No ferry, no smile. Jedną nogą w Korei Południowej.

Prom do Korei (8)

Mieć bilety na prom, a popłynąć nim o czasie to dwie inne sprawy. Pod koniec naszego miesięcznego pobytu w Chinach, po tygodniu spędzonym na pędzeniu, by zdążyć na czas, po radości z przybycia o czasie, przyszedł czas na mały dreszczyk emocji, gdyż my czasu nie mieliśmy. Widniejąca w naszych paszportach wiza jednoznacznie mówiła, że na nas już czas.

Jakaż byłam z siebie dumna, gdy dwa tygodnie wcześniej udało mi się znaleźć bilety na prom z Chin do Korei Południowej w atrakcyjnej cenie. Rezerwacja on-line za pośrednictwem facebooka poszła bez najmniejszego problemu. Termin ważności naszej chińskiej wizy upływał 15-ego listopada, więc bilety kupiłam na 14-ego. Na wypadek, gdyby przydarzył się jakiś poślizg. Nie pomyślałam o tym, że prom wypływa co dwa dni, więc w razie czego, ten dodatkowy dzień w żaden sposób nas nie ratuje. Tak naprawdę nie brałam na serio szansy na jakiekolwiek opóźnienie.
Do portowego Qingdao przyjechaliśmy dzień wcześniej niż planowaliśmy, co dało nas szansę na zobaczenie morza, poszwendanie się po mieście oraz wypicie kilku lanych piw w towarzystwie ślimaków, na pobliskim bazarze.

Chiny, Qingdao

Klimatyczna knajpa na bazarze. Dobre lane piwko + przekąski otrzymane w prezencie od chłopaków z sąsiedniego stolika.

Chiny, Qingdao

Piotrek nie ufa fryzjerom. Olewa system i strzyże się sam.

Prom do Korei (5)

Prom do Korei (6)

Wilki morskie z nas żadne, a jest wśród nas nawet jeden taki, który przy większej fali przybiera zielonkawe kolory, więc panująca od samego poranka dnia 14-ego listopada mgła, nie wzbudziła w nas żadnych wątpliwości, co do aktualności naszego rejsu, natomiast opustoszały budynek terminala potraktowaliśmy wyłącznie jako znak, że jak zwykle jesteśmy przed czasem. Na ziemię dopiero sprowadziła nas pani w okienku informując z uśmiechem, że „no ferry today”. Jak to proszę pani no ferry, jak my bilety mamy? Dlaczego nikt nas nie powiadomił? A pani na to, że przecież widać, że mgła, to chyba jasne, że „no ferry”. Kiedy? „Jutro nie, bo wtorek. We wtorki nie pływamy. Może w środę. Jak mgły nie będzie.” Proszę panią, ale my nie możemy czekać do środy, u nas wiza jutro się kończy. „Weźcie samolot” – wzruszyła ramionami, jak gdyby mówiła o kupnie makaronu na ulicy, a nie biletów lotniczych na ostatnią chwilę.

Wiedzieliśmy, że żadne samoloty nie wchodzą w grę. Nie mieliśmy ochoty płacić kosmicznych pieniędzy, a przy okazji fundować sobie emocjonalno-logistycznego rollercoastera, który zazwyczaj towarzyszy podróżowaniu z rowerami drogą powietrzną. Najprostszym rozwiązaniem było pozostanie na terenie Chińskiej Republiki Ludowej jeden dzień dłużej. Chcieliśmy jednak najpierw mieć świadomość jakie mogą być konsekwencje nielegalnego przedłużenia naszego pobytu. Po telefonie do Polskiej Ambasady w Pekinie okazało się, że są trzy opcje: więzienie, kara finansowa lub deportacja. Gdybyśmy mogli wybrać, zdecydowaliśmy się na tę ostatnią. Najlepiej do Korei. Życzliwy pracownik ambasady poradził żebyśmy postarali się w porcie o dokument potwierdzający odwołanie rejsu z przyczyn pogodowych i udali się z nim na komisariat. Nasza przemiła koleżanka z okienka po godzinie trzymania w niepewności uraczyła nas takowym świstkiem. Oczywiście bez żadnego podpisu czy pieczątki. Jak się później okazało na kartce widniała jedynie informacja o złych warunkach pogodowych. Nawet nie wspomniano o anulacji rejsu.

