Góry Pontyjskie nie dały nam rady.

Panorama10

Kolejnym naszym celem było Morze Czarne, a żeby dostać się tam z Kapadocji musieliśmy przejechać kawałek Centralnej Anatolii, a później przedrzeć przez Góry Pontyjskie. Przez niższe partie, ale dla nas niewprawionych jeszcze sakwiarzy, zawsze to jakieś wyzwanie.

Piotrek tysiące razy przeglądał mapę, żeby znaleźć dla nas jakąś odpowiednią trasę. No i coś tam znalazł, ja się do tego nie wtrącałam, wystarczyło mi zapewnienie, że będą to niezbyt uczęszczane drogi, tak żebyśmy mogli spokojnie męczyć się z naszymi podjazdami, nie stresując trąbiącymi na nas tirami.

W Turhal jeden pan odradzał nam naszą drogę, sugerując że jest „dangerous” i podjazdy są pionowe. Jednak Piotrek uspokajał mnie, mówiąc że na pewno przesadza, a nawet jeżeli ma racje to przecież możemy pchać rowery (nieść na plecach?). Pomyślałam, że w sumie ma rację. W grę wchodziła jeszcze jedna trasa, ale musielibyśmy nadrobić jakieś 100 kilometrów i na dodatek byłaby to duża, główna droga. Odrzuciliśmy, więc ten pomysł.

Nadszedł ten dzień. My jeszcze nie wyruszyliśmy na zdobywanie szczytów, a już zmęczeni byliśmy samą tą myślą. Tak naprawdę kilka ostatnich dni przez mniejsze górki i pagórki dało nam już nieźle w kość, a 50-kilometrowy odcinek zakładał pokonanie prawie 2500 metrów przewyższeń. Piotrka widocznie bawiła moja zmartwiona mina, więc chciał sobie ze mnie dodatkowo zażartować.

Piotrek: Widzisz ten znak? (wskazując na tablicę nad drogą, która wskazywała kierunek naszej trasy). „ALPASIAN” – Azjatyckie Alpy!

Kto Piotrka zna, wie że lubi wymyślać jakieś głupoty i wkręcać ludzi. Szczególnie mnie, z czego ma niezły ubaw, bo zazwyczaj łykam wszystko jak pelikan. Jednak nie tym razem, nie udało mu się uśpić mojej czujności. Na tablicy widniał napis „ALPASLAN”.

Jedząc śniadanie przy drodze, zagadał nas sympatyczny rolnik. Oczywiście nie inaczej, chciał wiedzieć skąd, dokąd. On również był zaskoczony wybraną przez nas drogą. Brak wspólnego języka nie przeszkadzał mu w odradzeniu nam wybranej trasy, żwawą gestykulacją rąk, która (jak dla mnie) jednoznacznie wskazywała na to, że czekają na nas spadające na głowy kamienie. Oczywiście podniosło to jeszcze bardziej poziom mojego zaniepokojenia. Odwrotu jednak nie było. Z czasem trudy drogi na szczęście skutecznie odsunęły moje czarne myśli na bok, by zrobić miejsce na walkę z podjazdami.
IMGP8118
IMGP8125
Podjazd nr 1 – jest ciężko, ale dajemy radę bez większego marudzenia. Następnie przyjemny asfaltowy zjazd do Alparslan, skąd zaczynami kolejny podjazd. Na liczniku mamy zrobione 10 kilometrów. Pniemy się w górę, myśląc że nawet nie jest tak źle skoro jedziemy i pchać nie musimy. Jednak okazuje się, że to jeszcze nie ten właściwy – najgorszy podjazd, na który z niepokojem czekamy. Zjeżdżając stromo w dół, po żwirowej drodze, osiągamy prawie takie same prędkości jak na podjazdach. Ręce pracują cały czas na hamulcach, a obręcze prawie że płoną (chyba to raczej niemożliwe, ale ładnie brzmi ). Przed oczami widzimy naszego kolejnego przeciwnika. Snujemy marzenia, że może ktoś będzie jechać do wioski położonej na szczycie góry i nas podwiezie.IMGP8120
IMGP8129

Godzina 16:00, na liczniku 25 kilometrów. Rozpoczynamy podjazd. Tym razem nie jest już tak łatwo i więcej pchamy niż jedziemy, co też nie jest lekkie. 50 metrów, pauza, 50 metrów, pauza… i tak w kółko. 50 metrów, tyle zazwyczaj jestem w stanie przepchać bez zatrzymania. Jak złapie rytm, jakoś to idzie. Czasami są momenty, gdy możemy kawałek podjechać. W końcu postanawiamy zrobić małą przerwę na odpoczynek i wpakowanie czegoś energetycznego do brzuszka, niezbyt długą, bo tym ciężej będzie ruszyć dalej. Po pauzie robi się jakoś mniej stromo, więc możemy już regularnie zacząć pedałować. W końcu jest! Piotrek mówi, że to już, że teraz powinniśmy już jechać tylko w dół. Tryumfalne okrzyki, ostatni łyk Fanty zostawiony na tą okazję. Nasza radość jest jednak przedwczesna, po kilkuset metrach znów zaczyna się podjazd. Moralne spadają do zera. Dodatkowo nadciągają chmury, a stan drogi jest coraz bardziej beznadziejny. IMGP8123

IMGP8137

Droga prowadząca w dół oczywiście jest w przebudowie, a glina i błoto, które zdążyły już oblepić koła naszych rowerów, skutecznie nas spowalniają. W końcu jesteśmy zmuszeni ponownie zejść z rowerów i pchać , jednak po chwili również i to jest niemożliwe, biorąc pod uwagę nasze ogromne zmęczenie. Dodatkowo mgła (czy raczej może jesteśmy w chmurach?) utrudnia nam orientację wśród rozkopanych dróg. Piotrek brnie dalej do celu, jakikolwiek on jest. Ja totalnie nie mam już siły i oprotestowuje pomysł kontynuowania dalszej drogi. Godzina 19:30, na liczniku 51 kilometrów. Rozbijamy obóz. Gotujemy kolację, po czym zmęczeni i upoceni zawijamy się w śpiworki.
IMGP8140

IMGP8142

IMGP8156
Z rana nastroje są już dużo lepsze i sił więcej do działania. Przedzieramy się przez błota i przy zabudowaniach pierwszej wioski obmywamy koła, hamulce i przerzutki i dalszą drogę możemy kontynuować bez większych przeszkód.
IMGP8164

IMGP8169
I choć podczas podjazdów przeklinam wszystko: rower, Piotrka i całą tą naszą wyprawę, teraz siedząc na trawce i patrząc ze spokojem na morze, myślę że było fajnie i cieszę że dałam radę i czekam na więcej.