Autostopem przez Europę.

London Bridge.London Bridge.

Jest lipiec, rok 2011. Wyruszamy do Sessay w Anglii, a konkretnie na farmę Państwa Spilmanów, żeby zarobić trochę funciaków, dzięki którym w miesiąc później, jak zakłada nasz plan, chcemy poznać co nieco Europę. Trzeba podkreślić, że pierwszy raz na własną rękę i to dosłownie, bo za pomocą powszechnie znanego autostopu.

W tle nasze miejsce pracy, czyli krzaki malin...

W tle nasze miejsce pracy, czyli krzaki malin…

...a w co poniektórych takie cudeńka.

…a w co poniektórych takie cudeńka.

Lipiec mija nam pracowicie na zbieraniu malin i pierwszego dnia sierpnia rozpoczynamy naszą autostopową przygodę. Ja jestem tym faktem bardziej zestresowana, niż podekscytowana, ale jak się po pierwszym dniu okaże, nie taki diabeł straszny.

Pierwsze stopowanie.

Pierwsze stopowanie.

Naszym pierwszym celem jest Londyn, oddalony o jakieś 400 km, w którym czeka na nas znajoma Marzenka. Angielscy kierowcy zatrzymują się raczej chętnie, nie musimy czekać zbyt długo. Jeden z kierowców udziela nam nawet rady (jakże cennej), żebyśmy pisali na naszym kartoniku mniejsze i niezbyt odległe miejscowości, a niekoniecznie stopowali tylko i wyłącznie z napisem Londyn (heeloou to nie wszyscy jadą do stolicy ?! ;)). Tu taka mała dygresja, to nasza pierwsza autostopowa wycieczka, a dla mnie w ogóle pierwsze spotkanie z autostopem. Z czasem nauczymy się co i jak.

Na jednej ze stacji benzynowych znajdujących się na autostradzie słabo nam idzie, postanawiamy więc wyjść trochę za stację, żeby Ci którzy na stację nie zjeżdżają też mieli nas okazję zabrać. Nie mija dłuższa chwila i groźni panowie policjanci dają nam pierwsze ostrzeżenie, że na autostradzie łapanie stopa jest zakazane. Niestety nieco później, już na innej stacji zniecierpliwieni oczekiwaniem (30 minut to już ponad nasze nerwy), popełniamy ten sam błąd i panowie policjanci grożą nam już grzywną, a nawet aresztem, o ile taki incydent się powtórzy. Na szczęście dnia tego nie kończymy na dołku, a na pysznej kolacji u Marzenki w domu. Taaak taaak udaję nam się dojechać tego samego, pełnego wrażeń dnia. Jesteśmy wymęczeni, ale jakże z siebie dumni.

Kolejnego dnia, poinstruowani i zaopatrzeni w mapę ruszamy na zwiedzanie Londynu. Pierwszy raz jedziemy metrem, uświadamiamy sobie co to znaczy tłum ludzi, a niektórzy zaczynają również rozumieć, dlaczego japonki nie są dobrym “obuwiem” do zwiedzania miasta. Zwiedzania na piechotę. Ach Ci mężczyźni ;] Na naszym aparacie uwieczniamy pierwsze odwiedzone miejsca: Big Bena, London Eye, Buckingham Palace, Tower Bridge, Chinatown. Pod wieczór, zmęczeni wędrówką od jednej atrakcji do drugiej, decydujemy, że następnego dnia ruszamy dalej.

Popatrz Ola, jak kręcę tym kółeczkiem.

Popatrz Ola, jak kręcę tym kółeczkiem.

Londyńskie ‘must see’ w tle.

Londyńskie ‘must see’ w tle.

London Bridge.

London Bridge.

