowaną i oznakowaną ścieżką przez przyjemny park. Oczywiście wybraliśmy drugą opcję, na miejscu zakupiliśmy bilety wstępu (5 lari/os.) i podekscytowani czekaliśmy na swoją kolej(wpuszczają kilkuosobowe grupy co parę minut).

I teraz najgorsza część: nie było WowooW…
Ja po przeglądnięciu zdjęć z kanionu oraz komentarzach osób, które odwiedziły to miejsce miałam ogromną nadzieję na niezwykłe doznania oraz nutkę adrenaliny. Biorąc pod uwagę fakt, że mam lekki lęk wysokości oraz inne lęki (o tym może innym razem :D), które lubię przezwyciężać, miejsce to miało dostarczyć mi dużą dawkę emocji.

Trasa składająca się z kładek i tarasów widokowych wiszących nad przepaścią na pewno jest malownicza, godna polecenia na wycieczkę, ale bez żadnej rewelacji. Takie jest moje prywatne odczucie. Więcej adrenaliny z pewnością dostarcza jazda rowerem po gruzińskich drogach 😉

Istnieje również możliwość zejścia na dno kanionu (ta część nie należy do płatnej trasy), jednak my musieliśmy zrezygnować, ponieważ duża ilość błota, śliskich kamieni w połączeniu z brakiem przyczepności naszych sandałów groziła utratą zębów. Drogę powrotną pokonaliśmy analogicznie do trasy przyjazdu – do Choni autostopem, z Choni do Kutaisi marszrutką. IMGP0239

IMGP0234

IMGP0232

IMGP0228

W kierunku Gruzińskiej Drogi Wojennej.

Po wyjechaniu z Kutaisi najpierw na głównej drodze (podobno to nawet autostrada) staraliśmy uniknąć śmierci pod kołami któregoś z samochodów, później po pojawieniu się alternatywnej drogi, biegnącej przez wioski, męczyliśmy się z kamienistą drogą. Ta druga była irytująca do tego stopnia, że pierwszy raz podczas naszej podróży miałam przez oczami wizję siebie zrzucającej rower do biegnącej równolegle do drogi przepaści. W przypadku swaneckiej pętli cały trud wynagradzały fantastyczne widoki, w tym przypadku nie miałam żadnego wsparcia. Na chwilę straciłam całą frajdę, którą niesie ze sobą przemieszczanie się rowerem.

Kemping w sadzie.

Kemping w sadzie.

Piotrek rzadko myje zęby, ale jak już myje to cała wieś musi o tym wiedzieć ;)

Piotrek rzadko myje zęby, ale jak już myje to cała wieś musi o tym wiedzieć ;)

Dojechaliśmy do Gori, w którym Piotrek odwiedził Muzeum Stalina, a po wyjechaniu z miasta naszym oczom ukazał się widok Gruzji, jakiej do tej pory nie widzieliśmy – wysuszonej i wypłowiałej, co trzeba przyznać miało też swój urok. Z zielonej dżungli przenieśliśmy się na stepy.

Gori. Opancerzony wagon, którym podróżował Stalin.

Gori. Opancerzony wagon, którym podróżował Stalin.


IMGP0353

IMGP0351

IMGP0350

Tego dnia trafił nam się specyficzny nocleg, w altance usytuowanej na stanowisku archeologicznym, a dokładniej – cmentarzu. Minus był taki, że miejsce pilnowane było przez trzy psy oraz ogromną kolonię ich pcheł. Mi z powodu braku owłosienia na nogach jakoś się udało, jednak Piotrek któremu wydawało się, że przed wejściem do namiotu oczyścił się ze wszystkich rozbójników, rano obudził się z całym pogryzionym tyłkiem 😉

Nie taki diabeł straszny.

Gruzińska Droga Wojenna jest to szlak biegnący w poprzek Wielkiego Kaukazu, z Tbilisi aż to Władykaukazu (w Rosji). Droga ta była znana i wykorzystywana już od starożytności, łącząc regiony Południowego i Północnego Kaukazu, przez armie, kupców oraz wędrujące pomiędzy Azją i Europą ludy. W XIX wieku władze rosyjskie, by umożliwić szybki przerzut dużych oddziałów wojskowych w trakcie konfliktu w Czeczeni i Dagestanie, poszerzyły i zmodernizowały drogę (stąd też obecna nazwa). Trasa ta ze względu na walory krajobrazowe oraz znajdujące się wzdłuż niej atrakcje, jak choćby twierdza Ananuri, pomnik przyjaźni radziecko-gruzińskiej czy klasztor Cminda Sameba, jest bardzo popularna.

Katedra Sweti Cchoweli w mieście Mccheta.

Katedra Sweti Cchoweli w mieście Mccheta.

IMGP0382

Twierdza Ananuri.

Twierdza Ananuri.

IMGP0401

IMGP0400

W sieci znaleźliśmy informacje, które miały nas zniechęcić do przejazdu tą drogą – że jest bardzo zatłoczona, dziurawa i najlepiej w ogóle nie pchać się tam rowerem. Piotrek jednak się uparł, a jak się Piotrek uprze… to wiecie co  Na szczęście obiecał mi, że jeżeli faktycznie będzie źle to złapiemy stopa i będziemy podziwiać malownicze widoki zza szyby samochodu.

