Bałkańskie przygody.

Stary Most.Stary Most.

Lipiec 2012. Bierzemy 2 tygodnie urlopu w pracy i ruszamy autostopem na podbój Bałkanów. Czasu nie mamy nazbyt wiele, ale jak zwykle jesteśmy głodni nowych miejsc i wrażeń, także przemieszczać będziemy się równie szybko, jak tak do tej pory bywało. Mamy szczęście, bo do pierwszego państwa, którym jesteśmy zainteresowani docieramy już pierwszego dnia.

 

Słomiany kapelusz i czarujący uśmiech - podstawa skutecznego stopowania. Kartka z kierunkiem to tylko dodatek ;)

Słomiany kapelusz i czarujący uśmiech – podstawa skutecznego stopowania. Kartka z kierunkiem to tylko dodatek ;)

CHORWACJA

Stopowanie
Z łapaniem stopa nie mamy żadnego problemu. Połowę Chorwacji, do samego Splitu, przejeżdżamy kamperem, z polską rodzinką udającą się na wakacje na wyspę Brać. Również w dalszej drodze, wiedzie nam się całkiem dobrze, Chorwaci zabierają turystów bardzo chętnie.

Noclegi
W Chorwacji spędzamy cztery noce, wszystkie za friko.
Niedaleko Jezior Plitwickich śpimy w namiocie schowani za kamperem “naszej” polskiej rodzinki. Rozbijamy się na jakimś polu po zmroku, wstajemy skoro świt, nie wzbudzając sensacji w sąsiadującej wsi.
W Splicie śpimy w porcie, na ławkach. Nocleg może nie należy do najwygodniejszych, ale dzięki temu wstajemy wcześnie i udaje nam się zobaczyć miasto budzące się do życia.
W wiosce X śpimy ‚na gospodarza’. Okolica niedaleko granicy z BiH, nie wiemy gdzie się podziać, więc Piotrek widząc na jednym z podwórzy mężczyznę, pyta o możliwość przenocowania. Ten nie ma z tym problemu i prowadzi nas na ogród za domem. Niestety, nie wiedzieć czemu nie poinformował o tym swojego ojca, w wyniku czego dostajemy niezły opieprz od starszego pana. W sumie nie ma co mu się dziwić, ja też bym była ‘lekko’ zdziwiona widząc jakiś biwakujących ludzi w moim ogrodzie. Sytuacja jest napięta, już mamy się zbierać, bo na migi ciężko nam się dogadać, gdy na szczęście pojawia się syn i wyjaśnia całą sytuację.
W Cavtat śpimy na dziko, bez namiotu, na parkingu obok hotelu. Na szczęście trawiastym. Na parkingu zatrzymujemy się wieczorem, wraz z Olimpią i Tomkiem. Kupujemy wino i idziemy się integrować nad morze. Wieczór jak najbardziej udany, ale o tyle męczący, że nie chce nam się nawet rozkładać namiotu, tylko wskakujemy w śpiwory i już śpimy. Przynajmniej taką wersję ustalamy kolejnego dnia 😉

Miejsca
Park Narodowy Jezior Plitwickich. Na zwiedzanie poświęcamy kilka godzin. Dzięki soczystym zieleniom i błękitom krajobraz parku wydaje nam się nieraz bajkowy, szczególnie w promieniach słońca. Spacerujemy, pływamy łódką , podziwiamy jeziora i wodospady. Wszystko byłoby ok, gdyby nie te tłumy turystów.

Wodospady czyli główna atrakcja Jezior Plitwickich...oczywiście oprócz jezior :)

Wodospady czyli główna atrakcja Jezior Plitwickich…oczywiście oprócz jezior :)

Jeszcze trochę wodospadów.

Jeszcze trochę wodospadów.

Jeziora Plitwickie z perspektywy ryby.

Jeziora Plitwickie z perspektywy ryby.