Po uprzednim zaopatrzeniu się w namiot i sandały turystyczne, wyruszamy na obrzeża Londynu. Kolejny cel: Paryż. Pierwszy, drugi, trzeci stop i trafiamy na przemiłego Słowaka Petera, kierowcę tira, który jedzie do Dover i chętnie nas tam podrzuci. Jeszcze trzeba będzie się jakoś przedostać na drugą stronę kanału, ale to się później pomyśli jak. Za dużo czasu na myślenie to nie było, jak się okazało, że jesteśmy już w porcie, Peter może wziąć na prom tylko jednego współpasażera, wysiąść nie możemy bo obowiązuje zakaz poruszania się pieszo w obrębie doków, zawrócić też się nie da. Sytuacja bez wyjścia. Znaczy wyjść z auta pewnie możemy, ale myślę że bez jakiegoś manadciku by się nie obyło. Tak siedzimy i myślimy, aż tu nagle Piotrek zauważył, że mija nas dostawczak na polskich rejestracjach, więc wyskakuje i pyta szybko kierowcę, czy może by nie zabrał nas na drugą stronę. Okazuję się, że też może wziąć tylko jedną osobę, więc po szybkich ustaleniach ja zostaje z Peterem, a Piotrek odjeżdża z…jakimś obcym facetem i umawiamy się po drugiej stronie kanału, bo ‘nasi’ kierowcy mają bilety na inne promy.

W Calais dziękujemy pięknie Peterowi za pomoc, ale On na wiadomość, że chcemy spać obok stacji benzynowej w namiocie, łapie się za głowę i mówi, że nie pozwoli, żeby “Murzyni nas razem z namiotem ukradli”. Dowiadujemy się, że w okolicach Calais grasują szajki zajmujące się rabunkiem. Na ryzyko narażeni są głównie kierowcy ciężarówek, przewożący kosztowne towary, ale my będąc dopiero na początku naszej podróży nie chcemy ryzykować i sprawdzać czy zainteresowani są również sprzętem turystycznym. Przystajemy więc na propozycję Petera i nocujemy na parkingu, na jego pustej naczepie ok 80 km za Calais.

Niestety rano okazuje się, że Peterowi skradziono w nocy plastiki osłaniające baki z paliwem (yyy no czy coś takiego ;p). Udajemy się, więc na najbliższy posterunek policji, gdzie Peter składa zeznania. Z racji całej sytuacji, załadunek przesuwa się Peterowi na kolejny dzień. My natomiast postanawiamy spędzić ten czas z Peterem na oglądaniu czeskich i słowackich filmów w kabinie tira. Bardzo przyjemnie mija nam czas, a następnego dnia Peter nadrabia dodatkowe kilometry, żeby wysadzić nas jak najbliżej Paryża (chyba też nas polubił). Wyciągamy rękę i chwilę później już jesteśmy w Paryżu.

Zaczyna sie od kłótni, gdzie jesteśmy, gdzie jechać, jak tam się dostać, gdzie będziemy spać. Do dzisiaj pierwsze spotkania z dużymi miastami, w których jesteśmy pierwszy raz, są powodem do jakiejś małej awantury. Taki standard :) Ustalamy w końcu, że jedziemy do dzielnicy Montmartre, gdzie Piotrkowi w miarę szybko udaje się ogarnąć dla nas hostel. Rzucamy plecaki i ruszamy na podbój Paryża. Udaje nam się to w iście ekspresowy sposób, bo już następnego dnia ruszamy dalej.

Wizytówka Paryża. Trzeba przyznać, że robi wrażenie.

Wizytówka Paryża. Trzeba przyznać, że robi wrażenie.

Dzielnica czerwonych latarni nocą.

Dzielnica czerwonych latarni nocą.

Pytanie czy wystarczył nam jeden dzień? No właśnie…Jak tak teraz sobie myślę, o tej całej wycieczce z perspektywy czasu, to wszystko robiliśmy na wariata, zobaczyć szybciutko i dalej wycieczka, bo coś nam ucieknie, bo gdzie tam czeka na nas innego nowego. Teraz jest z nami już trochę lepiej, ale myślę, że wciąż się dopiero uczymy jak podróżować, jak czerpać z tego prawdziwą przyjemność, jak cieszyć się bardziej drogą, niż tym co u celu.