Za pierwszym podejściem trafiliśmy na nieodpowiedni komisariat, na szczęście panowie funkcjonariusze wsadzili nas do taksówki, która zawiozła nas w odpowiednie miejsce. Mimo tego, że cały posterunek przystrojony był tabliczkami informacyjnymi w języku angielskim, to na nasze nieszczęście nikt władał tym językiem. Odsyłano nas od jednego okienka do kolejnego. Zagraniczny petent to kłopotliwy petent. Byliśmy załamani. Jak mieliśmy cokolwiek załatwić skoro, druga strona nie wykazywała jakiejkolwiek chęci współpracy. W tym momencie jak dobry duch pojawił się nasz osobisty bohater. Zapewne widząc naszą konsternację, podszedł do nas Anglik z zapytaniem czy może nam jakoś pomóc. Mimo, że sam nie mówił po chińsku, z pomocą towarzyszącego mu skośnookiego przyjaciela wytłumaczył w okienku o co nam chodzi. Chwilę później pojawiła się mówiąca płynną angielszczyzną pani naczelnik (dlaczego wcześniej jej nie zawołali…), która rozwiała wszystkie nasze wątpliwości i ściągnęła kamień z serca. Okazało się, że 30-dniowa wiza uprawnia nas do przebywania na terytorium Chin trzydziestu pełnych dni. Jeżeli wjechaliśmy do kraju 17-ego, nasz pobyt liczony jest od 18-ego, a to oznaczało, że możemy legalnie, bez żadnego problemu popłynąć środowym rejsem. Nie pozostało nam nic innego, jak mieć nadzieję na dobrą pogodę.

Dwa dni później, po mgle nie było już żadnego śladu, a my udaliśmy się ponownie do portu. Zanim weszliśmy w posiadanie biletów, musieliśmy przejść weryfikację. Chińska straż graniczna dzwoniła do swojego koreańskiego odpowiednika, żeby upewnić się, czy Ci aby na pewno zechcą nas wpuścić na swoje terytorium. Całkiem słusznie. Bez sensu byłoby zostać na miejscu odesłanym z kwitkiem. Tak jak przypuszczaliśmy, nie znaleźli na nas żadnego haczyka. Jeszcze tylko serce zabiło przez chwilę szybciej, gdy celniczka liczyła pod nosem dni naszego pobytu, zanim wbiła pieczątkę i już mogliśmy się ładować na prom. Żeby nie było zbyt łatwo musieliśmy przejść mały tor przeszkód w postaci szeregu wind i ruchomych schodów. Największym absurdem było ładowanie rowerów do autobusu (niskopodłogowy raczej nie był), by ten mógł nas zawieść do stojącego 20 metrów dalej promu. Nasza 50-osobowa kajuta okazała się całkiem czysta i przyjemna. Przynajmniej taka była do czasu, kiedy Chińczycy nie zrobili z niej chlewa, rzucając na ziemie śmieci i niedopałki papierosów. Na pokładzie znajdowały się sale kinowe, salony gier, restauracje, kabiny prysznicowe oraz obowiązkowo pokoje karaoke, które zarówno Chińczycy jak i Koreańczycy uwielbiają.
Do Korei Południowej dopłynęliśmy z dwugodzinnym poślizgiem. Bardzo nam to było na rękę, gdyż w ramach rekompensaty za opóźnienie, otrzymaliśmy darmowy lunch. Kimchi (tradycyjne danie kuchni koreańskiej, składające się ze sfermentowanych warzyw; dla Koreańczyka dzień bez kimchi jest dniem straconym, a posiłek bez jego dodatku niepełnowartościowym 😉 ) okazało się miłością od pierwszego zjedzenia. Taka nasza kiszona kapucha w trochę innym wydaniu.
Prom do Korei (7)

Prom do Korei (8)

Prom do Korei (10)

Prom do Korei (1)

Odprawa poszła całkiem sprawnie. Odciski palców, pamiątkowe zdjęcie, do którego absolutnie, pod żadnym pozorem nie można się uśmiechać, jeżeli nie chce się narazić na upomnienie celnika. Nie ma, że człowiek się cieszy, że wjeżdża do Korei. Stanowcze „no smile” i tyle w temacie. Witamy w Korei. „Pitaaa… a ludzie mieli być mili”. Będą.

  • Szymon

    Najważniejsze, że się udało. Teraz czekamy na relację z Korei. Jesteśmy ciekawi Waszych odczuć. Pozdrawiamy