Droga do Qingdao.

Chiny, wschód słońca, zima

Nie chcemy już stopować, chcemy pedałować. I chociaż byśmy musieli robić przez tydzień setkę dziennie, chcemy zobaczyć mały fragment Chin jako cały film, od początku do końca, nieprzerwanie, bez marznięcia przy drodze, przesiadania z jednego auta do kolejnego, oglądania zbyt szybko uciekających obrazów, zmywających się w jedną całość, nudzących. Miałam patrzeć, a znowu przysypiam. A bo może Wy nie wiecie… każdy środek transportu działa na mnie usypiająco. Wchodzę, siadam, zaczyna bujać, odpływam. Jedynie rower, pozwala mi w pełni cieszyć się podróżą, zobaczyć kawałek świata. Mogłabym jeszcze maszerować, ale to może innym razem. Teraz opuszczamy Pekin i jedziemy do Qingdao.

To może tak dla zachęty zacznę od tego, że nie będzie to porywająca historia, pełna przygód. Nie będzie wyciskających pot podjazdów, długich widokowych zjazdów. Tak w ogóle to nie za wiele będzie się działo. Nie na to liczyliśmy, ale szczerze i tak lepiej było gnać te kilometry o własnych siłach, niż je przespać, obudzić się na miejscu. Nawet jak nic się nie dzieje, to coś się dzieje. Tam gdzieś daleko górzyste Junnany, Syczuany, a my sobie jedziemy przez pola, tereny przemysłowe i inne mało ciekawe miejsca. Wiadomo, że wolelibyśmy być „tam”, ale dodając do listy życzeń Koreę Południową i Japonię, okazało się, że to „tam” nam jakoś nie po drodze. Jesteśmy tu i najbardziej malowniczy z tego wszystkiego jest tytuł dla rodzącego się tekstu „Droga do Qingdao”, który raz po raz powtarzam w głowie, by urozmaicić sobie jazdę.

Jest listopad. Dzień ucieka nam szybciej, niż byśmy tego chcieli. Przez tydzień rytm dnia wyznacza nam słońce. Codziennie witani słabymi promieniami, nie mamy czasu by czekać kolejne dwie godziny, aż zrobi się na tyle ciepło, by można było wyjść z namiotu bardziej z radością niż z przymusu. Zresztą zważając na miejsce, w którym się znajdujemy, lepiej szybciej zniknąć niż zostać zauważonym.

Wystarczy tylko wychylić głowę, zobaczyć wytaczającą się zza horyzontu czerwoną kulę, w której łagodnym blasku, nawet zwykłe pole wygląda magicznie i już jakoś tak łatwiej, cieplej… przynajmniej na sercu. Widzieliśmy wiele zachodów słońca, ale tylu jego wschodów w jednym tygodniu nigdy wcześniej. Śniadanie, wyczekiwane całą długą noc, która dzieliła nas od kolacji, jemy bardziej niż ze smakiem. Pakujemy oszroniony namiot i zaparowane śpiwory, z nadzieją, że pogoda dopisze na tyle, ze uda nam się je gdzieś wysuszyć w ciągu dnia.

Jest zimno. Trzeba zakryć nos, bo inaczej odpadnie, palcami przebierać zgrabnie. Po kilku kilometrach krew zaczyna szybciej krążyć w żyłach, a wszystkie koniuszki zalewa przyjemna fala gorąca. Kręcimy tak do południa, ściągając z siebie kolejne warstwy odzieży.

Wieżowce, kominy, śmieci. Za pomocą tych trzech słów mogłabym opisać mijane przez nas miasta. Wiele budynków użytkowych stoi pustych. Część z nich jeszcze niewykończona, a już zaczynająca popadać w ruinę. Pomysły, które nie znalazły pokrycia w rzeczywistości. Są też wielkie plany: całe osiedla z szerokimi ulicami, równiutko posadzonymi drzewami, zamiatającymi liście na wietrze sprzątaczkami. Tylko nie wiadomo dlaczego, jakoś mieszkańców tych nowoczesnych kompleksów nie widać. Wolą bardziej mieszkać w tych częściach miasta gdzie jest brudniej i brzydziej, gdzie śmieci walają się pod nogami.

Około południa, o ile otaczający nas krajobraz ku temu sprzyja, zatrzymujemy się gdzieś przy drodze, na suszenie naszego dobytku, w międzyczasie pałaszując zakupione w przydrożnym zajeździe pampuchy, które stały się jedną z naszych ulubionych potraw. Dobre zarówno na ciepło, jak i zimno. Nie ma czasu na ociąganie, drzemki poobiednie i tego typu sprawy. Bilety na prom do Korei kupione, więc trzeba pedałować, jeżeli chcemy by odpłynął z nami na pokładzie.