Riwiera Makarska. Kawałek tego pięknego, malowniczego wybrzeża zwiedzamy dzięki przemiłemu starszemu panu, który wysadza nas w miejscowości Omis, z którego ma być kawałeczek wybrzeżem do jakiejś bardziej ruchliwej drogi. To się przespacerowaliśmy z 10 km w upale. Nie obyło się bez przystanków na chłodzenie :) Nauczeni doświadczeniem z poprzedniego roku, nie zamierzamy jednak walczyć o kawałek plaży z tysiącem innych turystów i rezygnujemy z pozostania na dłużej, w którymś z turystycznych kurortów.

Kwintesencja Makarskiej - bajeczny lazur morza.

Kwintesencja Makarskiej – bajeczny lazur morza.

“Obiecałem Oli, że coś ugotuję, ale jak się za to zabrać?”

“Obiecałem Oli, że coś ugotuję, ale jak się za to zabrać?”

W Cavtat spacerujemy, plażujemy, pluskamy się w wodzie, a także korzystamy z dobrodziejstw okolicznych hoteli. Zaczyna się od napojów z hotelowego baru, a kończy na obiedzie i kąpielach w basenie. A to wszystko za darmo, na koszt firmy. Każdemu w końcu należy się odrobina luksusu, nawet biednym autostopowiczom 😉

Słomiany kapelusz na urlopie w Cavtat.

Słomiany kapelusz na urlopie w Cavtat.

Dubrownik. Stare Miasto bardzo ładne, zarówno zwiedzane pieszo, jak i widziane z Góry Srd, na którą wjeżdżamy kolejką. Jedną z atrakcji, której przyglądamy się dłuższą chwilę są skoki do wody ze skał, przylegających do Starówki. Piotrka przez chwilę kusi czy by nie skoczyć, ale skok to jedno, a wydostanie się na ląd przy jego ograniczonych umiejętnościach pływackich drugie, więc ostatecznie rezygnuje.

Widok na Starówkę z Góry Srd.

Widok na Starówkę z Góry Srd.

BOŚNIA I HERCEGOWINA

Stopowanie
Można powiedzieć, że autostop w Bośni ma się bardzo dobrze. Lokalsi zabierają bardzo chętnie, równie chętnie nadrabiają drogi, żeby gdzieś podrzucić albo coś przy okazji pokazać. Bośniacy są bardzo otwarci i rozmowni, także w końcu nie śpię! i słucham. W Bośni pierwszy raz jedziemy na stopa karetką pogotowią. Również pierwszy raz, dzięki uprzejmości straży granicznej, jedziemy na pace z karabinami i amunicją.

Granica chorwacko - bośniacka.

Granica chorwacko – bośniacka.

Noclegi
W Mostarze ceny noclegów przekraczają nasz budżet, więc w centrum informacji turystycznej pytamy o możliwość rozbicia się gdzieś na dziko, pan mówi, a że i owszem w sumie to nie ma problemu i można by gdzieś w pobliżu rzeki, w jakimś mało widocznym miejscu, ale na koniec dodaje: “no ale wiecie TO JEST BOŚNIA”, dając nam do zrozumienia, że niby jest bezpiecznie, ale wszystko się może zdarzyć. Finalnie rezygnujemy z pomysłu i nocujemy na polu campingowym w Blagaj. Nieco ekscentryczny właściciel już na wejściu uświadamia nas, że to czy będziemy mogli zostać na noc zależy od aprobaty jego znajomych. Przechodzimy test – przypadamy znajomym do gustu. Niewielki camping nad rzeką jest jednym z najbardziej klimatycznych miejsc w w jakim dane nam było spać.
W Sarajewie hostele zaskakują nas pozytywnie cenami i śpimy w 8-osobowym dormitorium.

River Camp Aganovac. Jak ktoś lubi klimatyczne, kameralne campingi to gorąco polecamy. Nam wieczór umilał uzdolniony skrzypek.

River Camp Aganovac. Jak ktoś lubi klimatyczne, kameralne campingi to gorąco polecamy. Nam wieczór umilał uzdolniony skrzypek.

