Gruzińską przygodę czas zacząć!

IMGP9127

Gruzja to jednej z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie krajów na naszej drodze. O Gruzji słyszałam wyłącznie same pozytywne opinie: piękna, nieskażona przyroda, wspaniałe góry, gościnni mieszkańcy, pyszna kuchnia oraz wyśmienite wina. Czegoż można chcieć więcej w podróży?

Po przejechaniu przez tunelowy koszmar na trasie Trabzon-Sarp, znaleźliśmy u bram Gruzji. Pierwszy raz najedliśmy się niepotrzebnych nerwów podczas przekraczania granicy. Po tureckiej stronie przeszliśmy odprawę, jak to do tej pory bywało jako kierowcy wraz z innymi pojazdami – szybko i bezproblemowo. Po gruzińskiej stronie skierowano nas natomiast do terminalu, by odprawić się przy okienku. Niestety bramki nie były przystosowane do tego by przepychać przez nie obładowane rowery. Dodatkowo sprawę utrudniała niemiła pograniczniczka, która zirytowana była faktem, że mamy z tym problem. Finalnie jakoś się udało, lecz przygodę z Gruzją zaczęliśmy w niezbyt dobrych humorach. Po zweryfikowaniu cen w jednym z wielu sklepów monopolowych, ciągnących się wzdłuż drogi po przekroczeniu granicy, uśmiechy znowu jednak zagościły na naszych twarzach. Dwa miesiące w muzułmańskim kraju, gdzie ceny alkoholi nie zachęcają do biesiadowania, były prawie równoznaczne z dwoma miesiącami abstynencji.

Kolejną rzeczą, która dość mocno rzuciła mi się w oczy, była diametralna zmiana ubioru wśród napotkanych turystek, plażowiczek. W Turcji, na plażach w regionie Morza Czarnego, gdzie wakacje spędzają głównie rodowici mieszkańcy, rzadko kiedy widywałam kobiety w dwuczęściowych strojach kąpielowych, częściej były to: zakrywający więcej strój jednoczęściowy, krótkie spodenki i koszulka, a w skrajnych przypadkach również czador. Odzwyczajone od golizny oczy, zostały nagle zbombardowane pępkami, pośladkami i głębokimi dekoltami. Był to znak, że znowu przez chwilę będzie można zapomnieć o tym co wypada lub nie wypada na siebie przywdziać.

I ta cisza, wszędzie spokój i cisza. Po głośnej, gwarnej i roześmianej Turcji, ta cisza była niemal przygnębiająca. Dziwne się czuliśmy idąc ulicami, gdy nikt nie zwracał na nas uwagi, nikt nas nie witał, nie zaczepiał, nie chciał sobie z nami zrobić selfie. Kto by pomyślał, że będziemy musieli na nowo oswajać się z ciszą.

Pyszny, świeżutki kwas.

Pyszny, świeżutki kwas.

IMGP9171

IMGP9226

Pierwszym miastem na naszej drodze był dziwny stwór Batumi, wzdłuż głównej promenady naszpikowany nowoczesnymi inwestycjami, abstrakcyjnymi budynkami, stylowymi restauracjami, gdzie postawiono na zasadę: więcej znaczy lepiej. Wszystko po to, żeby trafić w gusta i guściki bogatych turystów. Nie trzeba było jednak zbyt zagłębiać się w miasto, żeby zobaczyć drugie oblicze miasta, Batumi zwykłych ludzi: stare, komunistyczne kamienice, obdrapane samochody, zaśmiecone drogi.
IMGP9102

IMGP9123

IMGP9109

IMGP9117

IMGP9124
IMGP9108

IMGP9107

IMGP9143

Każdy radzi sobie jak może :) Widzieliśmy też akcję, jak prosiak kradł kukurydzę z podobnego worka, ale niestety nie udało się uchwycić

Każdy radzi sobie jak może :) Widzieliśmy też akcję, jak prosiak kradł kukurydzę z podobnego worka, ale niestety nie udało się uchwycić.

Pamiętacie maszyny, gdzie za pomocą łapki losowało się zabawki? To właśnie jej gruziński odpowiednik.

Pamiętacie maszyny, gdzie za pomocą łapki losowało się zabawki? To właśnie jej gruziński odpowiednik.

Chleba w małych piekarniach często nie ma, często trzeba na niego czekać, ale jak się już człowiek doczeka, to niebo w gębie :)

Chleba w małych piekarniach często nie ma, często trzeba na niego czekać, ale jak się już człowiek doczeka, to niebo w gębie :)

Jedno z wielu podobnych do siebie stoisk na bazarze, czyli mydło i powidło.

