Czas kończyć przygodę z Rumunią.

IMGP4696

Po słodkim lenistwie, połączonym z eksploracją wulkanów udaliśmy się w kierunku południowym, a nie jak początkowo planowaliśmy wschodnim, nad Morze Czarne. Zdecydowaliśmy, że czas powoli kończyć przygodę z Rumunią i dać szansę Bułgarii.

Pole, pole, łyse pole…

Krajobraz na naszej drodze zmienił się diametralnie i góry zastąpiły, jak okiem sięgnąć równiny. Człowiek aż dziwnie się czuł. Trzy tygodnie podjazdów i zjadów, a tu nagle całkowicie płasko. Zamiast gór, rzek i lasów – same pola i pastwiska. Na przekór dobrym warunkom, tym razem moje kolano zaczęło odmawiać posłuszeństwa. Chyba muszę zabrać je z powrotem w góry 😉

IMGP4710

IMGP4693

IMGP4689

IMGP4691

IMGP4698
 

Metropolia???

Pod koniec pierwszego dnia naszej jazdy przez ten równinny krajobraz, mijając kolejne małe wioski, nasz wybór padł na Mitropolię, jako tą która będzie miała szansę nas ugościć. Jakiś taki spokój i dobra aura panowała w tym miejscu. Uparłam się, że musimy właśnie tam znaleźć nocleg. I tak jeździliśmy małymi uliczkami, zaglądając ludziom do ogródków, w poszukiwaniu kawałka trawnika. Niestety z naszych obserwacji, wynikało że żaden kawałek ziemi nie może się zmarnować na jakąś tam trawę, wszyscy mieli grządki lub rabaty z kwiatami. Piotrek zaproponował, żeby zapytać w sklepie. I jak powiedział, tak zrobił. Oczywiście, po raz kolejny mu się udało, bo pani w sklepie była bardzo sympatyczna i skora do pomocy. Zadzwoniła gdzieś i za chwilę wyszła na alejkę sąsiadującą ze sklepem i wskazała nam grupkę nastolatków. Nie minęło pięć minut i już pan Stefan witał się z nami i zapraszał do swojego ekologicznego ogródka, pełnego kwiatów, warzyw i zwierzątek. Znalazł się również mały kawałek betonu, obok auta, jedyne miejsce gdzie można było rozstawić namiot. Jednak mowy o spaniu tam nie było, pan Stefan za chwilę ulokował nas na kanapie w kuchni.

Pani ze sklepu okazała się być żoną pana Stefana, a dwójka z pomagającej nam młodzieży, ich potomstwem. Pan domu zajął się rozpalaniem grilla, by przygotować na kolację nic innego jak mici. Na szczęście tego dnia kupiliśmy spore pęto jakiejś swojskiej kiełbasy, więc mogliśmy dorzucić coś od siebie. Co się jednak okazało, nikt oprócz nas nie chciał jej jeść, nasi gospodarze ze smakiem zajadali się mielonymi przysmakami, z pogardą patrząc na kiełbaski.

IMGP4704

IMGP4701

IMGP4706

Z rana „dzieciaków” nie było w domu, więc wypiliśmy cichą kawę z rodzicami. Dostaliśmy jeszcze w prezencie 10 jajek zniesionych przez szczęśliwe eko-kurki i z uśmiechami ruszyliśmy w dalszą drogą.

Kolejnego dnia jazda przez pola nie dostarczała zbyt wielu atrakcji.Te zaczęły się oczywiście dopiero wieczorem, podczas poszukiwania noclegu. Planowaliśmy, że zatrzymamy się przy monastyrze w Slobozii, jednak nie było takiej możliwości. W cerkwii natomiast widać było, że pop bardzo chciał nam pomóc, ale nie miał za bardzo jak, nie miał warunków. Do tego stopnia, że w akcie desperacji chciał nam wcisnąć pieniądze na hotel.

Policyjna eskorta i uścisk ręki prezesa.

Droga wiodąca ze Slobozii w kierunku granicy, do której zostało nam ok 50 kilometrów, była straszna. Bardzo wąskie pobocze lub jego brak, plus pędzące tiry, skutecznie podnosiły nam adrenalinę. Postanowiliśmy wjechać do małej wioski i tam poszukać noclegu. Tym razem wybór padł na szkołę. Panie nauczycielki niestety nie mogły nam pozwolić nam na rozbicie namiotu, na terenie placówki. Jednak jedna z nich wykonała telefon i znalazł się nocleg w oddalonej o 10 kilometrów Dragalinie. Panie poinstruowały nas, że musimy wrócić do głównej drogi, a tam będzie czekać na nas policja. Nie umieliśmy tylko dogadać kwestii: po co? Okazało sie, że prezes klubu piłkarskiego, a zarazem, jak się póżniej okazało wójt Dragaliny, wysłał policję, dla naszego bezpieczeństwa, jako eskortę do jego wioski. Na miejscu, spotkaliśmy samego prezesa, który oddał nam do dyspozycji szatnię klubu sportowego wraz z ochroniarzem. Wieczór spędziliśmy natomiast w towarzystwie jego syna Gabriela, który obwiózł nas po okolicy i pokazał co dobrego, jego ojciec zrobił podczas dwóch lat swojego urzędowania. Numer telefonu mamy, w razie problemów mamy dzwonić 😉 I tym optymistycznym akcentem kończymy naszą przygodę z Rumunią.

IMGP4714

IMGP4716