Fudżi. Góra jak marzenie z historią pewnej znajomości w tle.

Mimo tego, że mieliśmy do niej jeszcze dobre kilkadziesiąt kilometrów, wyłoniła się nagle i tak już nami została na kilka kolejnych dni. Była piękna i robiła niesamowite wrażenie, tym większe, im bliżej niej się znajdowaliśmy. Pedałowaliśmy jak zaczarowani patrząc na jej ośnieżony czubek. Święta góra, cud natury, źródło artystycznej inspiracji – Fuji-san, jak mawiają miejscowi.

Fudżi. Góra jak marzenie.

Oficjalny sezon wspinaczkowy na Fudżi trwa jedynie dwa miesiące, lipiec i sierpień. Nieoficjalny z pewnością trochę dłużej. Niestety podróżując po Japonii na przełomie stycznia i lutego, nie było żadnych szans, żeby załapać się któryś z nich. Podczas, gdy ja całkowicie odpuściłam sobie snucie planów o zimowym wejściu na Fudżi, Piotrek podjarał się tym pomysłem na tyle, by przesłać zapytanie do kilku agencji turystycznych z zapytaniem o ewentualne podczepienie się do jakiejś grupy. Niestety bezskutecznie. Bez sprzętu, doświadczenia wspinaczkowego i sztabki złota, mógł o zdobywaniu Fudżi jedynie pomarzyć.

Cóż, będąc tak blisko, mając ją na wyciągnięcie ręki, postanowiliśmy ją przynajmniej dobrze z każdej strony pooglądać. Doszły nas słuchy, że najlepszy widok na Fudżi będziemy mieli nad Jeziorem Kawaguchi. No to jedziemy! A wjechać trochę było trzeba, z poziomu morza na 800 metrów, ale przecież nie takie podjazdy się robiło. Nawet moje gorsze samopoczucie, zwiastujące jakieś choróbsko, nie mogło pokrzyżować nam planów. Z racji zbliżającego się zmroku, rozbiliśmy namiot na polance w połowie podjazdu. Kiedy ja dogorywałam w śpiworku, próbując uspokoić targające moim ciałem dreszcze, Piotrek z przymarzniętym do łapki aparatem uwieczniał piękną Panią.
Z każdym kolejnym kilometrem podjazdu, powietrze robiło się coraz zimniejsze, a krajobraz bielszy. W planach mieliśmy zwiedzanie lodowej jaskini, niestety okazało się, że jesteśmy nie w porę, ponieważ aktualnie wszystkie lodowe formacje skalne uległy roztopieniu  Stwierdziliśmy, że gołych ścian nie będziemy oglądać i wybraliśmy się do muzeum poświęconego Fudżi.

Japonia, Fudżi

Pierwsze spojrzenie.

Japonia, Fudżi

Japonia, Fudżi

Japonia, Fudżi

Japonia, Fudżi

Japonia, Fudżi

Japonia, Fudżi

Japonia, Fudżi

Japonia, Fudżi

Nowy znajomy i imprezka u stóp Fudżi.

Po krótkiej wycieczce po świecie historii i wulkanologii zamierzaliśmy dostać się do Jeziora Kawaguchi, ale musieliśmy odłożyć to nieco w czasie, gdyż dostaliśmy niespodziewane zaproszenie na obiad. Do tej pory raczej nie zdarzyło nam się w Japonii nawiązać zbyt wielu znajomości, więc tym bardziej nie mogliśmy przegapić takiej okazji. Japończycy są raczej powściągliwym narodem, jeżeli chodzi o kontakty z nieznajomymi, a tym bardziej cudzoziemcami.

Razem z Yoshino wylądowaliśmy w pobliskim knajpce, serwującej lokalne dania. Mimo tego, że znajomość angielskiego naszego nowego znajomego była w dużym stopniu ograniczona, to nadrabialiśmy uśmiechami. Było smacznie i bardzo sympatycznie. Okazało się, że pasją Yoshino są podróże motocyklowe. To właśnie dlatego postanowił się przełamać i bliżej nas poznać. Tak przynajmniej na ten moment nam się wydawało…

Po pamiątkowych zdjęciach i przeciągającym się w nieskończoność pożegnaniu, każdy ruszył w swoją stronę. Yoshino do oddalonej o 30 kilometrów rodzinnej miejscowości, my natomiast nad jezioro, gdzie udało nam się znaleźć idealną miejscówkę na nocleg, z cudownym widokiem na Fudżi. Sesjom zdjęciowym, połączonych z ochami i achami, nie było końca. Po zmroku jak gdyby nigdy nic, przy ujemnej temperaturze, urządziliśmy sobie w naszym obozowisku małą imprezkę. Rozgrzewając się ugotowanym na kuchence chilli con carne oraz winkiem, cieszyliśmy się jak dzieci, że tam jesteśmy i że jest fajnie.

