Iran hub, Lechistan hejli hub! Z Teheranu do Kaszan.

Irankashanbazar6

Po sześciu dniach spędzonych w Teheranie, postanowiliśmy nie nadużywać więcej gościnności Firuze i ruszyć w dalszą drogę. Do stolicy musimy jeszcze wrócić w celu wyrobienia azerskiej wizy, więc warto sobie zostawić otwartą furtkę. Przed wyjazdem z miasta zostały nam dwie rzeczy do załatwienia: spełnienie obowiązku obywatelskiego oraz wizyta w serwisie rowerowym. Tego dnia nie mieliśmy szczęścia, obie misje zakończyły się fiaskiem.

Wyborcza porażka, grube smarowanie i sauna w śpiworze.

Jeżeli chodzi o wybory to nigdy wcześniej nie głosowaliśmy za granicą, więc nie wiedzieliśmy, że aby móc oddać głos trzeba się uprzednio zarejestrować. Po znalezieniu serwisu, na ulicy rowerowo – motocyklowej (w Teheranie sklepy sprzedające te same produkty lub świadczące podobne usługi zlokalizowane są często w obrębie tej samej ulicy lub dzielnicy), okazało się, że jego właściciel tak zna się na rowerach jak ja. Wypsikał na maksa łańcuch i przerzutkę jakimś smarem, zadowolony ze swojej roboty skasował dyszkę i na tym skończyła się regulacja tylnej przerzutki.

Teheran zlokalizowany jest u podnóży masywu górskiego Elbrus i rozciąga się na wysokości od około 1100 m n.p.m do 1800 m n.p.m.. Jako, że mieszkaliśmy w północnej części miasta, to wyjazd z niego oznaczał dla nas długi i przyjemny zjazd. Po drodze mijaliśmy zbudowane z ogromnym rozmachem mauzoleum Chomeiniego oraz cmentarz komunalny wielkości sporych rozmiarów osiedla.

W Iranie przed wjazdem/wyjazdem z większych miast usytuowane są posterunki policji, na których prowadzone są rutynowane kontrole pojazdów. Z tego co słyszeliśmy idealne miejscówki dla autostopowiczów. My jednak tego dnia wykorzystaliśmy jeden z takich posterunków w innym celu. Wśród pustynnego krajobrazu okazał się miłą oazą na biwak. Panowie strażnicy ostrzegali nas, że w nocy jest bardzo zimno, więc po wejściu do namiotu zawinęłam się szczelnie w śpiwór. Po kilku godzinach, obudziłam się cała zgrzana. Nie wzięłam poprawki na to, że dla ludzi żyjących w gorącym, pustynnym klimacie temperatura spadająca poniżej 20 °C, oznacza prawie tyle co dla nas przymrozek.
IMGP3616

IMGP3619

IMGP3647

IMGP3656

Ukryte piękno.

Dzień spędzony na pedałowaniu wśród surowego, pustynnego krajobrazu, gdzie jednym urozmaiceniem były strzępiaste, łyse góry zaczęły nam dawać małe pojęcie o tym jak będzie wyglądała nasza podróż po Iranie. Jazda w upale od jednego miasta/wsi do kolejnego, oddalonych czasami od siebie o kilkadziesiąt kilometrów niczego. Do tej pory trudy podróży, liczne podjazdy wynagradzała nam gama kolorów rozmaitych krajobrazów. A teraz? Oprócz przepięknie rozgwieżdżonego nocą nieba, jak dla mnie, dzieje się tu niewiele. Zbyt mało, by po kilku kilometrach nie mieć ochoty na małą drzemkę. Mimo to, na pytanie Irańczyków, jak podoba nam się ich kraj odpowiadamy dyplomatycznie: „Iran hub, Lechistan hejli hub”, co znaczy tyle mniej więcej, że Iran jest ładny, ale Polska piękniejsza. Większość z nich uważa Iran za wyjątkowo piękny, jedynie jeden na stu pytanych na naszą odpowiedź zareagował następująco: „ A co tu niby jest ładnego? Jedna wielka pustynia.” Nie martwcie się jednak drodzy czytelnicy, kapelusznicy wkrótce przystosują swoją podróż do zaistniałych warunków.
IMGP3658

IMGP3665

IMGP3672
IMGP3803

Podziemne miasto sprintem oraz swędzący problem.

W drodze do Aran Va Bidgol, położonego w sąsiedztwie Kashanu, gdzie byliśmy umówieni z Elham, znalezioną za pośrednictwem portalu warmshowers, zostaliśmy zatrzymani przez pracownika pogotowia ratunkowego, który standardowego chciał zadać kilka pytań. Stwierdził, że w oddalonym o kilka kilometrów miasteczku Nushabad, powinniśmy koniecznie odwiedzić podziemne miasto. Zbyt wiele miejsc do tej pory w Iranie nie zwiedziliśmy, więc mówimy czemu nie, tym bardziej że było nam po drodze. Bilet wstępu 150000 riali/os., ok jakoś to przeżyjemy. Po odczekaniu jakiś 15-20 minut, pojawił się przewodnik, by zabrać nas i dwie inne pary w labirynty skalnego miasta. Jakież było nasze rozczarowanie, gdy po niecałych 10 minutach, w ciągu których przeszliśmy trzy korytarze, zobaczyliśmy toaletę, pokój oraz system wentylacji których używano, w czasach gdy miasto było zamieszkane, nasza wycieczka dobiegła końca.