Miejsca
Wodospady Kravica. Super miejsce, na odludziu, przez co trochę się męczymy żeby trafić. Może kompleks wodospadów nie jest tak rozległy i okazały jak Jeziora Plitwickie, ale dzięki temu nie jest tak zatłoczony, większość ludzi stanowią prawdopodobnie lokalni mieszkańcy. Wodospady robią wrażenie, a najlepsze jest to, że można się kąpać, z czego chętnie w upalny dzień korzystamy.

Wodospady Kravica

Wodospady Kravica

Medjugorie. Bardzo znane miejsce objawień Matki Bożej, odwiedzane corocznie przez tysiące pielgrzymów. Miasteczko absolutnie zdominowały sklepy z dewocjonaliami, w których zakupić można pamiątki, różnego pokroju, od tradycyjnych figurek, różańców, medalików, po koszulki, ręczniki, bryloczki czy kubki, z podobizną Matki Bożej. Jak dla mnie cała ta komercyjna otoczka, zabija odczuwalność jakiejkolwiek atmosfery mistycyzmu tego miejsca.
Postanawiamy udać się na jedno z dwóch wzgórz, a mianowicie Wzgórze Objawień z figurą Matki Bożej na szczycie, usytuowane niedaleko miasteczka. Jest upał jak fix, na szczęście plecaki udaje nam się zostawić w informacji turystycznej. Napełniamy 1-litrowy bidon pyszną zimną wodą i ruszamy. Po drodze trochę błądzimy, na dodatek ciężko kogokolwiek zapytać o drogę. Żywej duszy poruszającej się na własnych nogach spotkać się nie da, ponieważ wszyscy udają się do tegoż miejsca kultu taxówkami, bądź klimatyzowanymi autokarami. Po przejściu kolejnego bazarku, jesteśmy w końcu u podnóża wzniesienia, z kilkoma łykami gorącej wody. Niezbyt wysokie, ale kamieniste wzgórze daje nam popalić. Co kilka kroków musimy przystawać na odpoczynek. Chyba mamy słabszy dzień lub wiara zbyt słaba, bo nawet starsze panie wykazują się większą od naszej werwą. Po zejściu ze wzgórza, zdesperowany i zmęczony Piotrek puka do okienka pierwszego lepszego auta i pyta o podwózkę do miasta. Kobieta za kierownicą jest lekko zbulwersowana i oznajmia, że to nie taxówka, ale finalnie widząc jak jesteśmy umordowani zabiera nas ze sobą.

Kamieniste podejście na Wzgórze Objawień.

Kamieniste podejście na Wzgórze Objawień.

Piotrek na wzgórzu w skupieniu prosi o duuuużo wody i nowe nogi.

Piotrek na wzgórzu w skupieniu prosi o duuuużo wody i nowe nogi.

Mostar. Spacerujemy po Starym Mieście, którego główną atrakcją, widniejącą na każdej pocztówce jest Stary Most. Niestety o kilka dni spóźniamy się na coroczny konkurs skoków do wody. Na Starówce oprócz sklepów z pamiątkami i rękodziełem odwiedzamy mini sklep/muzeum, w którym nieco więcej dowiadujemy się o wojnie, która toczyła się na terenie Bośni i Herzegowiny w latach ‘90. Stare Miasto na czele z mostem, zniszczonym w roku 1993 w wyniku ostrzału, zostało po wojnie odbudowane. Jednak śladów wojny nie trzeba szukać daleko, zaraz po wyjściu poza Starówkę można zobaczyć wiele zniszczonych i podziurawionych przez kule fasad budynków.

Mostar. Panorama.

Mostar. Panorama.

Stary Most.

Stary Most.

Ależ on fotogeniczny.

Ależ on fotogeniczny.

Ślady wojny.

Ślady wojny.

