DMZ z nanny Kim, czyli Korea w rytmie country.

korea (5)

Z portu w Inczon do mieszkania Dae Woong’a mamy zaledwie kilka kilometrów. Nie jest tak super nowocześnie jak to sobie wyobrażałam. W oczy natomiast od razu rzuca się las krzyży, wyrastający z dachów mijanych przez nas budynków. W końcu jest czysto, w portowym szalecie zamiast smrodu, znajduję przy sedesie podręczny panel sterowania, a o dostęp do sieci nie trzeba walczyć za pomocą specjalnych programów.

Piotrek po drugiej stronie ulicy złapał internet i próbuje dać znać naszemu koreańskiemu gospodarzowi, że jesteśmy już blisko, gdy w pewnym momencie podchodzi jakiś człowiek i wita mnie przyjaźnie „hello, how are you?” Z wrażenia otwieram usta, bo nie wiem co powiedzieć. Fakt, ludzie mieli być mili, ale na takie przejawy sympatii ze strony nieznajomych nie byłam przygotowana. Nieznajomy okazuje się być bardziej znajomy niż mogłabym się tego w pierwszej chwili spodziewać. To ojciec Dae Woong’a, a ja stoję przed bramą więzienia, w której jest naczelnikiem. Od tej pory to właśnie on będzie naszym prawdziwym gospodarzem. Na każdym kroku będzie dbał żebyśmy czuli się dobrze, mieli pełno w brzuszkach i niczego nam nie brakowało. Nie tylko przez wzgląd na to, że jesteśmy gośćmi. Kim czuje na sobie obowiązek odpłacenia za dobro, które bezinteresownie otrzymywał od nieznajomych jego syn, podczas rowerowej podróży po USA.

Mieszkanie, mimo trzech pokoi jest raczej niewielkie. Dla mieszkającego w nim Kima oraz dwójki jego dzieci, wystarczające. Gospodarz rozkłada w kuchni niski, podłużny stół, przy którym siadamy po turecku. Częstuje owocami, po czym zagania pod prysznic. Niedługo ze szkoły wróci jego córka Hana, która zabierze nas na kolację. Dziewczyna okazuje się bardzo sympatyczną nastolatką. Po wyjściu z domu pyta, czy nie mamy nic przeciwko jeżeli dołączy do nas jej chłopak, Taemin. Gdy spotykamy go na mieście wita nas polskim „dzień dobry” i wręcza upominek, przypinkę z flagą Korei. Jesteśmy mile zaskoczeni.

Jedzenie jest pyszne. Z ciekawością wypytujemy o różne aspekty życia w Korei oraz miejsca warte uwagi. Dowiadujemy się na przykład, że nie ma raczej zwyczaju zapraszania znajomych czy sympatii do domu, który jest strefą prywatną, przeznaczoną dla rodziny. Dziewczyna owszem może zaprosić swoją najlepszą przyjaciółkę, ale gdy chodzi o chłopaka, opcja taka w ogóle nie wchodzi w grę. Pary spędzają wspólnie czas poza domem. Zamieszkają razem dopiero po ślubie.

Sadząc po nazwach świąt „Biały Dzień” (święto podobne do Walentynek) i „Czarny Dzień” (inaczej Dzień Singla), można wnioskować, że bycie w związku jest dla młodych Koreańczyków czymś niebywale istotnym. W Czarny Dzień osoby niebędące w związku, spotykają się ubrani na czarno, zajadają czarną potrawę (jjajangmyeon), topiąc swoje smutki w soju (koreański napój alkoholowy). Osoby zakochane oprócz Białego Dnia mają do dyspozycji tradycyjne Walentynki. Koreańskie pary nastolatków podchodzą do związków bardzo romantycznie. Spacery, gadżety lub ubrania w jednakowych wzorach, tysiące wspólnych selfie, niekończące się wyznania miłosne, niespodzianki czy nawet skrywane w tajemnicy przed rodzicami wspólne wakacje.

Po powrocie do mieszkania poznajemy naszego gospodarza. Jest najbardziej zdystansowany z całej trójki i wygląda na to, że naszą wizytę bardziej traktuje jak obowiązek spłacenia długu wdzięczności, niż możliwość poznania nowych ludzi. Jest zafascynowany Ameryką, Amerykanami i wszystkim co z nimi związane (zjawisko dość powszechne w Korei Południowej). W przyszłości pragnie wyemigrować, obecnie bardzo intensywnie uczy się języka. Niestety nie będzie miał dla nas zbyt wiele czasu.

