Autostopem ku Zatoce Perskiej.

Panorama2

Planowaliśmy, że odcinek Shiraz – Bandar Abbas przejedziemy autobusem, by móc dłużej cieszyć się urokami miasta Hafeza oraz przy okazji przedłużyć naszą wizę. Jako, że Shiraz nie przypadł nam aż tak bardzo do gustu, a panowie z posterunku policji imigracyjnej odesłali nas do Bandar Abbas (tutaj więcej o naszych perypetiach wizowych w Iranie) postanowiliśmy nieco skrócić nasz pobyt. Na terminalu autobusowym zawzięcie targowaliśmy się o korzystną cenę za rowery oraz gwarancję, że jeżeli wykupimy bilety znajdzie się na nie miejsce. W obu przypadkach nie osiągnęliśmy oczekiwanych rezultatów, więc po krótkim namyśle, postanowiliśmy ponownie skorzystać z autostopu.

Nie musieliśmy czekać zbyt długo. I bardzo dobrze, ponieważ niebo zasnuły ciemne chmury i zaczął padać deszcz. Nieważne, że gnietliśmy się razem z rowerami na pace, przykryci grubym kocem (tak na wszelki wypadek, gdybyśmy mijali jakieś posterunki policji), najważniejsze że przemieszczaliśmy się w odpowiednim kierunku. Po kilkunastu kilometrach koncepcja się zmieniła, pasażer z naszego pick-upa przesiadł się do innego samochodu, a my awansowaliśmy na miejsce w szoferce. W drodze do Fasy, nasz kierowca kilkukrotnie proponował nam gościnę („home, home”), jednak z uporem maniaka grzecznie dziękowaliśmy, próbując dać do zrozumienia, że trochę nam się spieszy. Z Irańczykiem nie wygrasz. Tym bardziej, gdy siedzisz w prowadzonym przez niego aucie, a na pace znajduje się cały Twój dobytek. Chyba, że jesteś szalony i wyskoczysz podczas jazdy. Zaparkowaliśmy przed bramą jakiegoś domostwa. Sytuacja bez wyjścia, trzeba wejść i napić się herbaty. Oczywiście na tej się nie skończyło. Tradycyjnie owoce, kolejna herbata, lunch, odwiedziny brata. Już ściągaliśmy z paki nasze rowery, gdy nagle gospodarz oznajmił, że za godzinę jedzie jeszcze 30 kilometrów w naszym kierunku, a czas ten możemy wykorzystać na zwiedzenie pięknej Fasy. Nie do końca byliśmy przekonani, co do prawdomówności naszego gospodarza, jednak nalegał tak szczerze, że nie mogliśmy odmówić. Główną i jedyną atrakcją miasta okazał się niewielki park. Nie wiem czego się spodziewaliśmy. Powinniśmy się już przyzwyczaić, że dla przeciętnego Irańczyka, żyjącego w pustynnym klimacie każdy zielony skwerek jest cudowną oazą.

Najpiękniejszy zakątek parku. Obowiązkowo trzeba cyknąć fotkę.

Najpiękniejszy zakątek parku. Obowiązkowo trzeba cyknąć fotkę.

Dla nas zwykła alejka parkowa. Dla Irańczyków - droga biegnąca przez oazę piękna ;)

Dla nas zwykła alejka parkowa. Dla Irańczyków – droga biegnąca przez oazę piękna ;)

IMGP4432

Zanim wyjechaliśmy z miasta, nasz kierowca krążył prawie godzinę po okolicy, wydzwaniając gdzieś lekko poddenerwowany. W pewnym momencie zatrzymał auto. Zorientowaliśmy się, że nie będziemy sami. Nie zdążyłam jeszcze sobie wyobrazić jak znajomy naszego kierowcy zdoła się zmieścić, w i tak już za ciasnej szoferce, gdy ten jak gdyby nigdy nic otworzył drzwi od strony kierowcy i usadowił po jego lewicy. Prowadzili obydwoje, jeden trzymał kierownicę, drugi zmieniał biegi i wciskał pedały. Kilometry mijały w nerwowej atmosferze. Czuliśmy, że nasi towarzysze boją się policyjnego patrolu bardziej niż gniewu Allaha widzącego, jak trzech facetów gniecie się z jedną kobietą na przednim fotelu samochodu. W końcu dojechaliśmy do jakiegoś rozwidlenia dróg, gdzie panowie zostawili nas pośrodku niczego. Na dodatek ruch jak na lekarstwo. Dwóch młodych chłopaków nie do końca rozumiało o co nam chodzi, ale pokazali żeby wskakiwać na tyły pick-upa. Nie zdążyłam się jeszcze wygodnie usadowić, a już dojechaliśmy na miejsce. Chyba dłużej trwało załadowanie rowerów na pakę, niż cała przejażdżka. Dookoła nas zrobiło się tłoczno. Obowiązkowo sesja zdjęcia w różnych konfiguracjach. Po wszystkich śmichach-chichach, który zaczęły nas już lekko drażnić chłopcy w końcu wzięli się do roboty i zaczęli dla nas zatrzymywać auta. Po kilku minutach próbowaliśmy wytłumaczyć kierowcy sportowej osobówki oraz jego koledze, że nie da rady zmieścić obładowanych sakwami rowerów do bagażnika. W końcu odpuścili. Vahid oraz Ali postawili sobie jednak za punkt honoru, że choćby nie wiem co, muszą nam pomóc dostać się do oddalonego o 60 kilometrów Darab, w którym mieszkają. Kilka telefonów i już wiedzieliśmy, że o transport i nocleg tego wieczoru nie musimy się martwić. Kolacja, rodzinna atmosfera, odwiedziny znajomych i miliony pytań, jak to zazwyczaj bywa w irańskim domu, zagwarantowana w pakiecie.