Blagaj. W tym małym miasteczku za drobną opłatą zwiedzamy typowy tradycyjny stary dom. “Zwiedzamy” to może za dużo powiedziane, ponieważ tak na prawdę jest to duży pokój, który służył niegdyś za jadalnie, kuchnię, sypialnię, łazienkę, salon, a jak i trzeba było to i pokój gościnny. Udajemy się również w miejsce, gdzie swój początek ma rzeka Buna. Źródło bije z jaskini u podnóży ogromnego klifu. Malowniczego charakteru dodatkowo dodaje sąsiadujący ze źródłem klasztor Derwiszów, wbudowany w skalną ścianę.
Sarajewo. Stolica inna niż te wszystkie widziane przez nas do tej pory. Piękna i klimatyczna, w swoim smutku – śladach wojny które można spotkać na każdym kroku. Nie zwiedzamy zabytków, nie oglądamy dzieł sztuki, poznajemy bolesną historię miasta chodząc po ulicach usłanych ‘sarajewskimi różami’, spoglądając na okalające wzgórza, bielące się od cmentarnych nagrobków. Ciężko opisać to miasto w słowach i oddać jego niesamowity klimat. Poddaje się i odsyłam na Bałkany.

Zdjęcie z wystawy w muzeum w Sarajewie.

Zdjęcie z wystawy w muzeum w Sarajewie.

Studnia Sebilj, centralny punkt bazaru Baščaršija.

Studnia Sebilj, centralny punkt bazaru Baščaršija.

Widok na Sarajewo z jednego z otaczających wzgórz.

Widok na Sarajewo z jednego z otaczających wzgórz.

Sarajewska róża. Podczas oblężenia, na Sarajewo zrzucono tysiące pocisków, które utworzyły charakterystyczne ślady na betonie. Dla upamiętnienia miejsc, w których raniły one śmiertelnie ludzi, zalano je czerwoną żywicą.

Sarajewska róża. Podczas oblężenia, na Sarajewo zrzucono tysiące pocisków, które utworzyły charakterystyczne ślady na betonie. Dla upamiętnienia miejsc, w których raniły one śmiertelnie ludzi, zalano je czerwoną żywicą.

Część pomnika upamiętniającego dzieci, które zginęły podczas oblężenia Sarajewa.

Część pomnika upamiętniającego dzieci, które zginęły podczas oblężenia Sarajewa.

Ludzie. Mimo, że wojna domowa w Bośni teoretycznie skończyła się prawie 20 lat temu widać, że jej wspomnienie jest wciąż żywe w jej mieszkańcach. Praktycznie z wszystkimi naszymi dobrodziejami, którzy zabierają nas na stopa rozmawiamy właśnie o niej. I to nie my inicjujemy temat. Jednych boli, że nic już nie jest takie samo jak przed wojną, że podzieliła ona społeczeństwo, że dawni przyjaciele i sąsiedzi mijają się bez słowa, inni wspominają udział w walkach. Jednak mimo tak bolesnej przeszłości i nie do końca łatwego dziś, Bośniacy są bardzo otwarci i pomocni.

CZARNOGÓRA

Stopowanie
Za dużo w tym temacie powiedzieć nie możemy, bo niezły kawałek tego pięknego kraju udaje nam się zjechać jednym samochodem, z sympatyczną parą Olimpią i Tomkiem, którzy też wybrali Bałkany na cel swoich wakacji, z tym że przemieszczają się własnym autem. Już pierwszego dnia przypadamy sobie do gustu i kilka dni spędzamy razem. Gdyby nie ich ograniczony czas, myślę że zwiedzilibyśmy razem Albanię.

Jezioro Szkoderskie.

Noclegi
Dwa noclegi na campingu, dwa “na gospodarza”. Będąc nad Jeziorem Szkoderskim (wraz z Olimpią i Tomkiem), postanawiamy kupić świeże ryby. Ceny w nabrzeżnym sklepiku wydają nam się nieco wygórowane (tak jakbyśmy się znali…), więc postanawiamy zapytać sympatyczne małżeństwo siedzące z wędkami nad brzegiem jeziora, czy by nie zechcieli nam odsprzedać trochę złowionych przez siebie rybek. Negocjujemy przystępną cenę (…a jednak mieliśmy nosa) i wszyscy są zadowoleni – my mamy ryby, a oni na wino do kolacji 😉

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Krowa. Strażniczka przełęczy.