Chcieliśmy zostać na trzy noce, jednak wiedząc, że Dae Woong potrzebuje miejsca do nauki, czujemy, że nasz pobyt nie będzie dla wszystkich komfortowy. W odpowiedzi na nasze wątpliwości ojciec z synem proponują nam kolejnego dnia przeprowadzkę. W tym samym budynku mieszkanie ma dziewczyna Kima. Nie było dla niej było niewystarczająco komfortowe, więc przeniosła się gdzie indziej. To natomiast stoi puste.

Podczas śniadania okazuje się, że Koreańczycy nie mają dań przydzielonych do śniadania, obiadu czy kolacji. Schabowego można, więc jadać bez skrępowania o każdej porze dnia. Na stole lądują omlety z krewetkami, kimchi, ryż, dwa rodzaje delikatnego mięsa i inne smakołyki. Wszystko idealnie pyszne. Od troskliwego gospodarza dostajemy również do wypicia napój z żeń-szenia, który ten stosuje regularnie, by zapewnić sobie młodość i dobre samopoczucie.

Korea Południowa

Śniadanko na bogato. Same smakowitości.

Po posiłku dzieciaki rozchodzą się do swoich pokoi, zostawiając radość sprzątania ojcu. Ten stanowczo protestuje na moje próby pomocy. Zakłada gumowe, różowe rękawiczki i zabiera się za brudne naczynia. Podśmiewuje się z siebie, nazywając „Nanny Kim” (pomoc domowa/niania Kim). W pracy szanowany przełożony, w domu przede wszystkim ojciec dorastających dzieci, które raczej nie kwapią się do pomocy w obowiązkach.

Po południu, na zaproszenie Kima, wybieramy się do więzienia. Z zewnątrz wygląda jak normalny biurowiec. Mamy cichą nadzieję na nieco dokładniejsze zwiedzenie tego miejsca, niestety nic z tych rzeczy. Naczelnik zaprasza nas do swojego biura. Gdy przedstawia nas kolejnym spotkanym na korytarzu podwładnym widzimy, że rozpiera go duma. Jak dowiadujemy się później, podczas spaceru, Kim jeszcze bardziej dumny jest ze swoich dzieci, z tego że mają wielkie marzenia i nie boją się ich realizować. Rozmawiamy za pomocą translatora, jednak i bez słów, można wyczytać z twarzy tego gościa, że całe jego obecne życie skupia się na nich. Kiedy dzieci skończą uniwersytety, kiedy wyprowadzą się z domu, a on odejdzie na emeryturę, wtedy dopiero będzie mógł rozpocząć realizację własnych planów. Osiem lat dzieli go od momentu, gdy narodzi się na nowo. Marzeniem Kima, który nie był nawet na Czedżu (największa wyspa Korei Południowej, popularna destynacja turystyczna), jest podróż do Europy oraz obu Ameryk. Po powrocie z zagranicznych wojaży pragnie osiąść na koreańskiej wsi i zostać farmerem. Kocha muzykę country, na dowód czego, ku naszej uciesze, zaczyna śpiewać jedną z piosenek. Swoją szczerością i oddaniem rodzinie podbija nasze serca.

Siedząc wieczorem w naszym nowym mieszkaniu, słyszymy pukanie. „Lubicie wino?” – pyta nieśmiało Kim. Pół godziny później siedzimy w pobliskim parku, notabene vis-a-vis więzienia, popijając piwo winem ryżowym. Między jedną salwą śmiechu, a kolejną chrupiemy koreańskie snaki. Naszą wieczorną schadzkę, na prośbę Kima, powinniśmy zatrzymać w sekrecie. Syn nie może się o niej dowiedzieć, pod żadnym pozorem.

Następnego dnia, wspólnie z Kimem i jego dziewczyną wyruszamy na wycieczkę do DMZ, czyli Koreańskiej Strefy Zdemilitaryzowanej.

„Najboleśniejsza rana to ta, która dzieli naród. Szeroki na cztery kilometry pas ziemi niczyjej, otoczony wysokimi palisadami i drutem kolczastym, przepoławia Półwysep Koreański od wybrzeża do wybrzeża, mniej więcej wzdłuż trzydziestego ósmego równoleżnika.