Jedno z wielu podobnych do siebie stoisk na bazarze, czyli mydło i powidło.

W poszukiwaniu gruzińskich przysmaków trafiliśmy przez przypadek w bardzo fajne miejsce, przypominające nasze rodzime bary mleczne. Dobre jedzenie i pyszne piwo z kija za 1,5 lari. Pierwszy raz mieliśmy do czynienia z pierożkami khinkali, więc za bardzo nie wiedzieliśmy jak się za nie zabrać. Z pomocą na szczęście przyszły nam panie z obsługi, które poinstruowały nas jak to umiejętnie zrobić, żeby nie wylać na siebie całego rosołku.
IMGP9157

W wielu sklepach czy knajpkach panie używają jeszcze takich liczydeł do podliczania rachunku.

W wielu sklepach czy knajpkach panie używają jeszcze takich liczydeł do podliczania rachunku.

IMGP9163

W Batumi z powodu mojej choroby, czy to zatrucia czy przegrzania do dziś niewiadomo, która wyssała ze mnie wszystkie siły życiowe i wprawiła w ponury nastrój, spędziliśmy trzy dni. Gdy poczułam się lepiej, wyruszyliśmy wzdłuż morza w kierunku Swanetii. Przydrożna, bujna roślinność niemal wylewała się na drogę, na której co chwilę musieliśmy manewrować pomiędzy wszechobecnie wędrującą ospale trzodą. Miejscowi kierowcy okazali się bardziej narwani niż w Turcji i co jakiś czas przyprawiali nas swoimi popisami o szybsze bicie serca.
IMGP9236

IMGP9249

Ktoś nam robi konkurencję ?:D

Ktoś nam robi konkurencję ?:D

Zajechaliśmy do uzdrowiska Ureki, znanego z czarnych magnetycznych piasków, które podobno mają zbawienny wpływ między innymi na układ krążenia oraz układ nerwowy, z nadzieją kąpieli. Jednak tłumy turystów oraz wszechobecnie walające się śmieci, skutecznie nas do tego zniechęciły. Ciśnienie na morskie kąpiele zostało, więc kilkanaście kilometrów dalej zjechaliśmy z drogi do lasku, usytuowanego w sąsiedztwie plaży. Ludzi może nie było w nadmiarze, za to plaża przypominała wysypisko śmieci. Zadowoleni plażowicze na kocykach porozkładanych pomiędzy tym całym syfem, przyjemnie spędzali czas. IMGP9251

...

O nocleg zapytaliśmy w biurze Kolchidzkiego Parku Narodowego i przyjazny pracownik imieniem Tamaz bez problemu zgodził się rozbicie przez nas namiotu. Nasz przyjazd był mu bardzo na rękę, gdyż widocznie czuł się samotny, bo co chwilę przychodził by zamienić z nami parę słów. W końcu ośmielił się na tyle by zaproponować małą, wspólną biesiadę. Na stole pojawiły się warzywa i owoce z jego ogrodu, swojski ser oraz ognisty trunek, którego mieliśmy wypić według zapewnień Tamaza tylko „ciut ciut”. Nasz gospodarz nie omieszkał każdego kielicha poprzedzić tradycyjnym toastem. Tamaz uświadomił nas co nieco na temat realiów życia przeciętnego Gruzina. On pracując na pełny etat jako strażnik w Parku Narodowym zarabia miesięcznie 350 lari (ok. 570 zł), natomiast wynagrodzenie jego żony pracującej przy zbiorach w sadzie to 150 lari (ok. 240 zł) miesięcznie. Z głodu nie umrą, gdyż mają własne gospodarstwo, które dostarcza produktów niezbędnych do wyżywienia 4-osobowej rodziny, jednak gdy dzieci będą chciały iść na studia, których miesięczny koszt przekracza ich wspólne miesięczne zarobki, wtedy zaczną się schody… Gdy Tamaz zapytał nas o kwotę jaką uzbieraliśmy na naszą podróż musieliśmy skłamać. Mimo, że to pieniądze ciężko zarobione, własnymi rękami nie mieliśmy śmiałości powiedzieć ile zamierzamy „przechulać” na podróże. Coś nam się wydaje, że im bardziej na wschód tym nasze nosy będą rosnąć coraz częściej.

IMGP9264