Tylko przydałoby się jakieś fajne miejsce na naszą ucztę. Pada pomysł: szukamy noclegu “na gospodarza”. Podjeżdżamy pod dom, przed którym w ogrodzie siedzi towarzystwo wesołych starszych pań, obok których krząta się kilka dziewczynek. Jakoś nam się udaje dogadać, że chcemy rozbić namiot na ich posesji. Panie zadowolone, że coś się dzieje, że jacyś goście, ale okazuje się, że to mężczyzna, pan domu musi zdecydować w tym temacie. Ten natomiast, mimo że patrzy na nas z byka i jakoś nie bardzo jest podekscytowany, na nasze szczęście wyraża zgodę na nasz nocleg. Zostajemy z babcią, wnuczkami i ich koleżankami. Babcia instruuje jak dobrze patroszyć ryby.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Chłopaki z naszymi sympatycznymi gospodyniami.

Nagle znikąd pojawia się stół, a na nim dodatki do naszych ryb, w postaci chlebka i świeżych warzyw. Rybki zgrillowane, siadamy do stołu, jednak mimo naszych licznych próśb, ani starsza pani, ani dziewczynki nie chcą jeść. Zostało im to zabronione przez głowę rodziny i ostatecznie sami wszystko musimy skonsumować. Po kolacji miło spędzamy czas z dziewczynkami na licznych grach i zabawach. Kolejnego dnia rano postanawiamy, że jakoś musimy się odwdzięczyć za tak miłe przyjęcie i kupujemy dla dziewczynek trochę słodkości, które bez słowa zostawiamy na werandzie i odjeżdżamy mając nadzieję, że ojciec nie każe wyrzucić naszego podarunku.
Drugi nocleg “na gospodarza” przydarza nam się natomiast w Podgoricy, w drodze powrotnej z Albanii. Tym razem nikogo nie musimy pytać czy prosić, bo Goran który zabiera nas na stopa, sam składa nam takową propozycję. My natomiast wychodzimy z inicjatywą ugotowania kolacji. Ten nie jest zbyt zadowolony, że ktoś chce gotować w jego kuchni i sam przyrządza dla nas pyszną kolację. Goran okazuje się bardzo otwartą i sympatyczną osobą, co skutkuje miłym wieczorem przy winku, okraszonym rozmowami na tematy wszelakie.

Miejsca
W Budvie kręcimy się trochę po Starym Mieście, w stolicy – Podgoricy skupiamy się na miejskim targowisku, gdzie kupujemy lokalne sery, próbujemy pysznych burków i zakochujemy się w paście Ajvar. W drodze z Budvy na camping, zauważany malowniczą wysepkę (Sveti Stefan), której jak się później okaże nie będzie nam dane zwiedzić. Niegdyś jeszcze dostępna dla turystów, obecnie zamieniona na ekskluzywny kompleks dla bogaczy, niestety jest poza zasięgiem zwykłych śmiertelników. Musimy zadowolić się jedynie morską kąpielą, z wizytówką Czarnogóry w tle.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Sveti Stefan.

Hitem Czarnogóry okazuje się wycieczka do Parku Narodowego Durmitor. Naszym celem jest Lodowa Jaskinia (Ledena Pećina) w górach Durmitor. Niebezpieczne przepaście i strome zakręty drogi, prowadzące wzdłuż jednego z najgłębszych kanionów w Europie (kanionu rzeki Tara) wynagradzają nam przepiękne widoki. Niemałą atrakcją jest most, czy raczej kładka z desek, przerzucona nad przepaścią kanionu. Jedynie Piotrek z naszej czwórki jest kozakiem i przechodzi na drugą stronę. Na naszej drodze mijamy również jeden z najwyższych mostów w Europie (jak widać region obfituje we wszystko NAJ).