Kolejną stolicą na naszej trasie miał być Madryt, jednak zmieniamy plany i postanawiamy kierować się południe. Tego dnia idzie nam słabo. W dodatku z jednym z kierowców ciężko nam się dogadać, właściwie jedyne słowo jakie zna w języku angielskim to MONEY, jedziemy środkiem lasu, już zaczynamy mieć czarne myśli. Finalnie jakimiś półsłówkami i na migi udaje mu się nam wytłumaczyć, że potrzebuje 1 euro na autostradę (bo zapomniał portfela), żeby nie robić wielkiego kółka, a wyrzucić nas w dobrym miejscu.

Miejsce okazuje się kompletnie do dupy. Trzy samochody na godzinę, w dodatku pogoda nam nie sprzyja, zimno i pada. Panowie z sąsiadującego komisariatu, także nie wykazują się zbytnio empatią i nie godzą na rozstawienie namiotu, w związku z czym jedynym rozsądnym miejscem jakie znajdujemy na rozbicie jest zbocze za wychodkiem. Następnego dnia udaje się w końcu złapać stopa i to nie byle jakiego. Dwie przemiłe Francuzki jadą na południe i udaję nam się dojechać aż do Nimes. Rano do ich samochodu wsiadamy w bluzach i kurtkach, wieczorem wysiadamy w krótkich rękawkach i spodenkach. Witaj słoneczne południe.

W tejże niezbyt dużej miejscowości, jak udaje nam się sprawdzić w macu, znajdować ma się camping, na którego poszukiwania marnujemy sporo czasu, a finalnie okazuje się być zamknięty. Znajdujemy za to taki 5-gwiazdkowy hen hen za miastem i niestety nas na niego nie stać, więc wracamy do punktu wyjścia, czyli na stację benzynową, na której wyrzuciły nas Francuzki. Tego wieczoru udaje nam się złapać jeszcze jednego stopa i finalnie rozbijamy namiot na jednej ze stacji benzynowych usytuowanych wzdłuż autostrady, gdzie oprócz nas śpi masa ludzi podróżujących camperami, więc nikt nie ma z tym problemu.

Nowy dzień nowe możliwości, a że granica z Hiszpanią niedaleko, zakładamy więc, że całkiem możliwe, że tego samego dnia uda nam się dostać do Barcelony. Tak też się dzieje, ale nasz autostopowy fart zaczyna nieco podupadać. Tak jak do granicy udaje nam się dostać w miarę łatwo, przejechać ją też (noo może pomijając ten 15-kilometrowy korek), tak później w miejscowości La Jonquera, (gdzie wieje jak cholera ;)), nikt nas nie chce wziąć. W końcu jedna kobitka się nad nami lituje i podwozi, do trochę większego Figueres, gdzie po długich oczekiwaniach postanawiamy podjechać do Barcelony pociągiem.

Kolejne dwa dni spędzamy na poznawaniu Barcelony. Włóczymy się po mieście, trochę zwiedzamy, trochę plażujemy (choć nie do końca pasują nam te tłumy ludzi) i oczywiście próbujemy lokalnych tapas. Można powiedzieć, że miasto przypada nam do gustu: dużo zieleni, ciekawa architektura (na której się nie znamy, ale nam się podoba), przyjazny klimat.

Sagrada Familia.

Sagrada Familia.

Widok na miasto z Parku Guell.

Widok na miasto z Parku Guell.