Z objaśnień przewodnika wynikało, że skalne miasto zostało odkryte przypadkowo 9 lat temu przez jednego z mieszkańców Nushabad, kiedy pewnego pięknego dnia postanowił sobie wykopać dziurę w ogródku. Od tamtej pory prowadzone są pracy eksploracyjne, a udostępnione dla zwiedzających jest zaledwie kilka procent podziemnego miasta. Zdenerwowani wyrzuconymi w błoto pieniędzmi zaczęliśmy z Piotrkiem żartować, że ktoś kilka lat temu wpadł na pomysł, żeby wykopać na szybkości kilka tuneli, nazwać skalnym miastem i zrobić na tym niezłą kasę.

W Aran Va Bidgol, czekając na Elham w umówionym miejscu, byliśmy dla miejscowych nie lada atrakcją. Dostaliśmy kilka zaproszeń do domów, więc śmialiśmy się, że w Iranie używanie jakichkolwiek portali w celu znalezienia noclegu jest zbyteczne.

W rodzinnym domu Elham, która ma niecodzienną jak na Irankę pasję – jazdę na rowerze, mogliśmy odpocząć od trudów podróży i wziąć upragniony prysznic. Atmosfera niestety była dla nas niestety zbyt sztywna i oficjalna jak na standardy, do których zdążyliśmy się do tej pory w Iranie przyzwyczaić. W kontaktach z lokalesami lubimy, gdy druga strona jest chociaż w małym stopniu zainteresowana naszym krajem, gdy chętnie słucha innych niż własne opowieści. Stwierdziliśmy, że w konfrontacji spontaniczne zaproszenia vs. umówione spotkania mamy wynik 1:0.

IMGP3688

IMGP3696

Wieczorem siedząc wraz z domownikami w salonie zaczęłam coraz bardziej dotkliwie odczuwać, obecność grasujących, wygłodniałych komarów. Gdy zasugerowałam gospodarzom, że lepiej by było zamknąć otwarte na oścież drzwi balkonowe, stwierdzili że komary nie wlatują z podwórka, lecz wychodzą z dywanu i zza mebli. Kiedy zostaliśmy z Piotrkiem sami (mieliśmy spać na dywanie w salonie), było już za późno – przeciwnik miał sporą przewagę liczebną. Gdy nakrywałam się grubym kocem, po chwili nie mogłam oddychać, gdy tylko wychyliłam głowę – któryś z krwiopijców zaczynał na mnie ucztę. Uratowało nas prześcieradło. Na tyle cienkie, by przepuścić powietrze, jednocześnie wystarczająco odporne, by nie dopuścić do kolejnych ataków.

Kaszan i zastrzyk pozytywnej energii.

Do głównych atrakcji Kaszanu należą przede wszystkim „tradycyjne domy”, czyli wille pochodzące z XIX wieku, w przeszłości zamieszkiwane przez bogatych mieszkańców miasta. Początkowo mieliśmy w planie odwiedzenie któregoś z nich, jednak finalnie doszliśmy do wniosku, że znawcy architektury z nas żadni, więc uznaliśmy, że nic na siłę i w zamian za to wybraliśmy się do meczetu i na bazar.

Meczet Agha Bozorg

Meczet Agha Bozorg

IMGP3714

IMGP3788

Bardzo lubimy bazary, a te w Iranie są nieodłącznym elementem każdego miasta. Nawet gdy w planach nie mamy żadnych zakupów, zanurzamy się w labirynt uliczek, by wśród straganów i zakładów rzemieślniczych szukać prawdziwych skarbów. Bazar w Kaszanie miał jedną dodatkową atrakcję, za drobną opłatą można było wejść na dach i podziwiać panoramę miasta.
IMGP3703

IMGP3704

IMGP3715

IMGP3727

IMGP3729

IMGP3767

IMGP3788a

Na każdym kroku podkreślam, że Irańczycy są bardzo gościnni i życzliwi, jednak w Kaszanie spotkaliśmy się chyba z jakąś ukrytą zmową mieszkańców, której celem było przelanie kumulowanego przez lata nadmiaru miłości. Dotyczyło to przede wszystkim kobiet, których zachowanie jest zazwyczaj trochę bardziej zdystansowane niż w przypadku mężczyzn. Co druga mijana na ulicy kobieta pozdrawiała mnie lub posyłała serdeczny uśmiech, aplikując kolejne dawki pozytywnej energii.

To ludzie, a nie krajobrazy tworzą obraz Iranu pięknym.