BeFunky_P8040054.jpg

Drewniany most nad Tarą.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Most Đurđevića

Do miejscowości Żabljak, naszej bazy wypadowej, docieramy ok. 14, trochę późno więc zastanawiamy się czy uda nam się dotrzeć do jaskini i wrócić z powrotem przez zmrokiem. Decydujemy się wyruszyć, po to w końcu przyjechaliśmy do Durmiotu. Znaki informują, że dotarcie do jaskini trwa ok 3 godzin, Piotrek jednak wie lepiej: “te znaki to tak jak w polskich górach, szacunkowy czas trzeba dzielić na pół” (jaaaaa mhmmmm…). Po drodze zrywa się ulewa, ale akurat mamy szczęście i udaje nam się schować w mini schronisku. Nie zrażeni pogodą idziemy dalej…idziemy i idziemy.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Park Narodowy Durmitor.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Selfie na szlaku.

Po jakiś 3 godzinach albo i więcej udaje nam się dotrzeć do celu. Niestety ukazuje się, że zejście do jaskini jest tak oblodzone, że moglibyśmy zjechać na dół, ale z wyjściem moglibyśmy mieć spory problem, więc wnętrze jaskini wypełnione stalaktytami (z powodu wysokiej temperatury niezbyt imponującymi), podziwiamy jedynie z góry.

BeFunky_P8040087.jpg

Ledena Pećina.

W drodze powrotnej zaczyna grzmieć, zestresowani wizją walących w nas piorunów staramy się schodzić jak najszybciej. Jednak możliwości mamy nieco ograniczone – ciężko się chodzi po ostrych kamieniach w sandałach trekingowych (dobór obuwia pozostawię bez komentarza) . Na szczęście burza nas nie dosięga, jednak ostatnią godzinę idziemy po ciemku, wspomagani jedną czołówką. Jakaż jest nasza radość gdy udaje nam się w końcu dotrzeć do campingu. Ciepły prysznic i rum przynoszą nam ukojenie po ciężkim dniu. Padamy szybko, a rano po wyjściu z namiotu czeka nas przepiękny widok na otaczające góry.

ALBANIA

Stopowanie
Albania jest wręcz rajem do łapania stopa. Ale tylko wtedy, gdy chcesz za niego płacić. To, że ktoś się zatrzymuje po tym jak wyciągniesz rękę, nie oznacza jeszcze, że Ci się udało. Wiele razy kierowcy sami proponowali nam podwózkę, trąbiąc i pocierając palce u rąk, dając do zrozumienia, że trzeba będzie zapłacić. Wtedy zdecydowanie mówiliśmy “NO TAXI! NO MONEY!” i albo się zgadzali gdzieś nas podwieść, albo czekaliśmy dalej. W Albanii jechaliśmy na stopa 4 razy. Głównie z młodymi ludźmi. Jeden nawet bardzo przejął się swoją rolą i zaczął dzwonić do córki, aby tam pomogła tłumaczyć naszą rozmowę.
Na szczęście transport publiczny jest dosyć dobrze rozbudowany i w dodatku tani. Pociągi mają swój klimat. To tak jakby się jechało wagonem, w którym dzień wcześniej z meczu wracali kibice jednego z Polskich klubów. Powybijane okna, podziurawione siedzenia. Niesamowite przeżycie. Natomiast busami podróżują zarówno ludzie jak i zwierzęta.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Tak Albania reklamuje swoją kolej…

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

… a tak jest w rzeczywistości.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Niedzielny obiad w drodze do domu.

Miejsca.
Durres. Do tej nadmorskiej mieściny dojechaliśmy w niedziele. Szybko znaleźliśmy kafejkę internetową, aby poszukać jakiś nocleg. Ceny jednak nas nie zadawalały. Wszędzie słyszeliśmy ze Albania jest tania, a tutaj ceny porównywalne do Paryża. W końcu właściciel kafejki uruchomił swoje kontakty i pomógł nam wynająć pokój na jedną noc. Blisko morza i portu, za to z dala od centrum.  Z plecakami około godziny drogi na piechotę. Po drodze za to mogliśmy obserwować tutejsze domowe zwierzaki, wyprowadzane na spacer.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Niedźwiadek na spacerze.

