Brodacz w Uzbekistanie.

IMGP9351

Przejście graniczne tonie w błocie. Po kazachskiej stronie nie robią większych problemów. Piotrkowi zadają kilka pytań, mnie pytają jedynie o cel pobytu „u Arabów”. Teraz pora na uzbeckich celników. To w stosunku do nich mamy lekkie obawy. Po przeczytaniu w sieci komentarzy odnoszących się do bardzo szczegółowych kontroli, pozbyliśmy się połowy naszej apteczki, a otrzymane w prezencie od tureckich przyjaciół sznury modlitewne schowaliśmy na dno sakwy. Płyty CD z religijną muzyką, którą również nam sprezentowano, pozbyliśmy się całkowicie. Nie chcieliśmy wzbudzać żadnych podejrzeń. Niestety Piotrka brodę, hodowaną przez rok czasu, ciężko było ukryć.

Broda a przekraczanie granicy.

Zaczęło się już w Azerbejdżanie. „Uuuu brat, z tą brodą to Ty do Uzbekistanu nie wjedziesz” – kręcili głowami Azerowie. W Kazachstanie było podobnie. W przeszłości bardzo popularny u mężczyzn zarost, dziś w Uzbekistanie kojarzony jest z radykalnymi muzułmanami i terroryzmem. Wypada, by porządny obywatel maszynki używał codziennie. Piotrek rozważał zgolenie brody, jednak finalnie podjęliśmy decyzję, że nie damy się zastraszyć plotkom mówiącym, że do kraju nie wjedziemy i broda zostanie na swoim miejscu.
Po wypełnieniu deklaracji celnej, udajemy się wraz z całym autobusem Uzbeków do okienka groźnego celnika. Ten po porównaniu zdjęcia paszportowego, na którym widać pięknego młodziana z dwudniowym zarostem, z widocznym po drugiej stronie szyby zarośniętym dziadem, ma spore wątpliwości, co do tego, czy aby na pewno to jedna i ta sama osoba. Po krótkiej naradzie z wyższym stopniem oficerem, oddaje paszport. Można iść dalej.

IMGP9328

Za biedni na Uzbekistan?

Po przejrzeniu naszej deklaracji celnej, jeden z mundurowych stawia zarzut, że 500$ na głowę jest niewystarczającą kwotą, by móc podróżować po Uzbekistanie przez miesiąc. Dobrze, że biedaczek nie wie, że nie zamierzamy wydać nawet połowy z tego. Wzywa wyższego stopniem do konsultacji w tym temacie. Tłumaczymy sympatycznemu oficerowi, że w razie deficytu gotówki posiadamy ze sobą karty płatnicze. Podróżujemy na rowerach, rzeczą zbyt niebezpieczną jest wożenie ze sobą zbyt dużej kwoty pieniędzy. To mu wystarczy, kiwa głową ze zrozumieniem.

 

Pieniądze w Uzbekistanie.

money, money, money…

 

Kontrola bagażu. Tu jest zabawnie, wszystkie nasze obawy, jak to zwykle bywa, okazały się bezpodstawne. Celnik z zainteresowaniem ogląda wyciągane przez z nas sakw przedmioty. „Co to jest? A to, a to?” – pyta wskazując na filtr do wody, karimatę czy baterię słoneczną. Dłuższą chwilę poświęca książce „Heban” Kapuścińskiego.

C: Co to za książka? Chyba nie żadna religijna?
O: Nie, podróżnicza. Polski autor. O Afryce.
C: ahaaa… – przerzuca kartki i nagle jego wzrok przykuwa jeden z tytułów rozdziału – a co to za Abdullah*?
O: To yyy… to yyy…prezydent – wymyślam naprędce.
C: Yhyymmm – kiwa głową ze zrozumieniem.
Tytuł rozdziału brzmiał „Dzień we wsi Abdallach Wallo”
😉
*popularne wśród muzułmanów imię, oznaczające sługę Allaha

Następnie przychodzi czas na kontrolę apteczki. Celnik wypytuje mnie o przeznaczenie wyciąganych kolejno blistrów. Pojęcia nie mam jak po rosyjsku powiedzieć choroba wysokościowa, biegunka czy zapalenie pęcherza. Panu jednak najwidoczniej nie przeszkadza, że mówię od pewnego czasu po polsku, wskazując co raz na jakieś części ciała. Ważne, że coś mówię.