IMGP4435

IMGP4440

Kolejnego dnia, po śniadaniu odprowadzeni przez Alego oraz jego przyjaciół na drogę wylotową za miastem rozpoczęliśmy kolejny dzień stopowania. Pierwszym szczęśliwcem okazał się dostawca kurczaków, z którym przejechaliśmy 70 kilometrów, zatrzymując się co jakiś czas w przydrożnych sklepach. Przyszła kolej na dostawcę warzyw. Paka jego pick-upa była tak obładowana, że nie wierzyłam, że w jakikolwiek sposób uda nam się na nią wcisnąć rowery. A jednak. Podobnie sprawa wyglądała z dostawcą napojów, gdy na tego przyszła pora. Pamiętajcie jak kierowca mówi, że się zmieści, to się zmieści. Ostatni pan był na tyle miły, że postanowił nam pomóc. Uparł się, że złapie nam jakiegoś długodystansowca, który zawiezie nas prosto, do oddalonego o 250 kilometrów, Bandar Abbas. Gdy zatrzymał tira, z długą naczepą przeznaczoną pod kontener, nie rozumiałam jego szczęścia. Jak my u licha przypniemy do tego rowery? Po raz kolejny dostałam lekcję, żeby zbyt wiele nie myśleć, tylko kombinować i działać. Znalazły się pasy do przymocowania naszych czterech kółek, a bagaże upchnęliśmy w szoferce. Pustynne kilometry mijały na przyjemnej drzemce.

IMGP4458

IMGP4461

IMGP4463

IMGP4467

Na przedmieścia Bandar dotarliśmy późnym popołudniem, a zanim wypiliśmy herbatę z naszym nieustępliwym kierowcą powoli zapadał zmrok. Z racji, że marnie widzę po ciemku, to nie przepadam za nocną jazdą. I bez tego jazda po irańskich miastach, to sport podwyższonego ryzyka. Na szczęście udało nam się dotrzeć w jednym kawałku do naszego hosta Omida.


IMGP4472

Na plaży się nie leży, po plaży się jeździ.

Na plaży się nie leży, po plaży się jeździ.

Omid to już legenda w Bandar Abbas. Oprócz tego, że aktywnie działa na portalu couchsurfing, to ściąga do siebie ludzi również z ulicy. Tak było w przypadku Agi i Grześka z www.zawszepodwiatr.pl , od których dostaliśmy namiary na Omida. Irańczyk ma na swoim koncie dwie odsiadki w areszcie za przyjmowanie zagranicznych gości, jednak nie przeszkadza mu to wcale w kontynuowaniu swojej towarzyskiej aktywności. Zaprzestał jedynie zezwalać turystom na podawanie swojego adresu podczas przedłużania wizy.

Podczas dwudniowego pobytu w Bandar odwiedziliśmy plażę, targ rybny oraz próbowaliśmy przedłużyć naszą wizę. Niestety z mizernym skutkiem.

IMGP4484

Kobiety Bandari, ubrane w tradycyjne, kolorowe czadory.

Kobiety Bandari, ubrane w tradycyjne, kolorowe czadory.

IMGP4540

W noc poprzedzającą nasz wyjazd lało jak z cebra. Rano w drodze do portu musieliśmy się trochę nagimnastykować. System kanalizacyjny w mieście nie jest przystosowany do obfitych opadów, więc ulice przerodziły się w zbiorniki wodne. Woda w niektórych miejscach sięgała do połowy koła. Człowiek nie wiedział, co czai się pod tą ogromną kałużą, więc z jednej strony chciał jak najszybciej ją przejechać, z drugiej – jechać ostrożnie, by w razie czego nie uszkodzić siebie oraz roweru.

W porcie okazało się, że ze względu na niekorzystną pogodę, promy na Qeshm nie kursują. Nikt nie wiedział kiedy ruch zostanie wznowiony, więc nie pozostało nam nic innego jak czekać. Po 3 godzinach, sytuacja nadal nie była jasna, więc nie mając zbyt wielkich nadziei na opuszczenie tego dnia Bandar, postanowiliśmy wrócić do mieszkania naszego hosta. Zostawiliśmy numer telefonu, spotkanemu w porcie Teodorowi z Litwy, a ten obiecał do nas zadzwonić, gdy coś się ruszy. Oczywiście 5 minut po przyjeździe do mieszkania Omida, dostaliśmy wiadomość, że promy zaczęły kursować.

Wsiadając na prom płynący na Qeshm (cena 125 000 riali/os., 3,5$ wg kursu z dnia 21.01.16) nie wiedzieliśmy jeszcze, że dwutygodniowy wolontariat na wyspie nieco się przeciągnie.

  • Loreta Tomankiewicz

    To my dopiero tutaj jesteśmy?? No to jeszcze Oluś masz dużo do opowiadania :) Czekam na kolejny post 😀 :*

    • Aleksandra Paździor

      Nooo niestety ;p hehe. Na szczęście na Keszmie nieco się zadomowiliśmy, wiedliśmy spokojne, stateczne życie, więc nie będzie zbyt wielu ekscytujących przygód do opowiadania. To znaczy kilka by się znalazło, ale raczej średnio nadających się do publikacji 😉 Nie każdego przecież obchodzą pijackie wybryki mojego męża 😉