Typowy spożywczak.

Typowy spożywczak.

Wnętrze małej piekarni.

Wnętrze małej piekarni.

Typowa stacja benzynowa.

Typowa stacja benzynowa.

JUŻ NA POCZĄTKU OBALAM TEN MIT I MOGĘ POLECIĆ WSZYSTKIM ROWERZYSTOM!
Droga jest w całkiem dobrym stanie, czasami trafiają się jakieś dziury, czasami nie ma w ogóle pobocza lub jest takie, że asfalt jest w ilościach znikomych. Przy zjazdach lepiej nie rozpędzać się zbyt bardzo, bo może nieźle telepać. Należy również uważać w półodkrytym tunelu niedaleko przełęczy, gdyż kratki ściekowe są ustawione równolegle to drogi i na tyle szerokie, że można w nie wpaść i zablokować koło.

Jeden pancerny i jego rower.

Jeden pancerny i jego rower.

IMGP0435

Jeden z punktów widokowych.

Jeden z punktów widokowych.

Miodzio.

Miodzio.

Ruch w początkowej części drogi jest faktycznie natężony, jednak im dalej tym coraz lepiej. Wyjeżdżając z Tbilisi trzeba początkowo pokonać około 20 kilometrów drogą szybkiego ruchu. Polecamy wyjechać z Mcchety, co skróci ten odcinek do niecałych 3 kilometrów. Fragment drogi pomiędzy Natakhtari a Zhinvali obfituje w przydrożne stragany, na których można zaopatrzyć się owoce warzywa, wina, miody, churchele… ale komu by się później chciało to wszystko targać pod górkę. Wiedzieliśmy również sporo straganów z cegłówkami/dachówkami i zastanawialiśmy się o co chodzi… Kilka dni później okazało się, że pomyliliśmy materiały budowlane z wypiekanym w tej okolicy specjalnym rodzajem chleba.

Pomnik przyjaźni radziecko - gruzińskiej.

Pomnik przyjaźni radziecko – gruzińskiej.

IMGP0462

Przełęcz Krzyżowa 2395 m n.p.m.

Przełęcz Krzyżowa 2395 m n.p.m.

Warto się było trochę pomęczyć i zmarznąć, żeby po zjeździe z przełęczy zobaczyć takie widoki.

Warto się było trochę pomęczyć i zmarznąć, żeby po zjeździe z przełęczy zobaczyć takie widoki.

IMGP0516

IMGP0521

IMGP0522

Jeżeli chodzi o noclegi pod namiotem, to również nie ma problemu, jest duże pole do popisu. My jedną noc spędziliśmy na dziko, na trawce powyżej drogi, drugą natomiast w Kobi, w sąsiedztwie baraku pracowniczego, zamieszkiwanego przez sympatycznych robotników, pracujących przy naprawie mostu. Dato oraz Giorgi chcieli nam udostępnić nawet jeden z pokoi, w obawie że zmarzniemy w namiocie, jednak gruziński koniaczek (wolę nie wiedzieć co to tak naprawdę było) w towarzystwie przyjaznych Gruzinów w dostatecznym stopniu zadbał o poziom odczuwanego przez nas ciepła, więc mogliśmy bez obaw spać w naszym m1. Ostatnią noc spędziliśmy w Stepancmindzie, na posesji jednej z restauracji. Namiot można również rozbić w pobliżu Cminda Sameba, ale my osobiście byliśmy tak zmęczeni, że nie chciało nam się tam pchać rowerów.

Nowi gruzińscy przyjaciele: Dato (z lewej) i Giorgi.

Nowi gruzińscy przyjaciele: Dato (z lewej) i Giorgi.

Ogonek tirów czekających w kolejce do rosyjskiej granicy zaczął się tuż po wyjeździe z Kobi. Na pytanie ile się czeka, kierowcy odpowiadali, że 3-4 dni.

Ogonek tirów czekających w kolejce do rosyjskiej granicy zaczął się tuż po wyjeździe z Kobi. Na pytanie ile się czeka, kierowcy odpowiadali, że 3-4 dni.

IMGP0554

W dole wieś Stepancminda.

W dole wieś Stepancminda.

A za tymi chmurami jest Kazbek ;)

A za tymi chmurami jest Kazbek ;)

IMGP0600

Kościół Cminda Semeba.

Kościół Cminda Semeba.

Pogoda nie była dla nas zbyt łaskawa, więc po jednej nocy w Stepanmindzie, postanowiliśmy wyruszyć w drogę powrotną, w kierunku Tbilisi. Oboje żywiliśmy nadzieję, że uda nam się złapać stopa i ktoś podwiezie nas przynajmniej na przełęcz. Trafiło się tak, że sympatyczny gruziński tirowiec jechał do Tbilisi, więc żal było sobie odmówić przy regularnie ulewie, podwózki w ciepłej kabinie do samej stolicy.