Plan był taki, żeby po wydostaniu się z Barcelony kierować się ciągle wybrzeżem Hiszpanii, aż po samą wymarzoną Portugalię. Niestety nasz zapał szybko został ostudzony przez hiszpańskich kierowców (może i za szybko). Tak jak Francuzi zatrzymywali się bardzo chętnie, a jeśli nawet nie chcieli nas zabrać to pomachali albo ręką albo środkowym palcem, tak Hiszpanie zdają nas się w ogóle nie zauważać. Jakbyśmy byli niewidzialni. Przygnębieni niepowodzeniem postanawiamy zatrzymać się kilka dni na campingu w małej turystycznej miejscowości Torredemabarra i odpocząć. Trzy dni mijają nam bardzo miło na plażowaniu, spacerach i objadaniu owocami morza, popijanymi sangrią.

My i nasz mały niebieski domek.

My i nasz mały niebieski domek.

Torredemabarra i nieplanowany odpoczynek.

Torredemabarra i nieplanowany odpoczynek.

Kończymy użalać się nad sobą, modyfikujemy plany i ruszamy w dalszą drogę. A raczej zawracamy. Chcąc zaoszczędzić czas na stopowaniu w Hiszpanii, do granicy hiszpańsko-francuskiej podjeżdżamy pociągiem, skąd podróż kontynuujemy autostopem. Jedziemy serpentynami starym gruchotem z gościem, który myśli że jest kierowcą rajdowym, podziwiając w dole linię brzegową morza, formującą się w liczne zatoczki. Widoki zwalają z nóg, nic tylko wysiąść i zejść do jednej z takich małych plaż i rozbić namiot. Oczywiście tego nie robimy (cóż za niespodzianka ;] ).  Mi tego wieczoru daje się we znaki pociągowa klimatyzacja i przy temperaturze ponad 20 oC, trzęsę się w śpiworze jak galareta. Kolejny dzień spędzamy głównie na przesiadaniu się z jednego auta do drugiego. Ja oczywiście nie jestem zbyt kulturalnym autostopowiczem i odsypiam nocną gorączkę na tylnych siedzeniach wszystkich naszych dobroczyńców. Kolejną noc spędzamy na campingu niedaleko Hyeres.

Hitem tego lata była piosenka ‘Welcome to St. Tropez’, więc musimy sprawdzić o co tak na prawdę tyle szumu. Na miejscu okazuje się , że tego dnia nad miasteczkiem odbywają się pokazy lotnicze, przez co przez co wszędzie są tłumy. Samo Saint Tropez prezentuje się całkiem ładnie, ale główne atrakcje, czyli drogie hotele, wypasione jachty oraz drogie sklepy firmowych marek, dostosowane są raczej do turystów z grubym portfelem.

W jednej z uliczek St. Tropez.

W jednej z uliczek St. Tropez.

Przy wyjeździe z miasta utworzył się olbrzymi korek, a samochody poruszały się mniej więcej z taką samą prędkością co my o własnych nóżkach (albo i wolniej), więc stwierdziliśmy, że nie ma sensu łapać stopa. No i tak sobie szliśmy z 8 km wzdłuż tego korka, aż w końcu doszliśmy do campingu, gdzie postanowiliśmy przenocować. Wieczorem jakiś krezus zafundował sobie, jak i przy okazji nam, przepiękny pokaz sztucznych ogni nad zatoką.

Z racji, że jesteśmy na wakacjach postanawiamy znowu odpocząć i zatrzymujemy się na kilka dni w Saint-Aygulf.. Płacimy za camping z góry za 3 noce co okazuje się błędem, bo to mieścina niezbyt duża ale bardzo zatłoczona i nieźle musimy się nachodzić, żeby znaleźć jakąś mniejszą i spokojniejszą zatoczkę do leniuchowania.

Jak Francja to i żabie udka.

Jak Francja to i żabie udka.