Plaże mają swój urok. Czarny i o dziwo nie wulkaniczny piach i brązowa, oleista woda mogą zniechęcić najwytrwalszych wielbicieli plażingu. Obrzeża maista usiane są w niedokończone budynki oraz slumsy. Nadaje to miastu pewną magiczność. Nie jest ono piękne i reprezentacyjne, a prawdziwe.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Mozaika na Narodowym Muzeum Historii w Tiranie.

Tirana. Stolica Albanii. Miasto nowoczesne, bez szczególnego uroku. Miało ono być dla nas miastem przesiadkowym w drodze do Berat na południu, jednak dwugodzinne poszukiwanie przystanku autobusowego pozwoliło nam mimo woli na zwiedzenie tego nie szczególnie ciekawego miasta. Jedną z niewielu atrakcji turystycznych, która przykuł nasz wzrok była mozaika umiejscowiona na Narodowym Muzeum Historycznym, przedstawiająca trzynaście postaci Albańczyków z różnego okresu historii.

Berat. Miasto tysiąca okien. O tym jaki nosi przydomek, dowiadujemy się parę miesięcy po wakacjach. Małe miasteczko w środkowej Albanii najbardziej przypada nam do gustu z pośród wszystkich odwiedzonych miejsc w tym kraju. Stare, wąskie uliczki prowadzą w górę ku ruinom twierdzy. Co ciekawe zamek ten jest zamieszkały. Znajdują sie na jego terenie małe domki. W jednym z nich starsza pani oferuje skorzystanie z toalety. Niestety, po wizycie Oli nie jest zbytnio zadowolona, bo będzie musiała iść po wodę, która powinna była wystarczyć dla większej ilości osób.
Szukając noclegu jeden z miejscowych przewodników, proponuje abyśmy rozbili namiot na terenie zamku. Twierdzi, że jest tu bezpiecznie i wiele osób tak robi. My jednak postanawiamy ulokować się w ogródku lokalnej restauracji zmienionym na mini camping. W nocy ze snu budzą nas wystrzały z karabinu. Wojna? Po chwili przypominamy sobie, że to ich ulubiony sposób aby wrazić swoje szczęście.

Ludzie
W Albanii albo ktoś jest bogaty albo biedny albo bardzo biedny. Na obrzeżach każdego miasta rozpościerają się slumsy. Na każdym skrzyżowaniu widać żebrzące dzieci. O dziwo uśmiechnięte i potrafiące się cieszyć z każdej rzeczy. W Tiranie spotyka chłopczyka w wieku około 10 lat który biegłym językiem Polskim proponuje nam zakup breloczka. Mówi, że mogą być nawet złotówki bo on je sobie wymieni. Po krótkiej rozmowie stajemy się właścicielami breloczka z flagą Albanii.
Jednak spotykają nas również problemy. W drodze powrotnej z Durres do granicy z Czarnogórą jedziemy busem, którego właściciel po drodze robi problemy innym podróżującym. Już wtedy mamy przeczucie, że coś będzie nie tak. Przy wysiadaniu oznajmia nam, że musimy zapłacić więcej niż się umawialiśmy, ponieważ nasze plecaki zajęły jedno miejsce siedzące, za które musimy teraz zapłacić. W końcu jeden z pasażerów pomaga nam wybrnąć z sytuacji. Po wszystkim żegna nas słowami „Never back to Albania” Można odebrać to dwuznacznie. Albo nie chcą tam takich jak my, albo dla naszego bezpieczeństwa lepiej tu nie wracać. Musimy to w przyszłości sprawdzić!

 

 

Podsumowując, te dwa krótkie ale intensywne tygodnie, może i nie pozwoliły nam poznać Bałkanów i ich mieszkańców zbyt dobrze, ale jedno jest pewne, zdążyły nas oczarować na tyle, że na pewno jeszcze nie raz wrócimy po więcej. “Odkryliśmy” Europę inną niż do tej pory znaliśmy, może nie tak nowoczesną, ale na pewno nie mniej piękną, ciekawą i otwartą na ludzi.

 

p.s.

Piotrek faja pisał o Albanii.