Japonia, Fudżi

Pamiątkowe zdjęcie i podarowany nam w prezencie upominek w postaci tradycyjnego ręczniczka.

Japonia, Fudżi

Jest dosłownie wszędzie.

Japonia, Fudżi

Japonia, Fudżi

Japonia, Fudżi

Japonia, Fudżi

Japonia, Fudżi

Japonia, Fudżi

Japonia, Fudżi

W sklepie z pamiątkami. Tysiąc oblicz Fudżi.

Japonia, Fudżi

Jest nawet babka w kształcie Fudżi :D

Lekcja przyjaźni po japońsku.

Poranek przywitał zimnymi podmuchami, a nadciągające ciemne chmury, nie zwiastowały niczego dobrego. Zima rozhulała się na dobre, sypiąc w oczy śniegiem. Wiedzieliśmy, że jedynym ratunkiem będzie ewakuacja w niższe partie gór.

Podczas zjazdu spotkaliśmy ponownie Yoshino, które przypadkowo robił pranie w pobliskiej pralni. Z jego opowieści wynikało, że poprzedniego wieczora przyjechał do nas w odwiedziny nad jezioro, ale niestety nie udało mu się znaleźć. Japończyk ponownie zaprosił nas na lunch, ale grzecznie podziękowaliśmy, nie chcąc go naciągać. Po chwili zmieniliśmy jednak zdanie, widząc jak bardzo człowiek ten łaknie kontaktu z nami. Po posiłku i krótkiej pogawędce, Yoshino postanowił nas eskortować do przełęczy, żebyśmy się przypadkiem nie zgubili. Nie dało się przegadać, że mamy GPSa i wiemy gdzie jechać.

Dalsza część powinna nosić miano grzecznościowego komediodramatu. Ciężko to wszystko wytłumaczyć, musielibyście to przeżyć. Słowo „dozo” („proszę”, przy podawaniu czegoś, oferowaniu czegoś, przepuszczaniu kogo), używane przez Yoshino w stosunku do nas, do tej pory wielokrotnie, można by powiedzieć megakrotnie, nie ustąpiło na częstotliwości, ale przybrało całkiem nowy wymiar. Kolega nasz to nas wyprzedzał, to zostawał w tyle, czasem wychodził z auta i obserwował nasze zmagania z podjazdem, kibicując nam zagorzale. Przy każdorazowym wymijaniu obydwojga z nas, otwierał okno, wyciągał dłoń i gestem przepuszczał nas przodem lub sygnalizował, że „proszę wybaczyć, ale wyprzedzam”. Zawsze ze słowem „dozo” na ustach. Moment kulminacyjny nastąpił po drugiej stronie przełęczy. Kiedy pędziliśmy w dół z prędkością 40km/h na godzinę, dla mnie przestało być śmiesznie. Bałam się, że w tej euforii, wśród gestykulacji i ciągłego podjeżdżania do mnie, Yoshino mnie po prostu za chwilę potrąci.

Projekt „ewakuacja”.

Na całe szczęście jedynie porządnie wymarzliśmy. Japończykowi wciąż było nas mało, tym razem zaproponował wizytę u znajomego mechanika, mieszkającego nieopodal, który mógłby wyserwisować nam rowery. Nawet twarz zbitego dziecka, ani łezka kręcąca się w oku, tym razem na nas nie zadziałały. Podziękowaliśmy grzecznie i stanowczo, pożegnaliśmy się szybko i pojechaliśmy w swoją stronę. Czuliśmy, że jedna strona chyba za bardzo zaangażowała się w tą przypadkową, krótką, lecz intensywną znajomość.

Japonia, Fudżi

Lunch nr 2.

Wieczorem już w namiocie, mówię do Piotrka:

-Wiesz co boję się.
-Czego?
-Że rano obudzę się, wyjrzę z namiotu, a Yoshino będzie na nas czekał z jajecznicą :)

Fudżi, Japonia

Ostatnie spojrzenie.