Dalej mkniemy szybko szybciutko, bo czeka na nas Wenecja, gdzie zostajemy na dwa dni, podczas których zwiedzamy miasto (czyt. gubimy się tysiące razy). Mamy mapę, ale każda uliczka, każdy kanał jest tak do siebie podobny, że ciężko nam się połapać gdzie jesteśmy. Wieczorami siedzimy na Placu Świętego Marka i słuchamy pięknych utworów muzyki klasycznej, granych przez orkiestry w ogródkach drogich kawiarniach. My oczywiście siedzimy dosłownie na placu, co kończy się kilkukrotnie interwencją policji. No cóż panowie policjanci mają chyba w tym jakiś interes, żeby kawiarniom dostarczać klientów.

Wenecja.

Wenecja.

Jedna z wielu wąskich uliczek.

Jedna z wielu wąskich uliczek.

Jeden z wielu kanałów.

Jeden z wielu kanałów.

Po opuszczeniu Wenecji, obieramy kierunek Dom. Mamy dużo szczęścia, bo trafiamy na młodego Słoweńca, kierowcę tira, który akurat jedzie do Finlandii, przez Polskę. Marko, bo tak ma na imię, zgadza się zabrać, pod warunkiem, że nam się nie spieszy. Okazuje się, że ma jeszcze po drodze załadunek w miejscowości Logatec na Słowenii. Marko jest wielbicielem  heavy metalu i raczej nie jest zbyt rozmowny. Tego dnia spóźniamy się na załadunek, ale na szczęście Słoweniec mieszka niedaleko, w małej zielonej wiosce Rovte, gdzie nas zabiera. To znaczy zostawia nas na parkingu ze swoim tirem i kluczykami, informuje, że wróci nazajutrz rano, po czym udaje się do domu, który jest gdzieś niedaleko. Piotrek gotuje nam ‘pyszną’ zupę, po czym stwierdzamy, że się przejdziemy. Uszliśmy kawałek, kiedy podjeżdża Marko, tym razem służbowym samochodem i mówi, że jego mama zaprasza nas na obiad, więc nie mamy wyboru i już za chwilkę jesteśmy w jego rodzinnym domu. Mimo, że brzuszki mamy pełne to wmuszamy obiad i deser i pyszne domowe kompoty, żeby markowej mamie nie było przykro. I tak już jest wystarczająco oburzona, że nie mamy za bardzo czasu na zwiedzanie pięknej Słowenii. Obiecujemy jej, że zaległości kiedyś na pewno nadrobimy. Po obiedzie Marko pokazuje nam swój skarb, zbudowanego własnoręcznie trójkołowca. Zabierana nawet każde z nas na przejażdżkę po Rovte i opowiada jego historię. Z Markiem, oprócz mamy mieszka jeszcze tata i dwóch braci, ale to chyba ojciec jest nami najbardziej zainteresowany, a że nie znamy słoweńskiego, a on polskiego, chłopaki muszą robić za tłumaczy. My opowiadamy o sobie i swojej podróży, on natomiast o swojej ojczyźnie. Opowieściom towarzyszą oczywiście rodzinne albumy ze zdjęciami, a nawet pieśni ludowe grane na akordeonie przez najmłodszego z synów. Nie chcemy robić problemu i upieramy się, że będziemy spać w namiocie, co skutkuje tym, że w  lądują w nim materace, kołdry i poduszki. Tej nocy śpimy jak królowie.

Rovte.

Rovte.

Trójkołowiek zbudowany przez Marco.

Trójkołowiek zbudowany przez Marco.

Króliczek - maskotka rodziny.

Króliczek – maskotka rodziny.

Następnego ranka, po śniadanku ruszamy w dalszą drogę. Tym razem jednak Marko, nie jest już taki cichy. Chętnie z nami rozmawia i żartuje, tym przyjemniej mija nam droga. Zastanawiamy się nawet czy nie jechać z nim do Finlandii, ale przez wzgląd na problemy, których moglibyśmy mu przysporzyć (w aucie jest legalnie miejsce tylko dla jednego pasażera), odrzucamy ten pomysł i żegnamy się na stacji benzynowej w moim rodzinnym mieście Tychy.