Góry, mamałyga i rumuńska gościnność.

IMGP3645x

Szczerze mówiąc, kiedyś w odległych czasach Rumunia kojarzyła mi się z jakimś brzydkim, biednym krajem, który zamieszkują cyganie. Z wiekiem świadomość zaczęła wzrastać i okazało się, że nawet niektórzy ludzie tam jeżdżą na wakacje i jest fajnie. Zdążyłam się również zorientować, co do różnicy między Rumunami (mieszkańcami Rumunii) a Romami czy też Cyganami. Planując naszą podróż rowerową do Azji okazało się, że na naszej drodze znajdzie się ten kraj. No to google grafika i patrzę co tam ciekawego w tej Rumunii mają. Patrzę i nie wierzę. I teraz też. Jadę, patrzę i nie wierzę, jak wcześniej przez tyle lat mogłam żyć w nieświadomości, że Rumunia może być taka piękna.

No tak, ale może od początku. Po dwóch dniach lenistwa w Berehowe, gdzie wymoczyliśmy się trochę w basenach termalnych, które lata świetności mają już z pewnością za sobą (a lata takie z tego co słyszeliśmy to miały, bo podobno kiedyś służyły reprezentacji pływaków z ZSRR w przygotowaniach do olimpiady), ruszyliśmy ochoczo w kierunku najbliższej granicy ukraińsko-rumuńskiej (Djakovo – Halmeu). Wiedzeliśmy, że przejście to obsługuje wyłącznie ruch kołowy, do którego, o dziwo, rower się nie zalicza, pomimo posiadania kół. Myślimy: na granicy polsko-ukraińskiej udało się, z pomocą przemiłych pań pograniczniczek, złapać podwózkę na drugą stronę, tu też musi się udać. Obsługa na granicy nie była już tak miła, a wręcz zniechęcała nas do kombinatorstwa i odsyłała do Wyłok (kiedy my chcieliśmy do Rumunii, a nie na Węgry), a ruch znikomy, jednak po jakiejś godzince, w końcu się udało. Na dwie raty. Najpierw ja przejechałam z rowerami busikiem, a Piotrula dojechał do mnie chwilę później jakąś osobówką.

Pierwsze wrażenie: ale mają wypaśne drogi, dziur nie ma, aż się chce jechać. Drugie wrażenie: dziur nie ma, to ostro zaperdzielają, co dało się zauważyć nie tylko po prędkości z jaką byliśmy mijani, ale również po ilości biednych zwierzątek różnej maści, zalegających w przydrożnych rowach. Aż serce się krajało.

Dokulaliśmy się do miejscowości Livada, gdzie postanowiliśmy poszukać noclegu, najlepiej gdzieś pod daszkiem, bo w nocy miało padać. Internat zamknięty, motel za drogi, to mówimy spróbujemy w cerkwi. Na podwórzu między kościołem a plebanią stała a’la altana – na namiot w sam raz idealna. Pytamy (czyt. dajemy naszą magiczną karteczkę na której mamy napisane skąd przybywamy i czego chcemy, przetumaczoną na język rumuński) więc księdza, czy istnieje możliwość przenocowania na jego posesji. On w odpowiedzi wskazuje nam obszernym ruchem ręki, że jego trawnik mamy do dyspozji i dodatkowo, gdzie jest wychodek i kranik z wodą. Wieczór spędzamy w towarzystwie synów księdza i jego kolegów, dla których stanowimy nie lada atrakcję. Piotrek gra z nimi w piłkę, bawi się w chowanego. Później chłopaki z zaciekawieniem obserwują jak rozkładamy namiot, gotujemy kolację, a na dobre zakończenie pierwszego dnia w Rumunii, obdarowują mnie kwiatkami. Sweet :)

Łowiecki sie pasą, słonecko na niebie.

Łowiecki sie pasą, słonecko na niebie.

Najlepsi piłkarze w Livadzie.

Najlepsi piłkarze w Livadzie.