Z każdą kolejną sakwą zainteresowanie celnika spada. Ostatnie przegląda jedynie pobieżnie. Komputera, aparatu czy telefonu nie ma zamiaru w ogóle sprawdzać.

Czarny rynek.

Gdy kontrola naszych bagaży ma się już końcowi, podczas ładowania sakw na rower, podchodzi do mnie młody Uzbek dając wskazówki, co do kursu wymiany waluty.

MU: Nie wymieniajcie w banku, tylko na czarnym rynku. Za 100 baksów powinniście dostać nie mniej niż 650 000 som.
C: Dolar spadł. 620 000 – poprawia go celnik.

Chłopak widocznie chce pomóc i jeszcze kilkukrotnie powtarza ile pieniędzy powinniśmy dostać. Wychodzimy razem z budynku i już po chwili stoi przed nami stadko cinkciarzy z grubymi plikami pieniędzy. Oferują 500 000 som. Młody negocjuje i godzą się na 600 000, jeżeli wymienimy 200$. Stoimy 100 metrów od budynku odprawy celnej, a wszystko dzieje się tak szybko, że nawet przez chwilę nie myślę, żeby to wszystko policzyć (12 plików po 100 banknotów o nominale 1000 som) czy zastanowić się czy ten interes nam się tak do końca opłaca. Mojej uwadze umyka również fakt, że chłopak, który chciał nam pomóc przekazując z rąk celników pieniądze, chowa coś w kieszeni. Piotrek jest bardziej czujny. Młody Uzbek wypiera się jakoby coś takiego miało miejsce i tłumaczy, że przecież nam pomaga, że powinniśmy być wdzięczni. Piotrek jest wściekły. Proszę go, żeby dał spokój. Nie chcę awantury. To nie jest odpowiednie miejsce. „Jesli vse v Uzbekistan takoy kak vy to plokho” (w wolnym tłumaczeniu: jeśli wszyscy w Uzbekistanie tacy jak Ty, to słabo) – rzuca Piotrek na odchodne łamaną ruszczyzną i odjeżdżamy. Ten jeszcze coś krzyczy za nami, my jednak jesteśmy już zajęci wymianą wzajemnych żalów. Chwilę później jedziemy już obrażeni osobno. Piotrek na przodzie. Kilkaset metrów dalej, zajeżdża mu drogę samochód, z którego wychodzi nas „znajomy”. Daje Piotrkowi kilka papierków, tłumacząc że nie to drobne pieniądze, że on ich nie potrzebuje, żebyśmy nie myśleli źle o Uzbekistanie i jego mieszkańcach. „Mieszkam w Chiwie, tu jest mój numer telefonu. Jak będziecie w mieście dajcie znać, pokaże Wam miasto, ugoszczę” – próbuje podreperować swój wizerunek. Przeprasza tak szczerze, że Piotrek w końcu ulega i podaje mu dłoń. Przeskrobał, przyznał się, przeprosił. Nie ma co dłużej chować urazy.

Golić albo nie golić; o to jest pytanie.

W czasie naszego 4-tygodniowego pobytu w Uzbekistanie Piotrek swoim zarostem wzbudzał niemałą sensację. Podczas każdej rozmowy musiało paść pytanie „dlaczego?”, jakby broda musiała posiadać jakąś ukrytą symbolikę, a nie mogła być tylko włosami wyrastającymi na twarzy. Często sugerowano Piotrkowi, że wygląda nie tak jak powinien, ze noszenie brody w Uzbekistanie to pewnego rodzaju faux pas. Niejednokrotnie był na ulicach wręcz wytykany palcami przez młodych chłopaków, naśmiewając się z jego wyglądu. Dzieci płakały na jego widok :-) On jednak niestrudzenie powtarzał, że „boroda kharosha”, a skrzywionym na to stwierdzenie policjantom na posterunkach policji sugerował, że sami powinni taką zapuścić. Na przekór wszystkim docinkom, z każdym dniem stawała się dla niego coraz większym powodem do dumy. W końcu był (tymczasowo) posiadaczem najdłuższej brody w Uzbekistanie. Co prawda widzieliśmy kilku mężczyzn z zarostem, jednak wszyscy byli z pewnością po 60-tce, o czym świadczyły ich przerzedzone bródki w białym kolorze.

Uzbekistan, broda