Równoleżnik miał być tymczasową linią demarkacyjną, stworzoną w 1945 roku w celu oddzielenia sił sowieckich od amerykańskich, przybyłych, aby przyjąć kapitulację Japończyków. Mimo to granica wciąż istnieje. W 1948 powstały rywalizujące z sobą rządy: komunistyczny na Północy, pod władzą Kim IR Sena, ze stolicą w Phenianie, i prozachodni na Południu, pod władzą Syngmana Rhee, ze stolicą w Seulu.

W 1950 roku Północ, próbując zjednoczyć Koreę siłą, zaatakowała nieoczekiwanie przez trzydziesty ósmy równoleżnik. Stany Zjednoczone wraz z piętnastoma innymi krajami wysłały swoje oddziały na pomoc Południu. Chiny, wówczas jeszcze pod władzą Mao, pospieszyły z odsieczą komunistom z Północy. Wywiązała się krwawa wojna, a w 1953 roku, kiedy doszło do rozejmu, liczna ofiar śmiertelnych przekraczała dwa miliony.

Od tamtej pory ludność po obu stronach żyła odizolowana: nie było kontaktów, wymiany listów, wizyt. Matki, które wsadziły dzieci na ciężarówki jadące na Południe, z nadzieją że dołączą później, zostały za granicami Północy i nigdy ich już nie zobaczyły.”*

Nasza wycieczka obejmuje programem wizytę w jednym z tuneli, wykopanym przez Koreańczyków z Północy, mającym służyć jako droga ataku na braci z Południa; obserwatorium Dora, z którego można rzucić okiem na to co dzieję się w przygranicznej, propagandowej wiosce na Północy oraz stację kolejową Dorasan, będącą j symbolem unifikacji, nieustających nadziei na to, że kiedyś Korea znowu będzie stanowiła jedną całość. Niestety zamiast ciekawej lekcji historii wpadliśmy do turystycznego kotła, z którego nie wyciągnęliśmy niczego, czego nie wiedzielibyśmy do tej pory. Informacje były ograniczone do podstawowego minimum, a naszym głównym zadaniem było podążanie za tłumem. Ze względu na słabą widoczność podglądanie życia w wiosce również zakończyło się fiaskiem.

Korea Południowa, DMZ

W drodze do DMZ.

Korea Południowa, DMZ

Korea Południowa, DMZ

Słowo kluczowe: unifikacja.

Korea Południowa, DMZ

Wbiliśmy się na zdjęcie z koreańskimi harcerzami.

Po zwiedzaniu rozstajemy się. Kim wspólnie z dziewczyną wybierają się na małe przyjęcie organizowane przez jej rodzinę w Seulu. My, po otrzymaniu wszystkich niezbędnych wskazówek i zapewnieniu, że damy sobie radę, wyruszamy samodzielnie transportem miejskim w drogę powrotną do Inczon, gdzie czeka na nas Dae Woong. Znalazł wolny wieczór i proponuje wspólną kolację, na którą, jak się później okazało, zaprosił nas na prośbę ojca. Dobrze, że przynajmniej grillowane mięsiwa w towarzystwie zieleniny i sosów oraz oryginalne zimne zupy dają radę, bo gdyby nie to, wieczór byłby kompletną klapą. Rozmowa w ogóle nam się nie klei. Z początku z determinacją szukamy tematów do wspólnej rozmowy, jednak widząc obojętność naszego towarzysza, również odpuszczamy.

Już prawie zasypiamy, gdy wieczorem wpada do nas, lekko już podchmielony, Kim. Oznajmia ze smutnym wyrazem twarzy, że będzie za nami tęsknił. Proponuje pożegnalne party. Znika, by po chwili wrócić z arsenałem koreańskich alkoholi i przekąsek. Do późnej nocy rozmawiamy na przeróżne tematy i zapewniamy troskliwego ojca o wyjątkowości jego potomstwa. Nie żebyśmy tak uważali, po prostu nie nam burzyć tą idealną wizę rodzica.

*Tiziano Terzani, W Azji

Korea Południowa

Chyba wszyscy jeszcze trochę wczorajsi po imprezie pożegnalnej;)