Dobrym ruchem okazało się rozstawienie namiotu pod zadaszeniem, bo w nocy leje jak z cebra. Zresztą rano też. I w sumie przez cały dzień. Droga do Sapanty upływa nam, więc deszczowo, a na miejsce docieramy przemoczeni i zmarznięci. Ceny noclegów w kwaterach prywatnych okazują się wysokie (w sezonie mają pewnie tłumy turystów i w głowach się poprzewracało), a właściciele nie chcą się targować, więc mija chwila zanim znajdujemy coś w przyzwoitej cenie. Zostawiamy sakwy i ruszamy na lekko, na zwiedzanie Wesołego Cmentarza, gdzie przez jakiś czas włóczymy się wśród kolorowych nagrobków. Z czasem jednak zauważamy, że rysunki zaczynają się powtarzać i jednocześnie uświadamiamy, że przydałby się tłumacz, bo obrazki to jedno, a zabawne wierszyki drugie, a razem tworzą jedną całość. Na szczęście porobiliśmy trochę zdjęć, więc jak będzie chwila czasu, to może uda się coś przetłumaczyć.

Kolejnego dnia rano słoneczko trochę wyjrzało zza chmur, więc aż przyjemniej się jechało…jechałoby, gdyby nie przeziębienie, będące skutkiem przemoczenia dnia poprzedniego. W Sighetu Marmatiei zrobiliśmy małe zapasy, które uzupełniliśmy na przydrożnym straganie o swojski żółty ser (mniami). Jako, że wjechaliśmy w bardziej górzysty teren, to podjazdów było coraz więcej, ale również widoki coraz ładniejsze. Zdarzył się również mały incydent, z psem w roli głównej, który wyrwawszy z ziemi pniak, do którego był przywiązany, chciał mnie zjeść. Na szczęście Piotrek skutecznie go odstraszył. Nie powiem, adrenalinka trochę się podniosła 😉

Pralka?

Pralka?

Najwyższy drewniany kościół na świecie.

Ile metrów ma wieża kościoła w Sapancie ?.

IMGP3583

Jedna baba, drugiej babie wsadziła...

Jedna baba, drugiej babie wsadziła…

IMGP3531xx

Pogoda oczywiście się popsuła, nadciągnęły deszcze i wichury, które popsuły nam zjazd silnymi podmuchami, miotając nami od jednego pasa do drugiego. W Moisei chcieliśmy się zatrzymać na campingu, ale najpierw postanowiliśmy spróbować szczęścia w kościele. Przed domem przywitał nas starszy wiekiem ksiądz, który przeczytał magiczną karteczkę, zapytał czy mówimy po angielsku, po czym zadzwonił po swoją synową. Anca doradziła nam, żebyśmy spróbowali w pobliskim monastyrze lub jeżeli nie przeszkadza nam zimno przespali sie na podłodze w niewykończonym budynku, należącym do kościoła. Dla nas idealnie. Kobieta zaprowadziła nas do budynku. Zanim jednak na dobre rozpakowaliśmy się i zaczęliśmy gotowanie, Anca wróciła by zaprosić nas do domu na herabatę, która przerodziła się w kolację. Wieczór upłynął nam w przyjemnej atmosferze w towarzystwie Ancy i jej męża, na rozmowach o naszych krajach. Naszych gospodarzy dziwił pomysł tak długiej i niebezpiecznej podróży, a również fakt że zostawiliśmy na tak długo nasze Mamy. Okazuje się bowiem, że w Rumunii więzy rodzinne, szczególnie w relacji dzieci – rodzice są bardzo silne.

Dzień następny rozpoczęliśmy bardzo miło, od wspólnej kawy z Ancą. Podczas pakowania naszych gratów na rowerki okazało się, że został nam podrzucony (nie wiadomo kiedy) prowiant na drogę. Rumuni powoli zaczęli zdobywać nasze serca.

Tego dnia mieliśmy do zdobycia Przełęcz Prislop (1416 m n.p.m.), a znak informujący o 25 km serpentyn nie nastrajał zbyt dobrze. Miałam tylko nadzieję, że tyle będzie w sumie – w górę i w dół. Postoje co mniej więcej 2 km, okazały się dla mnie dobrym rozwiązaniem. Jednak moje tempo dla Piotrka, było zbyt wolne (chyba kolanko już całkiem zdrowe ;)), gdzieś mi zwiał i przez kilka kilometrów próbowałam go dogonić, nie robiąc przerw i przeklinając w myślach, jak mógł tak samolubnie mnie opuścić i zostawić sam na sam z tym podjazdem 😉 Gdy rozpoczynaliśmy podjazd pruszył delikatnie śnieg, który z czasem i wysokością, zwiększał swoją intensywność, by na szczycie przerodzić się w regularną śnieżycę. Droga w dół też lekka nie była, nie dość że wiało i sypało, to wszystkie paluszki odmarzały tak, że co jakiś czas musieliśmy robić krótkę przerwę na ich rozgrzanie. Ah te nasze cudowne zimowe rękawiczki… Nie przesadzając, płakałam z bólu. Plan po tej bitwie był taki, żeby znaleźć jakiś przytulny pensjonat i zakopać się pod kołderką, okazało się jednak, że przerwa na gorącą herbatę, skutecznie pobudziła w nas chęć na dalszą jazdę. IMGP3684x