Ludzie patrzą, obserwują, gapią się z rozdziawionymi ustami lub mijają obojętnie, bez żadnego zainteresowania, tak jakbyśmy byli powietrzem. Na nasze powitanie odpowiadają uśmiechem, głębokim zdziwieniem lub ignorancją. Kontaktów z miejscowymi nie mamy zbyt wiele. Bariera kulturowa, językowa. Przyzwyczajeni do otwartości, gościnności mieszkańców Azji Centralnej, zaczynamy odczuwać znaną nam z Europy obojętność. Zostaliśmy sami. Każdy dzień wypełniony do tej pory spotkaniami na drodze, uśmiechami, rozmowami, zastąpiła pustka. Cieszymy się więc, gdy mamy swoje 5 minut w błysku fleszy na ulicznym festynie; gdy dostajemy od pracownika stacji benzynowej kilogram ugotowanego ryżu; gdy właściciel pola kukurydzy, na którym rozbiliśmy namiot, nie przegania nas widłami, ale przyprowadza żonę, żeby pokazać jej tych śmiesznych kosmitów.

W ostatnich promieniach słońca szukamy miejsca na nocleg. W pierwszych dniach pytamy o możliwość rozbicia namiotu w przydrożnych firmach, gospodarstwach, zajazdach. Ludzie kiwają przecząco głowami, odsyłając nas do miast, hoteli, we wszystkich możliwych kierunkach lub czytamy z ich twarzy, że za Chiny nie mają pojęcia o co nam chodzi. Nie życzą nam źle, nie są niemili, czy też wrogo nastawieni. Po prostu mają swoje życie, swoje sprawy, swoje problemy, swój świat, do którego my nie należymy. Jesteśmy obcy, dlaczego więc mieliby nam pomóc.

Plony zebrane. Najlepszym i niezastąpionym miejscem okazuje się pole. Im głębiej, dalej od drogi, tym lepiej. W dzień szukający uwagi, w nocy chcemy być niewidzialni. Z czasem jednak ogromne pola oprawne, ustępują miejsca gospodarstwom, przydomowym poletkom, więc trzeba się trochę nagimnastykować, by pozostać niezauważonym.

Kolacja bez żadnego kombinowania, wymyślania. Coś na szybko, żeby się trochę rozgrzać i napełnić brzuchy. Około 19-ej jesteśmy gotowi do snu. Zmęczeni całodzienną jazdą zazwyczaj nie mamy większych problemów z zaśnięciem. Po kilku godzinach, w środku nocy budzimy się rześcy i wyspani. Kręcimy się, wiercimy, przewracamy z boku na bok, zaciskając na siłę powieki. Rano zamiast w wypoczętym i wyspanym ciele, witamy dzień zmarnowani i obolali.

Dzień przed planowym dojazdem do Qingdao dostajemy takiego wiatru w plecy, że lecimy prawie jak na skrzydłach. Zaczynamy wierzyć, że uda nam się dojechać do Qingdao wcześniej. Jak pięknie byłoby dziś wziąć prysznic, jak miło by było dziś położyć się w miękkim łóżku, jak dobrze by było jutro znów nie pakować zgrabiałymi palcami zamarzniętego namiotu. Walcząc z rozładowanym telefonem, przedzierając się przez najdziwniejsze zakamarki portowego miasta, błądzimy w plątaninie uliczek, by w końcu dotrzeć do celu. Cieszymy się, że tani hostel blisko portu, okazuje się przytulnym miejscem, a nie obskurną dziurą. Droga do Qingdao za nami. Przed nami dalsza droga.
Chiny, wschód słońca

Chiny, wschód słońca

Chiny, zimno z rana

Chiny

Chiny

Kilometry suszonych krewetek.

Chiny

Akcja suszenie.

Chiny

Chiny

Suszenie ziaren kukurydzy.

Chiny

Kurnik obok restauracji i wiesz, że jedzenie jest świeże.

Chiny

Uliczne występy w jednej z mijanych wsi.

Chiny, uliczne występy

Chiny, wschód słońca, zima

  • Ja chcę więcej takich tekstów!

  • Przemysław Kołkowski

    Dobry tekst. Człowiek chłonie tą prozę podróży. Niektóre chwile brzmią znajomo. Dziękuję.