IMGP3696x

IMGP3697x

P4010001x

Po przejechaniu kilkudziesięciu kilometrów zaczęliśmy powoli rozglądać się za noclegiem. Pensjonaty były albo za drogie albo zamknięte, naszą nadzieję upatrzyliśmy więc w monastyrze znajdującym się na wzgórzu. Tylko komu by się chciało na koniec dnia pchać na nie obładowany rower, nie mając pewności, że nas przyjmą. Piotrek został więc oddelegowany do rozeznania się w sytuacji. Niestety okazało się, że pod dachem miejsca nie mają, jedynie możemy rozbić namiot na trawce (czy raczej śniegu) obok świątyni. Stwierdziliśmy, że na górze pewnie jest jeszcze bardziej zimno i wietrznie, więc wyeliminowaliśmy tą opcję. Naszą ostatnią nadzieją był mały pensjonat, przy którym krzątała się dwójka starszych ludzi. Po przeczytaniu naszej magicznej karteczki i krótkiej naradzie, pozwolili nam rozbić namiot w przydomowej altance. Podczas jego rozkładania, gospodyni kilka razy podchodziła do nas wyraźnie zmartwiona, tym że zmarzniemy. Pytała czy może nie chcemy spać w pokoju, my jednak nie chcąc się naprzykrzać upieraliśmy się przy naszym materiałowym domku. W międyczasie rozpętała się mała śnieżna zawierucha i któreś z nas, w końcu musiało to powiedzieć…tak jednak chcemy ten pokój. Pani powiedziała, że nie ma ciepłej wody, ani ogrzewania, ale na pewno jest cieplej i zapewniła, że nie musimy nic płacić. Piotrek chciał ugotować kolację na kuchence, jednak w tym wypadku gospodarz wkroczył do akcji, stanowczo dając do zrozumienia, że po dojeniu krów zjemy kolację z nimi. Na kolację nic innego jak ciorba, mamałyga z bryndzą, a dla osłody cozonac i kieliszeczek domowej nalewki. Wszystko proste, swojskie, a jakże pyszne, tym bardziej dla zmęczonego i wygłodzonego rowerzysty. Tak nam było domowo i miło, a z drugiej strony głupio, że trochę się – jakby nie było – wprosiliśmy. Postanowilismy w ramach podziękowania podarować naszym gospodarzom krótki liścik z podziękowaniem oraz kawę ze Lwowa (która miała być nagrodą niespodzianką w konkursie ;)), którą dostaliśmy od Ks. Tomka, który zasugerował że możemy ją wypić jak powiedział albo wykorzystać w wyjątkowych okolicznościach. Rano, podczas gdy pakowaliśmy rowery, nasz gospodarz wyszedł przed dom i jednoznaczym ruchem ręki pomasował się po brzuszku, tym samym zapraszając na śniadanie. Żegnając się wręczyliśmy naszym gospodarzom kawę i liścik, do którego włożyliśmy jeszcze pieniążka, którego gospodyni nie przyjęła, dając do zrozumienia, że byliśmy jej gośćmi i żadnych pieniędzy nie przyjmie.

Obowiązkowe zdjęcie z przemiłą gospodynią.

Obowiązkowe zdjęcie z przemiłą gospodynią.

Domki na Bukowinie aż się proszą, aby je fotografować.

Domki na Bukowinie aż się proszą, aby je fotografować.

Człowiek z jednej strony liczy na bezinteresowną pomoc drugiego człowieka, ale kiedy ją dostaje czasem nie wie jak się zachować, a gdy dostaje jej w nadmiarze – jest w kompletnej kropce. Wyjeżdżaliśmy z Ciocanesti wzruszeni ludzką dobrocią, a jednocześnie w mocnym postanowieniu przekazywania jej dalej.

  • Bogusław Foszmanowicz

    Podziwiam determinację i zazdroszczę tym bardziej, że sam nie umiałbym tak wyruszyć na tak długo zostawiając wszystko. Czekam na każdą wiadomość